Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Klątwa za dokładnego pomiaru”

Para-Nauka Adam Cebula - 30 marca 2020

 

To zjawisko umyka publicystom, filozofom, politykom, politologom, ekonomistom i wielu im podobnym. A owszem, laborant się uśmiał. Kolega przyniósł mi wykres wykonany przez studentów. Dla poprawienia sobie humoru. Kawał wymagał chwili skupienia. Musiałem spojrzeć na opis osi, zrozumieć, czego dotyczy.

Wykres przedstawiał dość koślawą jakby sinusoidę rozciągniętą na całą kartkę. Zabawny zaś był z tego powodu, że powstał na skutek działania miernika cyfrowego. Mało kto wie, że dobrze zaprojektowane ustrojstwo może mieć najlepiej dokładność plus minus jeden ostatniej wskazywanej cyfry. Chętnie bym wytłumaczył detalicznie czemu, ale istotne jest to, że gdy miernik podaje kolejne wartości – to, że dobrze mierzy, poznajemy po tym, że ta najmniej znacząca cyfra „lata”. Raz mamy 6, potem 5 i tak losowo wyniki się zmieniają.

Studenci wysnuli wniosek, że wobec tego wartość opornika z temperaturą się zmienia. Tiaaa…. A jak konstruowałem ów zestaw pomiarowy, to miałem intencję, by doszli do wniosku, że ów opornik wykonany z drutu o specjalnym składzie mimo zmian temperatury trzyma się jednej wartości jak drut. Zdawało mi się, że to oczywiste i bardzo dydaktyczne, przecież każdy rozumie, że zmiany na piątym – tak, piątym miejscu – oznaczają, że zmian nie ma, tym bardziej że przecież u licha nie korelują. Oczywiste!

To się nazywa porażka dydaktyczna… czy jakoś tak. Przyczyna bardzo prosta. Gdybyśmy wzięli miernik analogowy ze wskazówką, nawet wystraszony i niezbyt kumaty widziałby, że jeśli nawet porusza się ona, to ów ruch jest bardzo, bardzo drobny. Na mierniku analogowym nie da się czytać wyników z dokładnością do pięciu miejsc, więc nikt nie zrobiłby absurdalnego wykresu i nie wysnułby wniosków przeciwnych niż to wynikało z wyników.

Powód jest standardowy dla dzisiejszych czasów: zbyt dokładny pomiar. Jeśli mówię „pomiar i interpretacja wyników”, to publiczność już śpi. Tymczasem rzecz dotyczy najbardziej chwytliwych tematów współczesnej publicystyki. Skąd wiemy o efekcie cieplarnianym? Bo dokładnie mierzymy temperaturę. Co więcej, opracowaliśmy technologię, która sugeruje, że te pomiary mają jakiś sens. Usilnie pracowaliśmy nad tym, by wyeliminować różne efekty – od błędów aparaturowych po wpływ zjawisk zachodzących w samym środowisku tak, żeby to… dobrze wyglądało.

O tym, że rozsądne ustawienie pomiaru to sprawa bardzo trudna, wiedzą chyba tylko ci, którym się to po prostu wiele razy nie udało.

O tym, że może istnieć jakaś dziura ozonowa, przekonaliśmy się wówczas gdy wystrzelono satelity, które były w stanie mierzyć ilość ozonu w atmosferze. Nigdy jakoś nie trafiłem na dość oczywistą refleksję, że aby stwierdzić, że to ludzie wywołali zanik ozonu, musielibyśmy mieć jakieś dane, że wcześniej, przed epoką freonów, było inaczej. Aby pomiar coś znaczył, potrzebujemy nie jednego, a co najmniej dwóch wyników (w rzeczywistości mnóstwo) zrobionych w różnych warunkach. Raz mamy emisję freonów, raz jej nie mamy.

Zamiast tego doczekaliśmy się jeszcze dokładniejszych pomiarów stężenia freonów na Antarktydzie. W jednym z artykułów czytałem o budzących grozę wynikach, wykryciu cząstek na poziomie jedna na dziesięć miliardów gdzieś w okolicy bieguna, co ma świadczyć o strasznym postępie niszczenia planety przez człowieka.

Nieszczęściem okazał się tu zapewne spektrometr masowy, urządzenie, dzięki któremu jesteśmy w stanie wykrywać pojedyncze cząsteczki jakiejś substancji.

Nieszczęście powtarza się w trochę mniej oczywistych okolicznościach, na przykład przy próbach postawienia diagnozy raz na zawsze, czy na ten przykład jajka są zdrowe? Tu precyzyjnych przyrządów pomiarowych nie widać. Instrumentarium ginie za tysiącami przebadanych ochotników, za zawiłymi procedurami podwójnych ślepych prób. W rzeczy samej mamy tu jednak ten sam problem podniesienia dokładności pomiaru.

Człowiekowi, który ma coś do czynienia z mierzeniem, natychmiast przychodzi do głowy myśl, że skoro potrzebne są takie skomplikowane zabiegi, to najwyraźniej ów efekt, który chcemy wyłapać, jest niezauważalny, bardzo słaby. I co najgorsze, może być czymś takim, jak owe wahania wskazań miernika na pracowni: nie ma nic wspólnego z tym, co mierzymy. Jeśli ktoś źle lub dobrze reaguje na jajka, to niekoniecznie oznacza, że tak samo zareaguje ktoś inny. Gorzej, ten sam człowiek po jakimś czasie może zareagować inaczej. Zapewne czytając oryginalne prace, dowiemy się, że bynajmniej autor nie próbował odpowiedzieć na pytanie, czy jajka są zawsze zdrowe. Zapewne usiłował rozwikłać jakąś szczegółową kwestię, nudną, obojętną dla niespecjalistycznej publiczności, i dostał odpowiedzi, które dla delikwenta, który po prostu z rana przygotowuje sobie śniadanie, nie znaczą nic.

Kiedy rozmawiałem biologiem i lekarzami, okazało się, że mętnie wyglądają badania na temat czegoś zdawało by się już oczywistego – jak palenie papierosów. Ewidentnie skracają życie, gdy się je pali… we współczesnej Europie. W naszych warunkach ludzie dożywają wieku, w którym ujawnia się stymulowanie nowotworów. Gdy ludzie żyli krócej, tytoń miał przynajmniej niewyraźne działanie. Do pewnego wieku palenie pobudza układ odpornościowy. Dlatego możliwa jest reakcja całkiem przeciwna do tej, jaką lansuje współczesna popularna wiedza. Przez jakiś czas palący może być bardziej odporny i na grypy, i na koronawirusy.

Podobnie sprzeczne wyniki dają badania wpływu czerwonego wina na układ krążenia. Podejrzewam, że jest i różny u różnych ludzi i mocno zależy od okoliczności, diety, historii, a przede wszystkim od kondycji, genotypu konkretnego człowieka. A tak, kilka razy czytałem, że kilka procent populacji Słowian jest odporna na metyl. Te różnice międzyosobnicze mogą być dramatyczne, więc chyba można się pożegnać z jednoznacznymi odpowiedziami na temat wina, które będą słuszne dla każdego.

Jaki jest problem z tym koronawirusem? A że to dość „słaba” choroba, która na dodatek ma tę paskudną właściwość, że u dużej liczby osób przebiega albo bez objawów, albo z na tyle słabymi, że nie ma powodów podejrzewać, że dzieje się coś złego. Za czasów mojego dzieciństwa nikt nie przejmował się na przykład ospą wietrzną. Jeśli dziecko, przechodząc ją, co było swego rodzaju rytuałem inicjacyjnym, miało jakieś komplikacje, to zwalano raczej na słaby organizm niż na choróbsko.

Obstawiam, że jakieś 50 lat temu (mam na myśli okolice roku 1970, gdy chodziłem do podstawówki) epidemia przeszłaby „prawie niewykryta”, sklasyfikowana, jako „paskudniejsza grypa” czy coś mnie więcej w tym stylu. Warto tu zauważyć, że o słynnej hiszpance pisze się wiele dzisiaj, ale o tym, że w ogóle coś takiego się zdarzyło, dowiedziałem się już w dobie internetu. Przez ładnych kilka dziesiątek lat od zakończenia I wojny światowej było to zdarzenia towarzyszące o wiele większemu nieszczęściu, jakim wydawał się światowy konflikt.

Mam wrażenie, że dopiero po wielu latach, dzięki żmudnej pracy historyków i różnej maści archiwistów udało się pi razy drzwi określić liczbę ofiar. I kilkadziesiąt lat po nieszczęściu dowidzieliśmy się, jak naprawdę było wielkie.

W tamtych czasach trybiki machin administracyjnych kręciły się leniwie. Krążyły papiery, urzędowe listy dostarczała poczta, która miała swoje w nosie, listy szły przez ogromne sortownie, nie było kurierów. Dwa, trzy dni to był najkrótszy czas nawet w obrębie jednej miejscowości, w jakim wiadomość docierała do odbiorcy.

Statystyki trzeba było wykonać ręcznie, ktoś musiał policzyć przyjętych do szpitala, zliczano zgony i narodziny. W 1970 roku Polska liczyła ok 32,67 osób. Przekładając wprost proporcjonalnie epidemię koronawirusa na katastrofalny przebieg, jaki ma ona we Włoszech mielibyśmy ok. 25,3 tysięcy chorych i ok. 2170 zmarłych. Nawet jeśli pamiętamy, że ówczesna administracja ciągle wypatrywała desantu kapitalistycznej stonki, to biorąc pod uwagę, że średni wiek ofiary wówczas określano jako „sędziwy” sprawy by nie było. Jak podaje portal medonet, śmiertelność w przedziale wieku 50-59 lat wynosi 1,3%, a w wieku ponad 80 lat aż 14,8 % . W tamtych czasach w takim wieku umierało się „ze starości”. Biorąc pod uwagę, że średnia wieku zakażonych we Włoszech wynosi 63 lata, to epidemia nijak by się miała do poziomu obronności peerelu i pies z kulawą nogą by się nią interesował.

Powód byłby jeszcze jeden: epidemia we włoskiej skali praktycznie nie ruszyłaby poziomu produkcji. Jak plany wykonywano jedynie na papierze wcześniej, tak i w przypadku, gdy jakieś 0,08% ludzi udaje się na chorobowe, zostałyby tak samo skutecznie zasymulowane.

Epidemię dostrzegliśmy dzięki precyzyjnym technikom pomiarowym, nie tylko znakomitym mikroskopom elektronowym, ale i sekwencjonowaniu białek i cząstek (w tym wypadku pewnie RNA), testom wykrywającym przeciwciała i doskonałemu w porównaniu do tych dawnych czasów obiegowi informacji. To dobrze działająca administracja sprawiła, że dostatecznie szybko policzono chorych. Dzięki łatwości przepływu informacji lekarze połapali się, że mamy coś całkiem innego niż sezonowa grypa.

Dlaczego wojna z koronawirusem jest taka trudna? Bo próbujemy poprawić coś na czwartym, piątym miejscu po przecinku. Wyposażyliśmy się w bardzo dokładne narzędzia do obmierzania stanu społeczeństwa, one wykazały, co jest nie tak i… Teraz potrzebujemy kolejnych, równie precyzyjnych instrumentów, by reagować. A mamy takie z XVIII-XIX wieku, toporne – jak kwarantanny całych miejscowości. We włoskim miasteczku Vo Euganeo wyeliminowano epidemię do zera. Metoda w zasadzie oczywista: poddano wszystkich mieszkańców testom. Okazało się, że połowa nosicieli nie miała (żadnych?) objawów. To wyjaśnia całą trudność opanowania epidemii. Warto sobie uświadomić: to było możliwe, ponieważ mieszkańców było coś około 3,5 tysiąca. Tylko. W przypadku miasta Wrocław trzeba byłoby przebadać te 700 tysięcy mieszkańców w czasie najdalej 2-3 dni, zapewnić szczelność granic miasta, izolować wszystkich „dodatnich” ze skutecznością na poziomie sto procent. No i – drobiazg – po takim zabiegu reszta może działać jak przed epidemią.

Nie da się? W Chinach chyba jednak nie bardzo wyszło. Co prawda końcówka kampanii (o ile to już koniec) wydała się efektowna, ale to tamtejsze władze zaczęły od prób tuszowania nieszczęścia. Jak jednak wynika z sieciowych informacji, Tajwan, Singapur i Makau poradziły sobie.

Nasze publikatory rozpisują się o zamordyzmie reżimów, które bez żadnych oporów wprowadziły kontrolę społeczeństwa na skalę znaną tylko z filmów SF. Że latają drony, rozpoznają twarze i… no na pewno coś strasznego.

Tymczasem słyszę opowieści turystów, którzy wracają z innego kontynentu, Afryki, i są zszokowani niefrasobliwością, jaką zastają w naszym kraju po powrocie. Bo w dzikim kraju, gdzie zarejestrowano jednego chorego (niestety bardzo prawdopodobne, że to jeden, mimo domniemam nieprowadzenia masowych badań, bo złapany na jakimś lotnisku), na każdym kroku są automatyczne urządzenia do dezynfekcji rąk, rękawiczki jednorazowe i ochroniarze pilnujący, by tego używać.

Tamże ów jeden (statystyka się niestety zmienia) nieszczęśnik wracający z bakcylem w sobie został sprawnie wyczesany spomiędzy podróżnych i szybko izolowany. A przynajmniej tak się to opowiada.

Tymczasem biedny Polak po powrocie do kraju z papierem kierującym go na natychmiastową kwarantannę jedzie przez pół Polski publicznym transportem, bo nikt nie ma zielonego pojęcia, co z nim zrobić. W chwili gdy piszę te słowa, prasa rozpisuje się o nieszczęśniku, który zmarł w Głogowie w oczekiwaniu na ekipę robiącą testy. Ktoś zauważył, że śmieci po ludziach na kwarantannie trafiają do ogólnych sortowni. I coś z tego wynikło? Jeśli się wczytamy dokładnie w to, co gnębi rządzących, to chyba niezależnie od opcji politycznych, od krajów, mamy jedną obserwację: oni wojują ze skutkami własnych decyzji. A tak – największy problem jest taki, że siadła gospodarka. Diabli wezmą kiełbasy wyborcze, i to nie tylko w Polsce. To jest problemem, a nie walka z chorobą, która dotyka jakieś ułamek „pi-pi-ema” (parts per million) społeczeństwa. Skoro tylko siedem osób zmarło…

Zakładając, że na dzień dzisiejszy (22.03.2020) został wykryty tak co piąty, co szósty przypadek koronowirusa, mamy w kraju jakieś 3-3,5 tysiąca chorych. Czyli (około…) jedna osoba na dziesięć tysięcy. Na takim stopniu dokładności trzeba działać, skoro chcemy opanować zarazę. Tymczasem mamy chyba bałagan. Albo coś o kilka rzędów wyżej. Totalny burdel, śmiało można tak to nazwać.

Zastanawiam się, jak to jest w tej Afryce (nie Azji), czy czasem nie okaże się, że brutalna lekcja eboli nie nauczyła ich elementarnego porządku?

Wirus wirusem, trzeba przestrzegać zasad higieny, jakiej mnie nauczali w szkole, gdy szalała jeszcze gruźlica i inne salmonelle. Trzeba zauważyć, że do tak zwanej opinii publicznej spływają coraz częściej wyniki bardzo precyzyjnych pomiarów. A publika w najlepszym razie zachowuje się jak owi studenci, którzy wedle ogólnych zasad wykonują bezsensowny wykres i zupełnie nie potrafią zrozumieć, co to wszystko razem znaczy. W gorszym wpadają w panikę, a w tym chyba najgorszym starają się w mętnej wodzie powszechnego ogłupienia ukręcić jakiś własny interes. Ktoś wytłumaczy mi zamkniecie (jak rozumiem) całego TPN-u czy kilku podwarszawskich lasów? Czy naprawdę chodzi o to, że na Czerwonych Wierchach jest większa gęstość turystów niż na Krupówkach, czy może o to, że ktoś chciał pokazać, jaki to jest dbały o zdrowie ludzi, czy po prostu znalazł okazję, by zamknąć interes i siedzieć sobie w domu?

Nie, nie mam nadziei, że kiedyś powszechna stanie się wiedza, ludzie będą rozumieć, że jak na piątym znaczącym miejscu widzimy zmiany, to nie ma zmian. Jestem za to pewien, że dokładność mierników będzie stale rosła. A razem z nią nie tylko informacyjny chaos.

Adam Cebula




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

I znowu 451 Fahrenheita…
451 Fahrenheita Adam Cebula - 4 kwietnia 2019

Cóż, nie interesujemy się polityką. Niestety, polityka interesuje się nami. Tak, nami,…

Adam Cebula „Trochę mniejsza apokalipsa”
Felietony Adam Cebula - 24 lutego 2020

Naród Polski może nam zniknąć z pola widzenia jak wikingowie w Grenlandii,…

Adam Cebula „Litości dla zaradnych!”
Felietony Adam Cebula - 3 września 2015

W życiu trzeba sobie jakoś radzić, powiedział baca, zawiązując buta dżdżownicą. Adam Cebula…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit