Adam Cebula „R20”

Para-Nauka Adam Cebula - 25 maja 2018

O ile dobrze zrozumiałem informacje wygrzebane w sieci, to około roku 1911 pierwszy rozrusznik zbudowany według patentu inżynierów General Motors, Clyde’a Colemana i Charlesa Ketteringa, zaczęto montować w cadillacu.

Nie wiem, co to był za cadillac, ale sądzę, że chodziło o to, by samochodem mogła jeździć także kobieta. I oczywiście nie mogła uruchamiać go za pomocą korby, bo nawet gdyby znalazła się taka herod baba, to producentowi chodziło o tak zwanego masowego klienta.

Wsadzenie akumulatora i mocnego silnika elektrycznego do automobila to efekt prostych zasad postępowania: bierzemy to, co mamy pod ręką, i co powinno zadziałać. No i chyba tak zostało. Przy okazji zastąpiono acetylenowe oświetlenie elektrycznym i to był dobry pomysł, ale elektryczny rozrusznik – raczej z tych średnich.

Dotrwało to do naszych czasów, gdzie pojawiła się koncepcja układu start-stop. Który wyłącza silnik podczas zatrzymania się na skrzyżowaniu i włącza automatycznie po naciśnięciu pedału gazu. Aż się prosi, by w tym przypadku coś zrobić mądrzejszego zamiast elektrycznego szofera kręcącego korbą.

Układ pneumatyczny bez kłopotu może samodzielnie samochód rozpędzić i uruchomić silnik już w trakcie jazdy. Nie będzie spalin na skrzyżowaniu. I dla ilustracji, jak myślimy, dodam, że warto by się zastanowić, czy nie nadałby się tu napęd bezwładnościowy, czyli koło zamachowe. A może jeszcze coś innego, co ma podobne właściwości. Byle nie czepić się jednego rozwiązania.

Logicznym następstwem tego rozumowania jest zdziwienie dla powszechnych zachwytów nad hybrydą elektryczno-spalinową. Tu o wiele bardziej potrzebne są odporność na przeciążenia czy trwałość. To właśnie za szybkie zużywanie się akumulatorów topi ekonomiczny sens tych samochodów. Oszczędzamy na paliwie, ale co jakiś czas trzeba wydać od 10 do 30 tysięcy na nowe bateryjki.

Pneumobila nie ma, lecz dla ciekawości policzyłem gęstość energii w masie powietrza (bez zbiornika) i wyszło mi, że przy 200 barach jest większa niż w akumulatorach litowo-jonowych (ok 0,54 MJ/kg). Chyba warto spróbować. Nie tylko możemy zapomnieć o cyklicznej wymianie jakichś akumulatorów, ale jeszcze możemy tankować powietrze w ciągu kilku minut zamiast ładować akumulatory godzinami.

Jeszcze większe zdziwienie budzi entuzjazm dla elektrycznych hybryd w transporcie miejskim. Dziś bez kłopotu da się zrobić tankowanie powietrzem autobusu na przystanku. Niemożliwe jest podładowanie w tak krótkim czasie akumulatora. Potrzebny zasięg takiego pojazdu to pewnie maksymalnie kilkanaście kilometrów. Czy zrobienie takiego pneumobila stanowi problem? Coś mi się zdaje, że już je w XIX wieku konstruowano. To się nazywa system Mękarskiego. Naprawdę inżynier nazywał się Mékarski, ale odrobina polskiego szowinizmu… Już o tym pisałem, ten typ transportu działał prawie 100 lat w kopalniach.

Jednak są pomysły od hybryd są o wiele dziwniejsze i o wiele bardziej nietrafione – biopaliwa. Sprawa wygląda tak, że mają być sposobem na zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery. Sęk jednak w tym, że etanol czy biodiesel dodawany do benzyny jest produkowany z ogromnym nakładem energii, większym niż z niego uzyskujemy. Dokładniej pisałem o tym tutaj. Ponieważ do uprawy potrzebny jest traktor, który chodzi na ropę, to najpierw spalamy ropę, potem z tego, co wyrośnie, robimy bimber albo biodiesel. Lanie bimbru do baku zamiast do gardła daje w sumie wzrost emisji CO2 6,5 raza, a biodiesel zalewie 2,5 raza. Zależnie od ziemi, pogody i innych rolniczych okoliczności będzie… gorzej. Lepiej – raczej nie. Nie trzeba żadnych specjalnych studiów, osobnych badań. Wystarczy pogrzebać w danych. Działalność rolnicza jest znakomicie obmierzona i opisana.

Co spowodowało, że tak absurdalny pomysł został faktycznie wcielony w życie, skoro naprawdę nie da się go obronić na żadnym poziomie? Biopaliwa są drastycznie droższe w produkcji od przetwarzania oleju skalnego, niszczą silniki, trują powietrze, bo się gorzej spalają niż węglowodory. Gdzie tu sens i logika?

Oczywiście sprawa da się częściowo wyjaśnić działaniem grup nacisku producentów rzepaku czy (zapewne) buraków cukrowych. Albo trzciny. Ale… Ktoś przecież się na to zgodził!

Sami ekolodzy powinni narobić rabanu. To przecież zwiększenie nie tylko emisji CO2, ale zatrucie środowiska produktami spalania paliwa do traktorów, środkami ochrony roślin. Uprawy musimy nawozić, przez co zwiększamy ilość azotanów i fosforanów w wodach gruntowych. Trzeba by się gdzieś w poprzek, w proteście, z rozdartą koszulą, Rejtanem położyć.

Zauważmy: o ile pneumobil trzeba dopiero skonstruować, tu wystarczy nic nie robić. No i?

Jakoś od dłuższego czasu moje pisanie obraca się wokół obserwacji, że w technologii idzie nie tak. Może nie wszystko, ale obszary, gdzie dominują dziwne z punktu widzenia techniki rozwiązania, są zadziwiająco obszerne. W tym przywołanym tekście „Miłość bubla” plątała się teza, że jacyś „oni” robią na tym interesy. Afery z planowym postarzaniem produktów są pokłosiem tego, że w liberalnym kapitalizmie często nie opłaca się robić dobrych rzeczy.

Tak, to prawda. Lecz nie opłaca się między innymi z powodu owej miłości bubla. To taki prosty mechanizm, który powoduje, że człek z jakichś pewnie dla niego samego tajemniczych powodów przywiązuje się do danych rozwiązań. Czasami nawet tak funkcjonalnych jak gwóźdź w bucie. Powodem podobnych zachowań można się osobno zająć, lecz najpierw trzeba to zobaczyć. Zachowania człowieka są dalekie od jakiejkolwiek racjonalności, nigdy takie nie były. Budowniczowie okrętów wojennych musieli umieszczać na dziobach i burtach kosztowne ozdoby. Kasę wydaną na snycerza, który dłubał syrenę w klocu drewna, można było wydać na choćby jeszcze kilka sztucerów, które zwiększyłyby szanse na przeżycie. Ale ów galion, czy – jak poucza Wikipedia – aflaston być musiał.

Da się produkować urządzenia z absurdalnymi rozwiązaniami, ponieważ ktoś to kupuje. Ktoś chciał mieć syrenę czy Turka na dziobie okrętu, ktoś chce mieć elektromobilność. Ktoś supercienki telefon, który musi potem włożyć w różową osłonkę z uszkami, żeby go pogrubić, i rajcuje go posiadanie owego powerbanku.

Dlaczego ludzie kupują battery packi na paluszki? Bo to działa. Źle, ale… cóż, lepiej byłoby wsadzić R20, ale wtedy trzeba by się rozumieć na oporności wewnętrznej czy coś. Nigdy się człek nie dowie, czy tak, czy inaczej, bo battery pack jest już tylko na to AA-size.

A tymczasem od sprzedawcy dowiedziałem się, że i battery pack jest już niemodny. Nie tylko nie będzie dodatkowych zasilaczy z rozsądnymi (czyli R20) źródłami zasilania. Konieczność stosowania battery packa została rozwiązana w „elegancki sposób”. To znaczy wyprodukowano paluszki specjalnie do lamp błyskowych. Trochę pojemniejsze, dające większe prądy, ale za to wytrzymujące mniej cykli ładowanie-rozładowanie. Te paluszki są jakieś dwa razy droższe. Więc zamiast battery packa po prostu wsadzamy te bateryjki do lampy i już. Oczywiście częściej je kupujemy i częściej je wyrzucamy do kosza. Elegancko?

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Pamięci świetnych wynalazków, czyli o fantastyce w futurologii”
Para-Nauka - 14 grudnia 2015

Niektóre wynalazki istnieją chyba tylko po to, żeby sobie o nich pogadać? Coś w tym jest… Dziś…

Adam Cebula „Error displaying the error page”
Felietony - 1 czerwca 2018

Nie jest to jakaś fantazja, nie cytat z kabaretu czy też filmu SF. To prawdziwy komunikat, który można przeczytać,…

Red-Akcje nr 11
451 Fahrenheita - 9 lutego 2018

Oj sypią się gromy na superprodukcję TVP o tytule „Korona królów”. Najnowszej…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!