Zmarła Dominika RepeczkoObrazek wstążki
Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „AI i Grenlandia’ (5)

Felietony Adam Cebula - 18 czerwca 2025

Ten sprzęt był budowany do wojny błyskawicznej: szybkie uderzenie na obronę przeciwlotniczą, której trzonem jest niewielka liczba (za to piekielnie technologicznie zaawansowanych) systemów, potem uderzenie na zaskoczone na lotniskach samoloty i śmigłowce, rozbicie z powietrza sił pancernych, tu też założenie, że czołgi są nieliczne, ale piekielnie zaawansowane. Wreszcie wojska lądowe: miało być jak na filmach specjalsi na specjalsów. A tu przyszły ruskie realia: czołgi T55, o których trudno powiedzieć, czy to sprzęt bojowy czy wabik, ataki poborowych zabranych z ulicy i przywiezionych na front wedle doktryny Stalina „ludiej u nas mnogo”.
Najbardziej zaawansowana technologia? Na przykład rosyjski dron „Książę Vandal Nowogrodzki”, sterowany światłowodem,
jest prawdopodobnie przeróbką konstrukcji dostępnej na cywilnym rynku. Ale amatorka działa.

Opowieści o tym, że gdyby tylko USA zechciały i dostarczyły Ukrainie broń, ta wygrałaby, przegrywają z doniesieniami, że w całym NATO są zapasy np. amunicji krążącej na poziomie zupełnego minimum do odparcia ewentualnego ataku. A minimum, bo postawiono na rozwiązania może i dobre, ale może, za to na pewno piekielnie drogie.

Na placu prawdziwego boju zostaje coś zupełnie niefilmowego, nie komiksowego, nie tylko drony, ale dla masowego odbiorcy bełkotliwie brzmiące informacje o wojnie radioelektronicznej, stacje zagłuszania, czy rozciągane nad pojazdami siatki antydronowe, z których niedawno jeszcze się śmiano. Gorzej: drogi osiatkowane sieciami rybackimi z demobilu.

Jeszcze taki drobiazg: zdetronizowani zostali bardzo filmowi snajperzy, ich miejsce zajęli pracujący jak modelarze konstruktorzy i operatorzy dronów. Wojna stała dużo mniej widowiskowa, miniaturowe maszyny noszą niewielkie ładunki, sprzęt jest ze sklepów dla majsterkowiczów. No i najważniejsze: to, jak go używać, wiedzą dziś najlepiej Ukraińcy i Rosjanie. Pozostałe potęgi wojskowe pewnie się przyglądają, ale gdy się nie ryzykuje swoim życiem, to nauka idzie zwykle w las.

Nie chcę udowadniać, że mam rację: tylko obstawiam pewną wersję. Fakty są takie, że od jakiegoś czasu Amerykanie nie są w stanie stawiać na swoim. Z Afganistanu musieli się wycofać. Fakt, że fatalne porozumienie załatwił Trump, geniusz polityki zagranicznej, ale gdyby nie militarna słabość, nie doszłoby do faktycznej klęski. Biden prawdopodobnie z premedytacją utrzymywał Amerykę w dystansie od wojny w Ukrainie, bo wiedział, że sił i środków wystarczy na osłabienie Rosji, ale nie na zwycięstwo. Jak się wydaje po próbach Trumpa, to wsparcie Ameryki jest „kluczowe” dla Ukrainy tylko w obszarze niektórych rodzajów broni przeciwlotniczej, a tym bardziej Jankesi nie są w stanie niczym docisnąć Rosjan. Oczywiście, że problemem są dla nich Chiny, ale prawdopodobnie też Huti, którym ultranowoczesne strategiczne bombowce B-2 powiewają. Ważna jest obserwacja, że izraelska Żelazna Kopuła nie za bardzo daje radę w konfrontacji z rakietami relatywnie bliskiego zasięgu, w szczególności muzealnymi typu Grad. A to nie przypadek, bo drony Shahed 136 z silnikiem dwusuwowym okazują się także skuteczne w Ukrainie. Jak uważają niektórzy pismacy, w Jemenie wprost nie wiedzie się interwencja USA.

To temat na osobny duży tekst. Konkluzja jest taka, że technologia, nie tylko dronowa, nie tylko informatyczna, także w banalnej produkcji części mechanicznych, spowodowała, że stało się coś takiego, jak na początku II wojny światowej: pancerniki straciły znaczenie. Dziś znaczenie straciło cholernie specjalistyczne cholernie drogie i rzadkie uzbrojenie. Nieszczęście w tym, że Ukraińcy to wiedzą, my się właśnie dowiadujemy. I nie rozumiejąc, kombinujemy jak przezbroić te pancerniki.

Pamiętam pierwsze podejście do „Września” Tomka. Musiałem kilka razy zabierać się za lekturę, bo to jest typ książki „kłującej”. Czytasz, natrafiasz na fragment, po którym masz dość. Czemu? Musiałem przemyśleć. Boleśnie uderzała w mój obraz świata. A był on zbudowany przez Sci-Fi z tzw nurtu bohaterskiego, które przewidywało ewentualne niepowodzenia i ofiary jedynie podczas średnio niepowstrzymanego podboju kosmosu i dokonywania kolejnych odkryć naukowych. W tej wizji nie było ani drobiny miejsca na zgłupienie, tym bardziej regres, zwłaszcza tej najbardziej postępowej części ludzkości. W tym poglądzie „Wrzesień” jest dla mnie książką apokaliptyczną.

Tomek zauważył ten proces na przełomie wieków. Jednak wtedy chyba nie było widać, że dzieje się to nie tylko w Polsce. W głowie się nie mieściło, że może tyczyć też USA, nie widzieliśmy jeszcze tego w Rosji. Dziś można bez ryzyka powiedzieć, że zdurniał cały świat. Zwłaszcza kraje najbardziej rozwinięte. 20 i trochę lat po tym jak pisał Mason, w kwestii militarnej potęgi USA musimy postawić kilka znaków zapytania. Prawie na pewno to nie jest to mocarstwo, które mogło niecałe ćwierć wieku wcześniej skrzyknąć sojuszników i obalić rząd średniego państwa.

W roku 2003 nikt jednak nie miał wątpliwości co do tego, że w razie niepokoju, bezpieczną walutą jest dolar, że w kwestiach gospodarczych możemy ufać ich systemowi sądowemu. Wydawało się, że mimo zawirowań, USA trzymają poziom w badaniach naukowych. Mieliśmy przekonanie, że ochrania nas nie tylko amerykański parasol atomowy, ale co ważniejsze, cywilizacyjny. Że w razie co, wyciągną nas z tarapatów. W tle „Września” mamy taki porządek świata, że są ci wielcy, co go utrzymują.

Zmiany które obserwujemy dziś w świecie są bliskie w mocy pochodowi lodowca. Jest taka własność ludzkiego umysłu, że gdzieś poza świadomością mianuje pewne elementy rzeczywistości jako absolutnie niezmienne. Gdy te pewniki upadają, diabli biorą to od czego zacząłem: naszą zdolność do przewidzenia, co to będzie? Wówczas mamy apokalipsę, zagładę świata w którym żyliśmy. Ależ tak, tym zajmuje się najpoczytniejszy, najbardziej poważany gatunek nie tylko epiki, dziś to może być i gra komputerowa, mniejsza, że to epopeja. Wali się wszystko, czego trzymaliśmy się do tej pory, nadchodzi biała ściana i miażdży. Pada to, co w skali naszego życia było od zawsze.

Póki nie wybuchnie III wojna światowa militarna pozycja USA jest swego rodzaju teorią. Popkulturą tłumaczymy sobie codziennie świat. Kto nakręci nam Wojny Gwiezdne, jak Trump załatwi Hollywood? O naszym postrzeganiu świata mówi fragmencik tekstu Masona ” Powiedzmy sobie szczerze, autorzy byli wtedy zafascynowani Ameryką i musiało to znaleźć odbicie w ich dziełach. Zafascynowani byli i czytelnicy, czyli także ja.” A to specjalizacja. Tak po prostu amerykańska popkultura zawładnęła kulturą (nie pop) niemal całego świata. Że wiele lat temu Mason znalazł jakiś wyjątek, to zauważmy, nisza dla osoby jednak wyjątkowej. A średnia jest taka, że patrzymy na świat przez Hollywood.

To nie tak, że wina Trumpa. Lodowiec ruszył znacznie wcześniej, gdy jak Tomek napisał, za program wahadłowców wzięli się księgowi. Najpierw odwrót od nauki zrobił w głowach sieczkę. Wierzymy w AI, wierzymy w bajeczne skarby ukryte w ziemi i nie rozumiemy świata w tym sensie, od którego zacząłem. Pojęcia nie mamy, jak się ratować. Rzekomo zalewa nas dezinformacja i dezinformujemy się w temacie odróżnienia fejków od prawdy. Sprawdzać w różnych źródłach? A znacie ten efekt, że przez sekwencję ctrl+c i ctrl+v, jeszcze prościej kliknięcie „udostępniam” w całym internecie mamy bzdurę sklonowaną z jednego źródła? Inny „ekspert” radzi zacząć od sprawdzenia, kim faktycznie jest autor? No właśnie: jak autorem wpisu jest znany Prezes i to ten Prezes, to mam wierzyć? Sprawę mają załatwiać aplikacje sprawdzające fejki. Kuku. Problem czy to „nasza” apka, czy „ich”.

Ciągle wierzymy, że Amerykanie, jakiś mityczny Zachód, czy wiara przodków magicznie poukłada nam w głowie i zrozumiemy. A postęp wywraca świat, my zaś przykładamy do niego stare pojęcia jak owych złóż surowców, które nie są złożami, strachów przed maszynami jeszcze z czasów Buntów Tkaczy. Tym jest strach przed AI. Dlatego ktoś chce kupić Grenlandię.

Wiadomo, co zrobić, bo nie raz to pomogło. Jak Zachód usłyszał to piii piii – strach był tak wielki, że ludzie (niektórzy) wzięli się za naukę i niektórzy się czegoś nauczyli. Niestety, dziś oddzieleni od świata Androidem, wirtualną rzeczywistością, słuchawkami bluetooth w uszach transmitującymi odpowiedzi DeepSeek pomysł, by się uczyć, to Sci-Fi i to nie hard, ale bardziej fantasy, jak Wojny Gwiezdne. To się nie da nawet na ekranie kinowym, bo Trump uwali(ł) Hollywood. Nie wiem, jak zatrzymać ten lodowiec.

 

Adam Cebula




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „O tym, jak fantastycy, pisząc o nazistach, mogą uratować świat”
Felietony Adam Cebula - 28 września 2020

Operacja Dragoon, drugi desant aliantów w południowej Francji przeprowadzona 15 sierpnia 1944…

Adam Cebula „Woda utleniona w medycynie ludowej”
Para-Nauka Adam Cebula - 5 października 2018

Nie znam się na medycynie. Podobno wszyscy Polacy są znakomitymi medykami, lecz nie ja. Wręcz przeciwnie, jak…

Adam Cebula „Nic o koronawirusie”
Felietony Adam Cebula - 8 maja 2020

Istotą opowieści jest, że wszystkie dyktatury podążają szlakiem wytyczonym przez Stalina i…

Komentarze: 3

  1. TT pisze:

    Czytając to przypomniał mi się stary kabaret:
    https://www.youtube.com/watch?v=ZpZ1zzmcEEk (to o co chodzi zaczyna się około 11:30).
    Na chwilę obecną wygląda, że akurat w tym „meczu” „Zachód” oberwał i leży na deskach… „Chiny” chyba trafiły raczej przez przypadek gdyż inaczej ograniczyły by się tylko do tego „ciosu”.
    Teoretycznie, można na „Zachodzie” zacząć rafinować pierwiastki ziem rzadkich albo nauczyć się bez nich obywać; ale… na to potrzeba woli i czasu.
    Czy jest wola?
    A co do czasu? Jest limitowany dostępnością rakiet „Arrow”… a tu już podobno jest kłopot tzn. wystarczy ich na parę dni a tego co mają strącać na parę tygodni (przy aktualnym zużyciu).
    A potem pryska parę mitów i budzimy się w zupełnie innym świecie.

  2. Superreichmann pisze:

    Ciekawy artykuł, ale myli się Pan w stwierdzeniu:

    „Procesor 8086 powstał w roku 1978. „Wszystkie” pracujące do dziś procesory są oparte na tej konstrukcji. Na systemie Unix, poprzez system Linux, stoi Android obsługujący większość komórczaków i tabletów.”

    Wszystkie „komórczaki”, tablety, smart-zegarki, komputery Apple (od roku 2020) pracują na procesorach z architekturą ARM, a nie x86.
    Nawet Windowsowe laptopy można już kupić z procesorami Qualcomm Snapdragon X Elite na architekturze ARM.

    System Android od początku był pisany pod architekturę ARM (a nie x86).

    ARM to architektura dużo nowsza, komercjalizowana pod koniec lat 90-tych i dominuje obecnie we wszystkich komputerowch urządzeniach konsumenckich.

    • baron pisze:

      Być może trzeba było by to zaznaczyć, ale nie chciałem pisać tekstu o historii informatyki i pewne sprawy musiałem potraktować skrótowo. Sam fakt, że idea RISC to okolice roku 1983 świadczy o tym, że twórcy korzystali z wcześniejszych doświadczeń. To także stwierdzenie trochę na przełaj, ale najpierw była potrzeba przyspieszenia pracy procesora który tracił czas na wiele rozbudowanych procedur w systemie rozkazów 8086. Koncepcja RISC to koniec lat 70-tych. To był taki pomysł, że utrudniamy pracę programiście, który jednak ma szansę używając rozkazów, które są bardzo szybko wykonywane napisać szybki program. Koncepcja procesora ARM jest późniejsza. To jest kwestia bardziej opinii czy dowolnego uznania co jest na czym oparte i w jakim sensie. Czy turbina parowa „jest oparta” na maszynie parowej? Konstrukcje są zupełnie inne, ale w budowie turbiny wykorzystano doświadczenia z pracy maszyn parowych tłokowych,począwszy od cyklu Carnota, a skończywszy na wiedzy o zachowaniu się silnie przegrzanej pary. Systemy operacyjne skompilowane do kody wykonywalnego wyglądają zupełnie inaczej, ale to wynik działania kompilatora na poziomie kodu maszynowego. Oglądane z poziomu źródeł mogą wyglądać identycznie. Lwia część pomysłów jak organizować działanie komputera jest taka sama dla wszystkich niemal systemów. W Androidzie też są pliki i foldery, choć z poziomu usera telefonu tego prawie nie widać. Z konieczności mamy tak samo zapisywane jotpegi i pliki tekstowe. Z konieczności „takie same” są elementy składowe procesora jak bramki czy rejestry, elektryczne schematy niewiele da się zmienić. A nawet jeśli coś było robione „na odwrót” jak turbina w stosunku do maszyny parowej, to na skutek doświadczeń z tym co było. Ale takich różnic, jak pomiędzy turbiną i maszyną parową w technice cyfrowej nie znajdziemy. Sens krytykowanego tekstu jest taki, że podstawy techniki cyfrowej to tamte lata czyli 70-te i od tamtej pory nie zrobiono żadnej „turbiny cyfrowej”, żadnej rewolucji, a co zrobiono, to są przeróbki i rozbudowywanie tego, co już było. ARM nie są całkiem inne niż elementy 8086, co więcej muszą być na tyle podobne, by dało się na nie skompilować np przeglądarkę Chrome. Rewolucyjny postęp jest w technologii produkcji układów cyfrowych, gdzie zeszliśmy w rozmiarze ścieżek do kilkunastu atomów, ale to zupełnie inna bajka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *