Adam Cebula „O sensie samym w sobie”

Para-Nauka Adam Cebula - 4 listopada 2015
11836764_923041101088992_7180628951471691924_n

Foto: Hanna Fronczak

Niezbędnym sprzętem każdego poszukiwacza rzeczy istotnych powinno być możliwie gęste sito. Za jego pomocą oddzielimy radosne kocopoły od tego, co ma sens. Adam Cebula używa go z lubością.

Są pewne niezawodne metody wprowadzania czy to słuchaczy, czy czytelników, w metafizyczny dygot. Metafizyka, owszem, jest dziedziną filozofii, jest też tytułem (najważniejszego?) dzieła Arystotelesa. A nade wszystko metafizyka klasyczna rozważająca byt jako byt, oraz jego istotne własności i ostateczne przyczyny, konsekwentnie sprowadza nas do potocznego rozumienia owego słówka: zajmowania się sprawami niepojętymi dla zwykłego człeka, a których to pojecie wyniesie nas już to w niebieskie chóry, już to w panteon (albo Partenon) najświetniejszych intelektualistów. Przy czym winienem tu zastanowienie, czy ów Partenon nie powinien być pisany małą literą, bo nie chodzi o konkretną świątynię Ateny, lecz o miejsce zgromadzeń — tych najświetniejszych. Taka metafura albo przerzutnia. W odróżnieniu od przenośni.

Wystarczy powiedzieć, że „to ma głęboki sens”. No i już. Jest dygotka, są wielkie oczy i otwarte buzie. Ileż razy zatrzymywałem się z nabożeństwem, gdy Autor pisał „takie sformułowanie prawa (takiego czy innego) ma głęboki sens”. Kilka prostych słów, a skłaniają człeka do rozpaczliwej pogoni za zrozumieniem i przygniatającej konstatacji, że rozum za słaby, by sięgnąć owych wyżyn.

Z wiekiem, gdy poprzez lata nie daje mi się trafić na choćby ślad działania owej głębi sensu, powziąłem dość paskudne podejrzenie: to tylko słowa. Owszem, kryją one czasami pewną treść. Jednak to, co zostaje po odcedzeniu górnych i chmurnych kadzideł słów, patetycznych tonów i owej całej metafizycznej — w potocznym sensie tego słowa — otoczki, głęboko rozczarowuje. Jak mi się zdaje, najczęściej tajemnicze sformułowanie, że coś ma sens, czasami głęboki, czasami fizyczny, można zastąpić stwierdzeniem, że… się przydaje. Jest mniej lub bardziej przydatne.

Od bardzo dawna uważam, że w fizyce powinno się tępić wszelkie upiększenia czy tajemne kody oraz inne wysokie czapy czarnoksiężników, jak choćby elegancko zapisane wzory, które skutecznie oddzielają treść od publiczności. Fizyka jest z natury rzeczy dość trudna i zawiła, by nawet najprostsze wielkości czy rozważania sprawiały ogromne trudności często nieźle zaawansowanym.

Banalna wielkość, jaką jest prędkość, daje się bez wpadek sformułować dopiero na gruncie rachunku nieskończonościowego. Jej definicja często podawana, czyli „pochodna drogi po czasie” jest w zasadzie… nie, nie powinienem napisać „poprawna”. Jest trochę nie tego. Chodzi o to, że nie zawsze wystarcza. „Poprawna” to słówko wytrych, tak naprawdę tu oznacza, że w niektórych zagadnieniach możemy się z jej pomocą wpuścić w maliny. Kiedy? Gdy np. rozpatrujemy ruch w kosmosie, wystarczy, że w trzech wymiarach. Weźmy sobie kamień uwiązany na sznurku (da się uwiązać kamień bez dziurki), którym kręcimy sobie dla fantazji. Wektor prędkości (są lingwistyczne mecyje ze znaczeniem słów „prędkość” i „szybkość”) zmienia się nieustannie, choć gdyby nasz kamień był wyposażony w tachometr (taki, jaki mają samochody), pokazywałby mniej więcej to samo przez cały czas. Albowiem ów tachometr mierzy moduł prędkości, a nie wielkość wektorową.

Można powiedzieć, że moduł prędkości — to, o czym zwykle myślimy, jadąc samochodem — prawie nie ma sensu fizycznego. Ale zrozumiemy, co autor miał na myśli, gdy zauważymy, że mierząc go dla naszego kamienia, nie damy rady wyliczyć wielkości siły dośrodkowej, z jaką sznurek działa na kamień, by utrzymać go w ruchu po okręgu. Sam moduł przyda się do wyliczenia czasu, jaki potrzebujemy do pokonania drogi długiej na ileś kilometrów, ale do rozwiązania prościutkiego fizycznego problemu już nie. Taki jest sens głębokiego fizycznego sensu definicji prędkości, że to „er z kropką”, czyli pochodna wektora położenia po czasie, przydaje się do rozwiązywania zagadnień fizycznych. Brak sensu fizycznego modułu prędkości oznacza, że z tą informacją się wiele nie da; policzymy, za ile dojedziemy do Warszawy, ale już nie to, czy nie wylecimy z zakrętu, gdy nie mamy jego promienia.

Podstawowe pojęcia w fizyce, w których używa się pochodnych, są z reguły prawie nie do przeskoczenia dla osób postronnych niezajmujących się na co dzień dziedziną, której dotyczą. Jest to dla mnie dość zagadkowe zjawisko psychologiczne, ale tym bardziej niezrozumiałe staje się dodatkowe zamazywanie „użytecznego sensu”, czyli tego, jak się ich używa. Skąd biedny czytelnik, który trafi w tekście na to „er z kropką”, ma wiedzieć, jak się to liczy, jeśli chciał nieszczęśnik dotrzeć do prostej informacji, i nie przeczytawszy skorowidzu oznaczeń, otworzył książkę w środku, ufny, że — jak w powieści — mniej więcej zrozumie? Cóż, ktoś chciał uogólnić, nadać „głęboki sens”, i napisał wytłuszczone „er z kropką”, coś, co faktycznie jest prawdziwe, powiedzmy tajemniczo, w każdym układzie współrzędnych, ale co jest całkowicie dla laika nieużyteczne.

Istnieją jednak bardzo użyteczne wielkości, które są „zwyczajnie” ułamkami. I one zdają się leżeć poza zasięgiem możliwości tak zwanego przeciętnego człowieka. Przykład? Oporność termiczna. Ależ jak najbardziej możemy mówić o „głębokim sensie tej wielkości”. Czyli że diablo się przydaje choćby w składaniu komputerów, że nie wspomnę o budowie wzmacniaczy akustycznych oraz — tak naprawdę — jakiejkolwiek elektroniki. W swoim czasie robiłem dla pewnego czasopisma test radiatorów do procesorów. Jak się do tego zabrałem? Zrobiłem grzałkę elektryczną o kształcie i wymiarach procesora. Grzałkę przykładałem do radiatora (by być bardzie ekskluzywnym, powiem: „zespołu chłodzącego”) i mierzyłem różnicę temperatur pomiędzy grzałką a otoczeniem. Im mniejsza różnica dla tej samej mocy elektrycznej doprowadzonej do grzałki, tym lepszy radiator.

Oporność termiczną obliczamy, dzieląc różnicę w stopniach (Fahrenheit też się nada, ale zwykle używamy Celsjusza lub Kelwina) przez moc dostarczoną do tej grzałki. Wielkość mówi nam, o ile ogrzeje się przy tej oporności termicznej element przy dostarczeniu jednego wata mocy. O głębi sensu może lepiej zamilknąć… powiedzmy tak: gdy mamy na przykład procesor o pewnej mocy (jest ona podawana w katalogach), to należy pomnożyć tę moc przez oporność termiczną radiatora, by uzyskać przyrost temperatury. Tyle wystarczy, by się zorientować, czy nam procek nie padnie, bo znamy dopuszczalną temperaturę obudowy (zwykle plus 90 stopni Celsjusza) i wiemy, że można się spodziewać upałów do czterdziestu stopni. Różnica nie może przekroczyć 50 stopni . Celsjusza lub Kelwina.

Nie wiem, czy oporność termiczna ma ów „głęboki sens”, ale wiem na pewno, że to się bardzo, bardzo przydaje. Bez tej dość banalnej wielkości nie da się zwyczajnie projektować urządzeń elektronicznych. Gdybyśmy jej nie znali, trzy czwarte urządzeń, począwszy od banalnego radyjka tranzystorowego (ktoś jeszcze pamięta?) po telefony komórkowe, albo działałoby bardzo kulawo, albo w ogóle nie dałoby się ich zbudować.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Emocjonalnie o tranzystorach”
Para-Nauka Adam Cebula - 30 grudnia 2016

Proszę państwa, oto miś! To znaczy – oto tranzystor. Jak wyglądał wąsaty…

Adam Cebula „Marzymy marzeniami dziadków”
Para-Nauka Adam Cebula - 22 września 2017

Często różni dziennikarze publicyści używają sformułowania „marzenie ludzkości”. W istocie chyba jest…

Adam Cebula „W obliczeniach tkwi błąd”
Felietony Adam Cebula - 16 września 2015

A może by tak przyjąć ryzykowną i ekstrawagancką tezę, że książki fantastyczne nie opisują przygód zielonych marsjańskich fifoludków…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!