Dorota Pacyńska „Znasz bajkę o smokach?”

Felietony Dorota Pacyńska - 30 lipca 2014

smok milenyZaznaczam od razu, że problem, o którym traktuje ten tekst, dotyczy niewielkiego procenta wydawnictw, jednak ostatnio dziwnym trafem coraz bardziej rzuca mi się w oczy. Ale do rzeczy.

W czasach, kiedy zawiadywałam działem recenzji Fahrenheita i zdarzyło się, że jakiś wydawca przesyłał informację o książce „z importu”, nie uwzględniając w jej treści nazwiska tłumacza, odpowiadałam pytaniem: „Czy książka jest tak genialna, że przetłumaczyła się sama?” Działało. Czasami krótko, czasami trwale, ale działało. Nie świadczy to bynajmniej o wielkiej sile rażenia Fahrenheita, tym niemniej wydawca dostawał jasny sygnał, że nie wolno informować o przekładzie bez informowania o tym, kto jest jego autorem. Bo nie wolno. Tako rzecze prawo. I wydawca to w swoich działaniach uwzględniał.

Tak się złożyło, że – na skutek okoliczności przeze mnie niezawinionych – zostałam Szefową i – prawem wszystkich szefowych i szefów świata – wypatrzyłam perspektywiczną ofiarę, by zwalić na jej barki temat recenzji, informacji o książkach, kontaktów z wydawcami itp., pozbywając się tym samym kwestii tłumaczy i ich autorskich praw osobistych z pola widzenia. Jednak temat, jak każdy podrzutek, chciał do mamusi, nie dawał o sobie zapomnieć: gaworzył, chodził za mną krok w krok, czepiał się mojej spódnicy, łaski prosił. No, nie jestem wszak z kamienia, nie będę sierotki na upał wyrzucać. Złamałam się i chcąc nie chcąc, do tematu wracam.

Ale najpierw bajeczka (dla porządku zaznaczę, że smok jest czysto symboliczny, pasował mi do fabuły i tyle. Nie należy się więc doszukiwać podobieństw w nazwach i logotypach oficyn, bo ich nie ma.).

Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami, za siedmioma morzami, za siedmioma dolinami żył sobie smok. Młody, nieoskrzydlony jeszcze porządnie, ot, polatucha taka. Świata wielkiego jeszcze z lotu smoka nie widział, wioskę najbliższą tylko znając, za ojczyznę swą i świat cały ją uważał. A wioska to nie byle jaka była, sporo w niej bajarzy przednich domy swe miało i opowieści cudne w tych domach tworzyło. A nasz smok, wiedzieć wam trzeba, dziewice źle trawił, na księżniczki miał alergię, a na kamienie szlachetne patrzeć się wzdragał, za to bajędy rożne czytać mógł na okrągło.

Zauważył jednak smok, że bajarze opowieści swe przędą w gronie rodzinnym, za ściany domostw swych baśni nie wynosząc. Jakże to, zdumiał się smok, toż tych cudowności nikt, ni brat, ni swat, ni sąsiad najbliższy poznać nie mogą? To nie jest dobre, stwierdził i założył wydawnictwo. Jakże cieszyli się bajarze, że mogą swoimi bajaniami sąsiadów radować, jakże cieszyli się sąsiedzi, bajania owe czytając.

Czas płynął, smok rósł, aż skrzydła jego stały się tak krzepkie, że mógł coraz wyżej się wznosić i coraz dalej latać. I kiedy tak latał, odkrył, że oprócz jego wsi – czystej, ojczystej – są inne, mniejsze i większe, ładne i brzydkie, a w każdej też żyją bajarze, którzy opowieści cudne tworzą. Ucieszył się smok, w myślach już radość swych krajanów widząc, że całkiem inne opowieści poznać będą mogli. Umówił się więc smok z obcymi bajarzami, że ich bajędy wydawać w swojej wiosce będzie. Kiedy jednak rękopisy otrzymał i ludziom w wiosce pokazał, zdziwił się straszliwie. Opowieści napisane były bowiem w niezrozumiałym w jego wsi języku! (smok, rzecz jasna, jako telepata, pojęcia bariery językowej nie znal). Jakże to tak?, zafrasował się gad okrutnie, czyż te wszystkie cudowności ze stron dalekich w jego wiosce nieznane pozostać mają?

Martwił się straszliwie, aż tu patrzy dnia pewnego, a na środku wsi obcy człek się pojawił i towarami rożnymi handluje, i choć z wioski odległej przybył, mowę miejscowych pojmuje. Dziwił się smok, dziwił, ale że smokiem był rozumnym i oczytanym, i bajkę o pewnym miłośnika kąpieli znał, zakrzyknął gromko: „Eureka!” i zatrudnił handlarza na stanowisku tłumacza, wprowadzając tym samym do świadomości miejscowej pojęcie „przekwalifikowania”. Radości w wiosce nie było końca, tym bardziej że, jak się okazało, tłumacz miał kolegów, na szlaku poznanych, którzy również językami władali, i sprowadził ich do wsi, by bajędy ze stron dalekich tłumaczyli.

Błogi spokój smoka nie trwał długo. Otóż dnia pewnego przyśniła mu się Wróżka Księgużka, która chętnie książki przez smoka wydane czytała, a nawet czasem w ich wydaniu pomagała, i rzekła: „Smoku, wszystko mi się podoba, ale chyba o czymś zapomniałeś. Piękne są książki twoje, piękna strona twoja z trzech magicznych wu poczęta, jednak brakuje tam ważnej wieści. Wszak nie tylko bajarz opowieść snuje, nie tylko smok ją wydaje. Pomyśl o tym”.

Rzekła i znikła. A smok zaczął myśleć, ogonem podłogę wiórkować, na pazurach liczyć: jeden to bajarz, dwa to tłu… A! Tłumacz! Zapomniałem o tłumaczu! Oj, zasromał się smok i dawaj, stronę z trzech magicznych wu poczętą poprawiać, żeby przy każdej książce z odległych wsi pochodzącej nie tylko nazwisko bajarza było, nie tylko logo wydawnictwa Smok i Wiocha wzrok radowało, ale też nazwisko tłumacza jak brylant ze smoczego skarbca się skrzyło.

Radość we wsi zapanowała wielka – cieszył się smok, że błąd swój naprawił, cieszyli się tłumacze, że ich trud smok docenił, cieszyli się mieszkańcy wioski, bo już wiedzę posiedli, że tłumacze rożni bywają: jedni jakbyś słodki kołacz smakował, drudzy jakbyś chleb nasz powszedni jadł, a jeszcze innych, nie daj Boże, kuchni popróbować.

I żyli…

…hm, jak to mówi porzekadło, nic, co dobre, nie trwa wiecznie: nie żyli długo i szczęśliwie, książę nie oddał, tylko schował, i nie pantofelek, tylko dokument tożsamości, i powiódł nie do oltarza, tylko porzucił na środku A1, a do wioski wkroczyła wydawnicza proza życia, czyli wspomniany wcześniej podrzutek.

Mimo zwalenia pewnych obowiązków na perspektywiczne barki obserwowałam treść informacji przesyłanych przez wydawców. Cóż, ich jakość, eufemistycznie mówiąc, była rożna. Jednak w którymś momencie uwagę mą zwróciło jedno z wydawnictw, z którym nie pierwszy rok współpracowaliśmy wcale owocnie. Ze zdziwieniem zauważyłam bowiem, że w zapowiedziach i nowościach (dotyczących przekładów), nadsyłanych do redakcji, przestały pojawiać się nazwiska tłumaczy. Kilka razy zadałam pytanie o autora przekładu, owszem, odpowiedź zadowalającą dostałam, ale widać sugestie Fahrenheita nie miały już poprzedniej siły rażenia, bo wydawca konsekwentnie, w kolejnych materiałach, takich informacji i tak nie podawał. Zajrzałam więc na stronę tegoż wydawnictwa – strona, nadmienię, nowa, spełniająca wymogi wszelakie, z fajerwerkami i wodotryskami z czekolady – bo przecież, gdzie jak gdzie, ale na stronie potrzebną informację na pewno znajdę. Zawsze tam była. Czy muszę dodawać, że nie znalazłam?

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

A na pieszczoty to trzeba sobie zasłużyć!
Recenzja fantastyczna Ebola - 23 maja 2014

Autor: Matt Mayevsky Tytuł: „Homoseksokracja” Wydawca: Foreknowledge Ltd 2014 Stron: 500 Cena:…

Aleksander Karniszyn „Dobra praca”
Opowiadania Aleksander Karniszyn - 10 listopada 2014

Z początku wszystko szło świetnie. Olga biegła, bojąc się spóźnić do pracy, a tu z tyłu…

Konstantin Skuratow „Lek na depresję”

Szedłem zaśnieżoną ulicą, przyciskając ramieniem komórkę do ucha. Numer rozmówcy oczywiście się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!