Trochę nieznośnej teorii, takiej, która doprowadza do szewskiej pasji: co znaczy, że coś rozumiemy? Tyle, że mamy w głowie, czy na papierze, jeszcze lepiej – w komputerze, jakiś model tego, i ów model pozwala odpowiedzieć, co będzie jak się coś innego zmieni? Jak to mówią ścisłowcy, pozwala przewidzieć ewolucję w funkcji parametrów układu. Nieźle zabełkotałem, co?
Otóż… dobrze byłoby rozumieć tzw. świat. Na przykład… Na przykład – co nam zrobi to AI, tak zwana sztuczna inteligencja, albo – na przykład – co wywinie prezydent Trump. Jest taka dziedzina literatury, zwana political fiction. Są też ludzie, którzy specjalizują się w przewidywaniu, albo wróżeniu, co czeka nas, Polaków. Jak się robi nieprzewidywalnie, to zapotrzebowanie na przewidywanie gwałtownie rośnie. Przewidywał Tomek Pacyński w powieści „Wrzesień”. Takie czasy, że książka leży sobie gdzieś na półce, a ja wklepuję tytuł i autora w gugla, bo chcę sprawdzić to i owo.
Książka, niestety, cholernie prorocza. Gdy Tomek ją przedstawił, byłem gotów postawić dużą sumę za to, że żadnej wojny w Europie już nie będzie. Zdarzą się różne katastrofy, może polityczne, może ekologiczne, ale na miły Bóg, Europejczycy przecież się już nauczyli: wojna to nie sposób na rozwiązywanie sporów. Jeśli Tomek pomylił się o jedną granicę, to tylko tyle. Jego widzenie świata musimy brać bardzo poważnie. Po pierwsze – ocenę stanu świadomości ludzi. Uczciwie muszę stwierdzić, że chyba okazał się trochę za wielkim optymistą. Wojna jest i to taka krwawa, jak II wojna światowa. Hamulce w głowach nie zadziałały, mordowanie się przechrzczono po rosyjskiej stronie na patriotyzm. Po stronie ukraińskiej zaś to jedyny sposób na przetrwanie. No i, to najważniejsze, w środku cywilizowanego świata, w otoczeniu najbardziej doświadczonych narodów, nie sposób tego przerwać.
Przyczyną są w lwiej części kompletnie nieprawdziwe wyobrażenia. Tuż przed inwazją, Rosjanie (zwykli?) wierzyli, że Ukraińcy tylko czekają na pretekst, by wrócić do matuszki Rossiji. Teraz wierzą w to, że w Kijowie rządzą jacyś faszyści.
Stan wojny to nie jest zagadnienie psychologiczne, czy socjologiczne, czy też tym bardziej ideologiczne. Dobrze za to opisuje taką sytuację czy to teoria gier, czy cybernetyka, jak widać po historii Zimnej Wojny. Tam kluczem do powstrzymania zagłady były nie deklaracje, ale systemy przepływu informacji i systemy rakietowe takie jak Minuteman_III, które gwarantują bezcelowość wykonania niespodziewanego uderzenia. Wojna atomowa nie wybuchła, bo jej strony były doskonale zorientowane w sytuacji. Wojna w Ukrainie wybuchła, bo Rosjanie uwierzyli w łatwą wygraną. Irytująca teoria.
To chyba jest tak, że dzisiaj opowieści o świecie muszą być zgodne nie z faktami, ale z emocjami odbiorcy. Tak chyba kombinują publicyści. Jakiekolwiek wydarzenie polityczne – mało kogo interesują konsekwencje, poza ewentualnymi wyborczymi. Czy nie dojdzie np. do gospodarczej katastrofy, albo do konfliktu z sąsiednimi państwami, to w najlepszym razie drobny problem.
Znak czasów: „unieważnienie elit”. Jakoś nikt nie bierze w ogóle pod uwagę tego, że np. jak za Churchilla przydałoby się ludziom przetłumaczyć, że w danym momencie tylko krew pot i łzy, bo inaczej nie przetrwamy. Albo: mimo że mamy wspaniałe zakłady zostawione nam przez komunistów, to trzeba je zrównać z ziemią, bo nie działają (to za Balcerowicza). Dziś zakłada się, że wódz ludu ma być wodzony przez lud. Nie do pomyślenia, by to on, jak to wódz, przewodził, choć są idole ludu. Oni nie robią niczego od siebie, oni tylko odgadują emocje tłumu. A te, jak to emocje, tłumu są zwykle przeciwne tzw. rozumowi.
Przesadzam? Pomysł, żeby na przykład tłumaczyć, że trzeba się szczepić, albo uczyć, to absolutnie nie. W tekstach nawet „liberalnych” czy „postępowych” pismaków wisi pomysł, że każde przekonywanie do wiedzy, przymuszanie do nauki, to indoktrynacja, albo manipulacja. Tłum decyduje o prawdzie. Nie ma tak na przykład, że jest jakiś Ludwik Pasteur, który wie, co robić na wypadek epidemii, ważny jest wynik sondażu. Jak lud zagłosuje, to nie szczepimy się, kasujemy matematykę, a sądy skorupkowe wyrzucają nam niepasujących. Lada chwila spalimy na stosie grabarzy z Ząbkowic Śląskich.
Nie, egzekucje nie pomogły w walce z zarazami. Rychło ludzkość postanowiła odnowić się moralnie wywołując wojnę trzydziestoletnią, a ta, jak dziś się uważa, przyniosła, z przemarszami wojsk, dżumę mediolańską.
To taka ilustracja teorii rozumienia. Rozumiemy, gdy nasze działania przynoszą oczekiwany skutek. Palenie grabarzy nie pomaga na dżumę. Nawet, jeśli owi faktycznie coś czarowali, jak donosi Wikipedia… By zatrzymać zarazę, trzeba posłuchać co mówi Shibasaburō Kitasato, a nie sędziowie miasta Frankestein, pomijając już wściekłych mieszkańców.
Chcesz przeżyć? Dobrze wiedzieć.
Dobrze rozumieć, co jest warta owa sztuczna inteligencja, choćby po to, aby się nauczyć czegoś takiego, żeby nie wylali mnie z roboty. Albo wiedzieć, czy nie zdarzy się wojna, bo może da się zawczasu uciec? Zauważmy, że obecnie w publikatorach może nie ma jeszcze jawnej pochwały głupoty, ale zniknęło to, co pamiętam z czasów młodości. A wówczas ostrzegano przed często tragicznymi skutkami ciemnoty, wiary w zabobony czy to w leczeniu, czy popularnych ludowych metod w radzeniu sobie z techniką. Nie, dziś już nie ma filmików ostrzegających przed „watowaniem” bezpieczników, czy odpinaniem zera w instalacjach elektrycznych. Jak kogoś prąd ubije, to rodzina pozywa zakład energetyczny.
Na wszelki wypadek: nie chodzi o prawne spory, chodzi o społeczne przyzwolenie na prawo do takiej skrajnej głupoty.
Skutek niewiedzy to strach przed wszelkimi zmianami w świecie. W szczególności tzw. postępem. Coś dla mnie egzotycznego, bo jestem z pokolenia Sci-Fi, entuzjastów badań naukowych, zmian, nowych technologii, rakiet, podboju kosmosu i opanowywania energii atomowej.
Jak mi się zdaje, strach przed atomem się znudził. Czy raczej przestał być modny. Teraz straszymy AI.
Trochę teorii: to, po pierwsze, stare zagadnienie. O perceptronie pisał Stanisław Lem. Warto zauważyć, że to historia niemal tak długa, jak próby zbudowania komputera, jeśli oczywiście pominiemy rozwiązania nie-elektryczne.
Perceptron fascynował Lema. O ile pamiętam, sporo uwagi poświęcał mu w „SUMMA TECHNOLOGIAE”, ale w czasach, gdy to urządzenie wzbudziło rodzaj sensacji, brakowało algorytmu uczenia sieci neuronowej. No i sensacja straciła rozpęd. Temat wracał jednak do szerokiej publiczności wiele razy – to uniwersalna cecha nie do końca wspaniałych wynalazków. Na przykład napęd wodorowy. Nawet mimo tego, że działa wersja prawie idealna, ogniwa paliwowo-powietrzne, które mają sprawność sięgającą 60%, teoretycznie 99,9%, mamy zupełny brak zanieczyszczenia powietrza, duże uzyskiwane moce, wreszcie użycie pierwiastka dającego największą możliwą energię reakcji. Genialne, ale… Uparcie wracają „taksówki powietrzne”. Od pewnie XIX wieku idealne remedium na zatłoczone miasta. Tak, ale…
- 1
- 2
- …
- 5
- Następna »
Pobierz tekst:

Adam Cebula „Mnóstwo”
Obaj wielcy władcy, których imiona przetrwały lekko licząc trzy tysiąclecia, zrozumieli. Mnóstwo.…

20 lat temu w księgarniach pojawił się „Wrzesień” Tomka Pacyńskiego
Marcin Robert Bigos wczoraj zauważył, że minęło już dwadzieścia lat, od kiedy…

Adam Cebula „Error displaying the error page”
Nie jest to jakaś fantazja, nie cytat z kabaretu czy też filmu SF. To prawdziwy komunikat, który można przeczytać,…














Łódź
13.12.2025
Czytając to przypomniał mi się stary kabaret:
https://www.youtube.com/watch?v=ZpZ1zzmcEEk (to o co chodzi zaczyna się około 11:30).
Na chwilę obecną wygląda, że akurat w tym „meczu” „Zachód” oberwał i leży na deskach… „Chiny” chyba trafiły raczej przez przypadek gdyż inaczej ograniczyły by się tylko do tego „ciosu”.
Teoretycznie, można na „Zachodzie” zacząć rafinować pierwiastki ziem rzadkich albo nauczyć się bez nich obywać; ale… na to potrzeba woli i czasu.
Czy jest wola?
A co do czasu? Jest limitowany dostępnością rakiet „Arrow”… a tu już podobno jest kłopot tzn. wystarczy ich na parę dni a tego co mają strącać na parę tygodni (przy aktualnym zużyciu).
A potem pryska parę mitów i budzimy się w zupełnie innym świecie.
Ciekawy artykuł, ale myli się Pan w stwierdzeniu:
„Procesor 8086 powstał w roku 1978. „Wszystkie” pracujące do dziś procesory są oparte na tej konstrukcji. Na systemie Unix, poprzez system Linux, stoi Android obsługujący większość komórczaków i tabletów.”
Wszystkie „komórczaki”, tablety, smart-zegarki, komputery Apple (od roku 2020) pracują na procesorach z architekturą ARM, a nie x86.
Nawet Windowsowe laptopy można już kupić z procesorami Qualcomm Snapdragon X Elite na architekturze ARM.
System Android od początku był pisany pod architekturę ARM (a nie x86).
ARM to architektura dużo nowsza, komercjalizowana pod koniec lat 90-tych i dominuje obecnie we wszystkich komputerowch urządzeniach konsumenckich.
Być może trzeba było by to zaznaczyć, ale nie chciałem pisać tekstu o historii informatyki i pewne sprawy musiałem potraktować skrótowo. Sam fakt, że idea RISC to okolice roku 1983 świadczy o tym, że twórcy korzystali z wcześniejszych doświadczeń. To także stwierdzenie trochę na przełaj, ale najpierw była potrzeba przyspieszenia pracy procesora który tracił czas na wiele rozbudowanych procedur w systemie rozkazów 8086. Koncepcja RISC to koniec lat 70-tych. To był taki pomysł, że utrudniamy pracę programiście, który jednak ma szansę używając rozkazów, które są bardzo szybko wykonywane napisać szybki program. Koncepcja procesora ARM jest późniejsza. To jest kwestia bardziej opinii czy dowolnego uznania co jest na czym oparte i w jakim sensie. Czy turbina parowa „jest oparta” na maszynie parowej? Konstrukcje są zupełnie inne, ale w budowie turbiny wykorzystano doświadczenia z pracy maszyn parowych tłokowych,począwszy od cyklu Carnota, a skończywszy na wiedzy o zachowaniu się silnie przegrzanej pary. Systemy operacyjne skompilowane do kody wykonywalnego wyglądają zupełnie inaczej, ale to wynik działania kompilatora na poziomie kodu maszynowego. Oglądane z poziomu źródeł mogą wyglądać identycznie. Lwia część pomysłów jak organizować działanie komputera jest taka sama dla wszystkich niemal systemów. W Androidzie też są pliki i foldery, choć z poziomu usera telefonu tego prawie nie widać. Z konieczności mamy tak samo zapisywane jotpegi i pliki tekstowe. Z konieczności „takie same” są elementy składowe procesora jak bramki czy rejestry, elektryczne schematy niewiele da się zmienić. A nawet jeśli coś było robione „na odwrót” jak turbina w stosunku do maszyny parowej, to na skutek doświadczeń z tym co było. Ale takich różnic, jak pomiędzy turbiną i maszyną parową w technice cyfrowej nie znajdziemy. Sens krytykowanego tekstu jest taki, że podstawy techniki cyfrowej to tamte lata czyli 70-te i od tamtej pory nie zrobiono żadnej „turbiny cyfrowej”, żadnej rewolucji, a co zrobiono, to są przeróbki i rozbudowywanie tego, co już było. ARM nie są całkiem inne niż elementy 8086, co więcej muszą być na tyle podobne, by dało się na nie skompilować np przeglądarkę Chrome. Rewolucyjny postęp jest w technologii produkcji układów cyfrowych, gdzie zeszliśmy w rozmiarze ścieżek do kilkunastu atomów, ale to zupełnie inna bajka.