ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Mars wita nas!” (4)

Para-Nauka Adam Cebula - 20 kwietnia 2021

Co potrzeba, aby zahamować stepowienie Polski? Prawdopodobnie w wielu miejscach zdałoby się odbudować urządzenia wodne, które tam były i działały mniej niż 100 lat temu. Problem ma taki wymiar: trzeba złapać za łopatę, trzeba komuś zapłacić za teren, który gmina pochopnie sprzedała, i objąć go gromadzką kontrolą. Trzeba pewnie znaleźć kasę na kilka etatów dla ludzi, którzy będą podnosić i opuszczać stawidła. Ogólniej mówiąc, warto ogarnąć burdel, jaki mamy w temacie wody. Taki jest prawdziwy wymiar problemu.

Naprawa grobli jest nie tylko nieporównanie tańsza niż terraformacja Marsa, ale jeszcze nie mamy zagwozdki, czy nam atmosfera uleci w kosmos. Jak się zachowa woda za groblą i jakie będą skutki melioracji dla poziomu wód gruntowych, wiemy doskonale, bo nauczyliśmy się tego przez stulecia. Nie, nie popsujemy Ziemi, przede wszystkim z tego powodu, że nasza działalność jest nikła w stosunku do procesów geologicznych czy biologicznych. Owszem, możemy sobie popsuć własne otoczenie, ale to katastrofa taka sama jak obfajdanie drzew na śmierć, do zupełnego uschnięcia, przez kolonię kormoranów. Taki jest naprawdę wymiar problemu.

Katastrofy geologiczne, trzęsienia ziemi, tsunami, wybuchy superwulkanów są jednak znacznie poważniejszym zagrożeniem od zmian klimatu. Po pierwsze, nie wiadomo, kiedy nastąpią, po drugie, można tylko częściowo niwelować ich skutki. Lecz ich wspólna cecha jest taka, że się wielokrotnie zdarzały i mimo apokaliptycznych wymiarów jednak nie zagrażały życiu na Ziemi. Wybuch Krakatau w roku 1883 był odczuwalny na całym świecie, ale pozbawił życia – poniekąd w tej skali trzeba powiedzieć „jedynie” – 40 tysięcy ludzi.

Jest wiele danych wskazujących na to, że aktywność geologiczna Ziemi nam nie zagraża. Jeden mocny argument to taki, że przez kilka miliardów lat nasza planeta nie wybiła swoich mieszkańców. Kolejny to wygasanie aktywności w różnych rejonach. Np. w okolicy Złotego Stoku jakieś 600 tysięcy lat temu mieliśmy aktywny wulkan. Pozostały po nim ciepłe źródła, ale efektowniejszych atrakcji geologia nam tu już nie zafunduje.

Jeśli chodzi o trzęsienia ziemi, to spore sukcesy odnosi budownictwo przystosowane do takich zjawisk. Co chyba jeszcze ważniejsze, wiemy, gdzie są niebezpieczne rejony, zawsze też mamy niezwykle skuteczny środek zapobiegawczy: wynieść się. Jeśli mamy na jednaj szali próby zasiedlenia Marsa, a na drugiej po prostu przeprowadzkę w bezpieczne rejony, to niestety rozsądek nakazuje zabrać swój tyłek gdzieś bliżej. A potem możemy już zapomnieć o ryzykowaniu, także w kosmosie.

Jedyna realna katastrofa, jaka planecie zagraża, to zdarzenie z innym dużym ciałem niebieskim. Warto podkreślić, że problem będzie dopiero wtedy, gdy to „coś” będzie miało średnicę tak z 15 km. Ale tu właśnie ludzkość ma sukcesy. Gdy chodzi o destrukcję, mamy bomby termojądrowe. Zwykle opisujący problem starają się robić to tak, aby wiało możliwie największą zgrozą, aby wszyscy stracili nadzieję. Ależ oczywiście, gdyby doszło co do czego, jak najbardziej opłaci się użyć ładunku termojądrowego. Kosmos i tak jest promieniotwórczy, i to miejscami tak, że żadna żywa istota nie ma szans. Zaś inteligentnie odpalony na takiej planetoidzie ładunek może ją zepchnąć z kolizyjnego toru. Co już dawno pisałem, jeśli planetoida zostanie rozkruszona i nawet zacznie sypać się nam na głowy, to w formie gruzu będzie wielokrotnie mniej groźna albo nie będzie wcale. Energia kinetyczna rozproszy się w atmosferze, nie dojdzie do trzęsień ziemi, w najgorszym razie zniszczenia będą punktowe.

Jest tylko jeden problem: trzeba by się na to przygotować. A ponieważ nic podobnego nie zdarzyło się w ciągu ostatnich (na oko) 60 milionów lat, dyskutujemy zajadle, co by, gdyby, i rżniemy w zechcyka. Tak wygląda problem. Dysponując tym, co już mamy, bez wymyślania, mamy szanse zapobiec katastrofie porównywalnej z tą, która miała wybić dinozaury. O ile coś w tym temacie chciałoby się komuś zrobić.

Pomysł kolonizacji Marsa na dzień dzisiejszy podsumowałbym tak: ktoś nas wpuszcza w maliny – osobna sprawa, czemu to robi. Zupełnie co innego entuzjazmować się kosmosem, postępem naukowym, zupełnie co innego pisać i czytać opowiadania o dzielnych astronautach. To można. Wydawanie kasy na takie mrzonki rodzi podejrzenia, że… No właśnie, zwykle jednak chodzi o pieniądze. Inna sprawa, czy ktoś tu chce skręcić jakiś interes na ludzkiej naiwności, czy sam jest (powiedzmy) marzycielem. Istotą sprawy jest świadomość, że to nie ten etap, by księgowi zaczęli przy tym pracę.

Nie wierzę w kolonizację Marsa. Obawiam się, że nie doczekam nawet załogowej misji na Księżyc. Ludzie mają bowiem już tę prostą wiedzę, że kosmos jest pusty, zimny i nieprzyjazny, nie ma tam naprawdę nic ekscytującego, chyba że ktoś jest pasjonatem wiedzy dla samej wiedzy. Nie wierzę, że powróci entuzjazm eksploracji, bo społeczeństwa musiałyby się zjednoczyć wokół jednego celu. A tak naprawdę za pionierskich czasów tym celem nie była próżnia, tylko to, aby dowalić –albo tym wrednym kapitalistom, albo tym czerwonym. Na dzień dzisiejszy nie ma wspólnego wroga, nie ma wspólnych celów, metoda uprawiania polityki to jest napuszczanie swoich na naszych, dzielenie, rozwalanie i otumanianie.

Nie wierzę, bo astronauci musieliby jednak umieć matematykę, a pierwszy rząd, który przywróci jej nauczanie na takim poziomie, jaki mieliśmy za minionych czasów podboju kosmosu, wyleci na czubku buta wściekłych wyborców. Jesteśmy gotowi na różne ofiary, możemy oddać życie za ojczyznę, a takiego okrucieństwa, żeby ktoś musiał się uczyć, nikt nie zdzierży.

Rzecz wygląda tak, że aby ruszyć w kosmos, najpierw trzeba władować mnóstwo wysiłku i kasy w badania podstawowe. Aby to się zdarzyło, trzeba przekonać ludzi, by – jak za czasów Zimnej Wojny – słuchali uczonych, a nie wróżbitów. Najpierw trzeba zrobić porządek – nie powiem górnolotnie „na Ziemi”, ale w szkołach, urzędach, we własnych głowach. Najpierw kormorany, które obfajdały wyspę, na której gniazdują, muszą nauczyć się, jak coś z tym zrobić. Bo tym bardziej stanie się to… czy na statku kosmicznym, czy na hipotetycznej kolonii.

Adam Cebula

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Political niefiction”
Felietony Adam Cebula - 14 maja 2018

Nie sądzę, że to propaganda ukształtowała Billa czy Johna, który wyleciał z…

Ingenuity lata w atmosferze Marsa
Aktualności Q - 21 kwietnia 2021

19 kwietnia 2021, o 12:15 naszego czasu, przywieziony na Czerwoną Planetę przez…

Adam Cebula „Żelazko niewiernego Tomasza”
Felietony Adam Cebula - 19 marca 2019

Czy da się rozbić atom za pomocą młotka? Nie jestem wcale pewien,…

Fahrenheit