Adam Cebula „Świadomość krzywej”

Para-Nauka Adam Cebula - 20 lipca 2018

Nieszczęście chyba głównie tym, że aparatura wykrywa. Zazwyczaj tzw. normy tak właśnie się ustala, że znajdujemy jakąś dawkę czy poziom stężenia szkodliwej substancji, dla której przestaje się zaobserwować, czy wywiera wpływ. Tak na przykład, jak było z muszkami owocowymi poddanymi promieniowaniu. Przy zejściu do dawki krytycznej okazuje się, że liczba zdechłych much w hodowli naświetlanej i kontrolnej staje się „statystycznie równa”. Zazwyczaj „dla bezpieczności” podnosi się wymagania jeszcze gdy można, na przykład dziesięć razy, czyli obniża się odpowiednio dopuszczalne stężenia (dawki).

Nieszczęście, jeśli aparatura nadal mierzy ów czynnik szkodliwy. Albowiem w ekologicznych głowach pali się światełko, że zagrożenie nadal występuje. Dokładnie tak, jak w głowach fotografów pozostaje chciwość na mega piksele, pomimo, że tak zwany pies z tak zwaną kulawą nogą widzi na zdjęciach różnicę, albo – co jeszcze mocniejsze – focie publikuje się przeskalowane wielokrotnie w dół w rozmiarach nie przekraczających jednego megapiksela, jak to zwykle bywa w internecie.

Można by machnąć ręką na fanaberie fotografów, lecz niestety za ekologiczne fobie płacimy wszyscy.

Jeden z największych problemów: jak umieć odczepić się od śrubowania jakiejś wielkości, gdy weszliśmy w zakres, w którym to nie daje już zauważalnej poprawy, czy choćby przestaje się opłacać. Tak właśnie jest moim zdaniem już dawno z walką o czystość powietrza: nie opłaca się, gdy miarą opłacalności jest długość i jakość życia. Czy ktoś się zastanowił, czy nie byłoby rozsądniej zamiast nakładać na samochody coraz to bardziej wyśrubowane normy, na ten przykład nie włożyć pieniędzy w system komunikacyjny? Banalna zamiana skrzyżowania „kolizyjnego” na wielopoziomowe i mamy efekt w postaci mniejszego zagrożenia wypadkiem drogowym. Przy okazji też mniejsza emisja z samochodów, bo nie muszą się zatrzymywać i dymić za czerwonym, lecz jeśli chcemy wydłużyć życie człowieka, to zauważmy, że po dojechaniu do pewnej wielkości – na przykład ilości pyłu w powietrzu – zaczynają dominować zupełnie inne czynniki. Na przykład wypadki. Jak napisałem za portalem Onet wedle symulacji komputerowej na skutek zapylenia w Polsce umiera 46020 ludzi. Drobiazg: chodzi o tzw. przedwczesne zgony.

Tu mi się natychmiast zapala światełko. Skoro delikwent pod tlenem i kroplówką może pociągnąć miesiąc dłużej, a jak mu się ten tlen odłączy, to chyba wypada doliczyć go do owych „przedwczesnych zgonów”. To coś w tym stylu. Manipulując odpowiednio parametrami przedwczesności, dostaniemy tyle prognozowanych zgonów, ile potrzeba dla efektu propagandowego. Bardzo mi przykro, to jest kit, choć wszyscy chcemy długo żyć.

W Polsce dochodzi od lat średnio do około 30 tysięcy wypadków drogowych, w których ginie około 3000 ludzi a rannych zostaje ok. 40 tysięcy. W konkretnym roku 2017 wypadków było 32705, zginęło 2810 osób, a rannych zostało 39394.

Na jednej szali mamy wynik obliczeń wedle jakiegoś modelu stanu zdrowia społeczeństwa. Już sam fakt, że podano go bez dokładności obliczeń, każe mocno wątpić, że ów model jest sensowny. Lecz nawet gdyby był wiarygodny, trzeba jeszcze mieć pomysł i pieniądze, by coś naprawdę działającego zrobić. W przypadku zapylenia te rozsądne działania kończą się na wymianie węglowych pieców na „coś innego”.

Gdyby kasy było nieskończenie wiele, nie mielibyśmy drugiej szali, ale nie mamy nieograniczonych środków, więc musimy niestety wybierać. Dlatego musimy na tej drugiej szali położyć choćby owe 40 tysięcy rannych i prawie trzy tysiące zabitych w wypadkach drogowych. Na przykład, bo są inne wydatki, choćby na służbę zdrowia, żeby miała tlen i żeby było komu go podłączyć, czy żeby ktoś potrafił obsłużyć defibrylator i nie dopuścił do przedwczesnego zgonu.

Zostańmy jednak przy ruchu samochodowym. Tu akurat wiemy doskonale, co trzeba zrobić. Ludzie się domagają na przykład modyfikacji przejazdów kolejowych, obwodnic, a projekty skrzyżowań leżą w szufladach i czekają na realizację.

Z jakiś powodów poszkodowani w wypadkach komunikacyjnych nie są – nazwijmy to tak – ekologicznie istotni. Warto nadstawić ucha na te medialne lamenty nad środowiskiem i przyuważyć, jak rzadko, prawie nigdy, nie mówi się o infrastrukturze komunikacyjnej w kontekście dbałości o środowisko.

Dlaczego zamiast wojować z dieslami, nie zająć się tym, by owe diesle jeździły bezkolizyjnie? Liczba ofiar jest pi razy drzwi podobna, co smogu, a tu do zrobienia jest bardzo wiele i to na elementarnym poziomie. To naprawdę relatywnie niewielkie koszty, np. wybudowanie kładki dla pieszych, a nawet dużego odcinka, w porównaniu z sytuacją, gdy w szczytnym celu wyłączy się z ruchu kawał miasta albo zmusi setki tysięcy ludzi do płacenia za zawodne filtry czy inne wynalazki do ich samochodów. A już z pewnością dużo mniej niż trzeba zapłacić za mityczną „elektromobilność”. Tym bardziej że te inwestycje drogowe i tak w końcu trzeba będzie przeprowadzić.

Ten aspekt w wojnie o lepsze środowisko jakoś nie istnieje. Tymczasem miałem okazję przekonać się na własnej skórze, jak to działa, ponieważ dosłownie jakieś sto metrów od mojego domu przebiega trasa, którą kiedyś waliły wszystkie tiry z Warszawy i na Warszawę. Otwarcie kawałka obwodnicy Wrocka wyrzuciło cały ten ruch poza miasto. Teraz tysiące pojazdów dziennie pokonują te kilkadziesiąt kilometrów ze spalaniem „na trasie”, więc średnio dwa razy mniejszym niż podczas jazdy miejskiej. Jednocześnie w mieście zrobiło się wyraźnie bezpieczniej. Gdy na przejściu, przez które niemal codziennie chodzę do pracy, było w roku trzy, cztery poważne wypadki, zwykle potrącenia przechodniów, to dziś już się nie zdarzają. Samochody nie dymią, nie wznoszą pyłów kołami.

Ten mały bonusik do poprawy bezpieczeństwa na drogach: zmniejszenie przy okazji zanieczyszczenia powietrza. Bardzo radykalną metodą, jak w moim wypadku, po prostu całkowitym wyprowadzeniem potężnej liczby pojazdów poza środowisko, w którym żyjemy. Pomijam to, że zdecydowanie poprawia się jakość życia tego nawet, psiakrew!, kierowcy, który łatwiej dotrze, gdzie chce, lepiej jest ekologicznemu rowerzyście, że w ogóle jest lepiej. Lecz przy okazji załatwimy poprawę tego, o co chcemy walczyć, utrudniając życie ludziom zamykając dla ruchu ulice czy podnosząc ceny samochodów przez wymuszanie montowania owych filtrów. Tu mamy to w bonusie.

No i czemu nie walczymy o lepsze drogi jak o niepodległość? Coś mi się zdaje, że zasadniczą przyczyną jest to, że na skutek uruchomienia obwodnicy wszystkim jest łatwiej i przyjemniej. Tymczasem istotą walki o środowisko jest umartwianie się. Bowiem działa przekonanie, że im bardziej damy sobie w kość, tym lepiej musi być. Przy czym „lepiej” nie jest powiązane z żadnym konkretnym fizycznym parametrem, np. liczbą pojazdów przejeżdżających ulicę w jakimś czasie, lecz właśnie z tym przywaleniem sobie w kość.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Prawie”
Felietony - 22 sierpnia 2014

Zebranie większej liczby obserwacji w jednej dziedzinie często prowadzi do uogólnień, które dotyczą czegoś…

Adam Cebula „Bełkotliwie”
Felietony - 30 stycznia 2015

Pewnymi tematami futurolodzy nigdy się nie zajmowali. Dlaczego? Być może dlatego, że wydawały im…

Urodziny Adama Cebuli
Aktualności - 8 marca 2019

Dziś 60-te urodziny obchodzi Adam Cebula, 1/4 Karety Wrocławskiego, podpora redakcji i…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!