ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Mars wita nas!” (3)

Para-Nauka Adam Cebula - 20 kwietnia 2021

Na chwilę obecną nikt nie ma pojęcia, jak mogłaby wyglądać technologia produkcji atmosfery. Jak doniósł m.in. dzienniknaukowy.pl: „Chociaż Księżyc nie ma atmosfery, znajduje się tam tlen. Jest on uwięziony w księżycowej glebie – regolicie. Naukowcy z Europejskiej Agencji Kosmicznej opracowali prototypową placówkę umożliwiającą wytwarzanie z regolitu tlenu. Zdolność pozyskiwania tlenu na Księżycu ma ogromne znaczenie dla stworzenia tam stałych baz”. Przytoczona informacja, powtarzana w innych mediach, bywa przekręcana w taki sposób, że czytelnik albo widz ma odnieść wrażenie, że dokonano jakiegoś niezwykłego odkrycia. Tymczasem wiemy od zawsze, że podstawowy składnik skorupy ziemskiej to SiO2. Ponieważ Księżyc ma bardzo podobny skład, więc tam musi być podobnie. Dokładniej, planety skaliste są zbudowane ze związków, w skład których wchodzą zwykle krzem, magnez czy wapń, zwykle utlenione, czasami w postaci jakichś wodorotlenków – tlenu na tych planetach jest mnóstwo. Sęk w tym, że w postaci związanej. Jak nasi dzielni naukowcy postanowili go uwolnić? Moim zdaniem sięgnęli po najbardziej oczywisty pomysł: elektrolizę.

Problem nie w tym, żeby w ogóle zadziałało, tylko w opracowaniu takich technologii, żeby działo dobrze, długo i tanio. Akurat elektroliza materiałów rozgrzanych do 950 stopni Celsjusza dobrze nie wróży tym wszystkim warunkom.

Mamy dość wiedzy, by sobie pofantazjować o wyprodukowaniu atmosfery dla Marsa. Wiemy za mało o zbyt wielu problemach. Nie ma żadnej koncepcji, jak się za to wziąć ani choćby czy ma to jakikolwiek sens, czy ta atmosfera nam nie zwieje w kosmos. Osobiście podejrzewam, że obecny stan to równowaga pomiędzy zawartością gazów w przestrzeni kosmicznej, w której dominuje grawitacja Słońca, i rozkładem ich masy pomiędzy poszczególnymi planetami. Prawdopodobnie gdy zaczniemy coś tam majstrować, i tak po niezbyt długim czasie stan wróci do tego, co obserwujemy teraz.

Myślę, że największy problem z podbojem Marsa zawiera się w odpowiedzi na pytanie: „Po co?”. Kilka razy już to pisałem, że odkrycia geograficzne i zasiedlanie (podboje?) dalekich kontynentów miały wbrew wyobrażeniom i częstemu przekonaniu bardzo prozaiczne uzasadnienie. Chodziło o poprawę bytu. Oczywiście była to żądza złota i pieprzu, który ponoć był tak samo cenny jak żółty metal, ale także po prostu głód. Jeszcze w połowie XX wieku, nawet później, w latach 70., wydawało się oczywiste, że przyrost liczby ludności spowoduje nieuchronnie ekspansję w kosmos. Bo wówczas ludzkość rozwijała się po eksponencie i nikt nie zajmował się problemem starzenia się społeczeństw. Dziś już wiemy, że proces zahamuje.

Wiemy, że w wykształconych społeczeństwach dzietność spada poniżej poziomu reprodukcji liczby ludności. Wiemy, że w całkiem niedalekiej przyszłości, stawia się na rok 2070, liczba ludzi na świecie może osiągnąć maksimum i potem zacznie maleć. Jest także inny proces: wynosimy się do miast, zwalniamy tereny, które do tej pory były eksploatowane rolniczo. Mamy proces przeciwny do ekspansji. Do niedawna całkiem oczywiste było, że w zasadzie brakuje nam wszystkiego – surowców, obszarów, na których można produkować żywność, brakuje podstawowych dóbr. Obecnie już łapiemy się na tym, że są dziedziny, gdzie mamy przesyt i nadmiar.

Jeśli w kraju nie rozgrywa się żaden konflikt, nie ma też szczególnych powodów politycznych (jak Korei Północnej), to mieszkańcy cierpią na otyłość, czyli przeżerają się. Ta najbardziej pierwotna potrzeba jest zaspokajana z nadmiarem. No i trzeba walczyć z nadmiarem, żeby przeżyć.

Zapewne są tacy ludzie, których „wzywa przestrzeń”, pociąga nieznane, ale sam zapał może wystarczyć tylko do tego, by sprawdzić, co się kryje za przełęczą, ewentualnie na drugim brzegu morza. Już do tego, by wyprawić się za Ocean Atlantycki, Krzysztof Kolumb musiał się przymilać do królowych, ale także potrzebował przyrządów nawigacyjnych i umiejętności ich obsługi.

Aby naprawdę ludzie ruszyli w kosmos, potrzebny jest ogromny i zorganizowany wysiłek. By go podjąć, zdałaby się konkretna potrzeba. Niestety, tym razem Poznanie przez duże P w tej roli za bardzo się nie sprawdzi.

Technologia to załatwiła. Na mojego czuja eksploracja kosmosu przez bezzałogowe pojazdy zaspokaja ciekawość „co tam jest”. Pisarze produkujący sążniste kosmiczne sagi nie przewidzieli albo nie zrozumieli kilku technicznych szczegółów. Pierwszy: obecność człowieka w pojeździe wymusza zabranie ze sobą całego systemu podtrzymania życia… a to swoje waży. Drugi zaś to rozwój elektroniki i wynikający z niego postęp w automatyzacji.

Nie sądzę, by załogowa wyprawa na Marsa przewróciła na nice naszą wiedzę o Czerwonej Planecie. Ponieważ o tym, co tam zastaniemy, poinformowały już pojazdy bezzałogowe.

Masa urządzenia, które wysyłamy w kosmos, jest ciągle parametrem krytycznym. Tak na palcach licząc, przy locie na niską orbitę dostępną dla wahadłowców do celu dociera ok. 5% masy startowej pojazdu. To i tak dużo, jednak w przypadku tego typu pojazdów z tych 5% tylko 1/3 (mniej więcej) jest efektywnym ładunkiem. Na palcach licząc, na 1 kilogram ładunku dostarczanego na orbitę potrzeba ok. 66 kg głownie paliwa, ale też i wagi „ciężarówki”, która go dostarcza. A to już prosty powód do budowania mikrosatelitów. Nikt nie przewidział, że technologia pozwoli pójść w tę stronę.

W zdecydowanej większości przypadków nie ma powodu, by badawczy pojazd kosmiczny musiał być wielki. Duże muszą być zwierciadła satelitarnych teleskopów obserwacyjnych, ale to chyba jedyny przypadek. Luźny jest też w kosmosie związek pomiędzy masą a wymiarami urządzenia. Skutek jest taki, że praktyczna eksploracja kosmosu odbywa się dziś wyłącznie za pomocą automatycznych sond czy łazików, ewentualnie pojazdów potrafiących dotrzeć do komet.

Ten sam trend mamy w eksploracji innych niebezpiecznych środowisk. Zauważmy, że poszukiwania podwodne są prowadzone prawie wyłącznie przez pojazdy bezzałogowe. Powiedziałbym, że przyszłość ludzkości rysuje się zupełnie inaczej niż w fantastyce przygodowej. Zamieniamy się w osiadłego ślimaka przyczepionego do rafy, na której jest dużo jedzenia, gdzie odpowiednia jest temperatura i zapewnione bezpieczeństwo. Ów ślimak wysyła w przestrzeń swoich mechanicznych zwiadowców i tym sposobem panuje nad coraz większymi przestrzeniami, samemu jednak nie ruszając się z miejsca.

To zupełnie inna sprawa, że najwyraźniej ryzyko jest modne w wersji elektronicznej, gdzie grozi najwyżej zakończeniem gry. Że nie nadstawiamy głowy – to załatwiła nam technologia. A owszem, odbywamy wirtualne podróże z rzeczywistymi skutkami w postaci zdobytej wiedzy, przywiezionymi próbkami, a być może jeszcze w przyszłości surowcami wydobytymi z kosmicznych czeluści. Technologia sprawiła, że nadstawianie własnej głowy staje się zupełnie niepotrzebne.

Elon Musk uzasadnia potrzebę zasiedlenia Marsa przetrwaniem ludzkości. Gdy już rozwalimy Ziemię, zostanie nam Mars. Coś w tym jest, ale warto się zastanowić, co i ile. Gdy myślimy o „popsuciu” Ziemi przez ludzi, to raczej po prostu nie rozumiemy planetarnych proporcji. Nie zamierzam tu dyskutować, czy globalne ocieplenie jest faktem, ale warto sobie uzmysłowić coś innego: że doskonale wiemy, jak dramatyczne zmiany zachodziły na powierzchni naszej planety. Otóż ludzie przeżyli epokę lodowcową. Wymagało to trochę pomyślunku, zmiany miejsca zamieszkania, ale dało się. Przewidywane katastrofy wywołane ociepleniem w porównaniu do natarcia lodowców to mały pikuś.

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Pamięci świetnych wynalazków, czyli o fantastyce w futurologii”
Para-Nauka Adam Cebula - 14 grudnia 2015

Jest jeszcze jeden problem z takimi źródłami energii. To praktycznie zerowa dyspozycyjność.…

Adam Cebula „Katastrofa poza horyzontem marzeń”
Para-Nauka Adam Cebula - 18 marca 2015

Niemal tradycyjnie przychodzi mi się tłumaczyć z włażenia w techniczne szczegóły. Powód…

Adam Cebula „Troll sam w sobie”
Felietony Adam Cebula - 23 lutego 2018

Troll w Internecie jest gatunkiem tępionym. Powód jest oczywisty: tacy osobnicy potrafią…

Fahrenheit