Adam Cebula „Świadomość krzywej”

Para-Nauka Adam Cebula - 20 lipca 2018

Nie za bardzo sobie zdajemy chyba sprawę, że naprawdę „chemia” szkodziła ludziom tak gdzieś w XVIII i XIX w. To był czas, gdy ludzie naprawdę się truli. Niemiecki chemik Friedrich Accum jest przedstawiany jako ten, który – publikując „Treatise on Adulterations of Foods, and Culinary Poisons”, traktat o fałszowaniu żywności – zapoczątkował mającą naukowe podstawy dbałość o zdrową żywność. A jakie wówczas ludzie mieli problemy? Pewna angielska pani stwierdziła, że po dodaniu do herbaty wody amoniakalnej (dla zdrowia oczywiście) napój zmienił kolor na jaskrawo niebieski. Cóż, zaparzyła zapewne mieszankę suszonych fusów z herbaty przyprawionych azotanem potasu i wymieszanych z liśćmi śliwy barwionymi na zielono związkami miedzi.

Do chleba dla jego wybielenia dodawano ałunu. Czyli dwunastowodnego siarczanu glinowo-potasowego. Literatura podaje jego dopuszczalną dawkę dobową – na przykład 60 mg. To jest bakteriobójcze, więc… przynajmniej nieco toksyczne. I z pewnością nie powinno się znajdować w chlebie. Tak zresztą jak np. gips, który ponoć także dosypywano.

Wszystko to jednak mały pikuś w porównaniu ze stosowaniem wodoroarseninu miedzi(II) do barwienia nie tylko papierów, którymi były wykładane sklepowe półki. A owszem, tym pigmentem oraz tzw. zielenią Scheelego barwiono wyroby cukiernicze. Czy stanowi to jakiś problem, że związki te są pochodnymi arszeniku? Cóż, arszenik jest trujący, bo zawiera arsen, zaś gdyby ktoś miał wątpliwości, wymienione związki chemiczne były dość trujące, by zamordować ludzi nie tylko po spożyciu. Do nieszczęścia wystarczyło np. nosić suknię barwioną na śliczny zielony kolor. Dawka śmiertelna dla człowieka jest podawana na 70 mg, kłopoty zaczynają się od 10 mg. Także zieleń paryska lub inaczej zieleń szwajnfurcka jest trucizną stosowaną m.in. przeciw stonce.

Jeśli więc wydaje się nam, że wszczęliśmy gdzieś z końcem wieku XX walkę z wszechobecną chemią w żywności i naszym otoczeniu, to nie wiemy, jak to było naprawdę. Naprawdę trujące otoczenie, np. malowanie farbami opartymi na ołowiu, trujące dodatki do żywności, zaliczyliśmy dobrze wiek temu i gdzieś w pierwszej połowie XX wieku udało się to opanować. Mniej więcej od połowy wieku XIX zaczęto skutecznie walczyć z „chemią”, tak że już w czasie międzywojnia do usunięcia z naszego środowiska pozostały jakieś niedobitki, jak np. azbest. Bardzo mi przykro, drogi czytelniku. Pokonaliśmy tę „chemię”. Współcześnie stosowane czy to barwniki, czy różne E-ileś-tam, są zupełnie niegroźne, i to nie tylko w porównaniu z tymi arszenikami dodawanymi do cukierków, ale choćby bardzo zdrowym sokiem z marchewki, którym można załatwić sobie wątrobę. Są na tyle przebadane, że ich domniemanej szkodliwości zwyczajnie nie daje się w uczciwych eksperymentach zauważyć.

Kiedy „chemia” pojawiła się w naszym środowisku? Cóż, jak pamiętamy, już starożytni Rzymianie truli się ołowiem, zaś skąd wziął się motyw zatrutej księgi w „Imieniu Róży”? Naprawdę stare księgi bywają trujące właśnie z powodu owych barwników, którymi jeszcze w XIX wieku faszerowali się ludzie.

Cóż, wygląda na to, że mniej więcej po 150 latach do ludzi dotarło, że arszenik jest trujący. Nieszczęście w tym, że nie potrafią odróżnić go na przykład od cukru, z którym wojują z równym zapałem. A jednocześnie nie pika im w głowie czerwona lampka podczas czasami wielogodzinnych rozmów z komórczakiem przy głowie, który daje tak popalić, że można spokojnie zmierzyć podgrzanie rozumu.

Jest pewien obszar działań, co którego skuteczności właściwie już jesteśmy przekonani, że jeśli jeszcze bardziej skręcimy tę gałkę w prawo, to już to nic nie da. Przynajmniej w niektórych dziedzinach. To aseptyka. Był okres, gdy odkryto działanie drobnoustrojów, i gdy ludzkość przekonała się, ile można zdziałać zwykłym odkażaniem. Wiadomo było jednocześnie, że niepowodzenie w usuwaniu drobnoustrojów oznacza katastrofę. Resztki bzika na punkcie mycia wszystkiego, odkażania naczyń sztućców wrzącą wodą, polewania wszystkiego karbolem, używania specjalnych śmierdzących mydeł ze środkami bakteriobójczymi przeżyło moje pokolenie. Jednak w końcu ludzie zapomnieli o strachu przed zarazą, zapomnieli o chorobach brudnych rąk i…

I potrafią dziś prowadzić kampanie przeciw mleku UHT, wyjątkowo starannie pozbawionemu bakterii. Ma być „nieżywe”, podczas gdy to z drobnoustrojami jest żywe. Albo cóś. Jest jakiś run na „żywą wodę” – w istocie brudną. A dla podtrzymania nastroju można dodać, że o ile jaja z chowu klatkowego nie mają prawa zawierać dodatków w postaci salmonelli, to te z wolnego wybiegu jak najbardziej. Bakcyle przestały straszyć i jakoś chyba nawet je polubiliśmy, bo mamy kampanie przeciw używaniu antybiotyków. Żeby sobie bakcylki jeszcze trochę pożyły.

A i owszem, mamy jeden wyjątek: to straszliwe niebezpieczeństwo w domu, czyli kibelek. Całkiem niedawno poczytałem sobie, że jakiś (brytyjski?) instytut wykrył, że gdy spuszczamy wodę, to może się ona w przypadku otwartej klapy naszego tronu przemieszczać nawet na odległość 3 metrów. Zgrozą wieje! Tylko czemu nie padamy jak te muchy?

Kiedyś zrobiłem taki test: pobrałem wymaz z muszli potraktowanej w standardowy sposób Domestosem i przeniosłem na amatorsko przygowaną pożywkę. Na kilku innych kontrolnych pożywkach był m.in. brud z klawiatury komputerowej. Wniosek z obserwacji posiewu jest taki, że kibel okazał się raczej dokumentnie sterylny, za to na klawiaturze były wszelkie zarazy tego świata.

Pytanie: dlaczego akurat bakterie kałowe, których każdy z nas nosi w sobie na jakieś kilogramy, mają nas zamordować? Owszem, sterylizacja kibla ma sens w przypadku epidemii cholery czy żółtaczki pokarmowej. Warto umyć sobie muszlę, żeby była biała albo różowa, jak tam ją w fabryce zrobili, lecz oczekiwanie, że te zabiegi spuszczą na nas deszcz niebiańskiego szczęścia, nie mają żadnego oparcia w rzeczywistości.

Zażarta walka z plastikiem i owszem, da nam tyle, że nie będą wnerwiać ludzi fruwające wkoło strzępy plastykowych toreb. Nie będzie wrażenia kompletnego zaśmiecenia. Lecz nie stanie się cud, i nie rozmnożą się w miastach ptaszki śpiewające, których starannie pozbawiliśmy miejsc lęgowych i schronień. Nie staniemy się zdrowsi, nie odrodzą się zagrożone gatunki zwierząt.

Zajadła walka ze smogiem produkowanym przez samochody nie da już zauważalnej poprawy czystości powietrza. Nie przełoży się to w zauważalny sposób na długość życia. Najprawdopodobniej nawet trudno będzie cokolwiek wymierzyć. Główne źródła zapylenia zostały dawno zlikwidowane, zapylenie spadło do takich poziomów (dziesiątek mikrogramów na metr sześcienny), że wystarczy wiatr znad Sahary, a odkrywamy żółty pył na karoseriach samochodów, zaś wszelkie wysiłki antysmogowe diabli biorą. Bo zjechaliśmy poniżej naturalnego stężenia pyłów.

Jakaś ogólniejsza refleksja? Jak trudno ludziom zrozumieć, że procesy ekhem… mają nieliniowy charakter. Są takie, że ze zmianą jakiegoś parametru trafiamy na maksimum. Jakoś to trafia w intuicję, gdy idzie o sól, wiadomo: zupy przesolić nie można. Aliści z przesalaniem innymi cudownościami, a choćby dyscypliną czy jej brakiem, to już za trudne. Podejrzewam, że o wiele trudniejsza sytuacja, gdy sprawy zmieniają się z ową „krzywą s” zwaną krzywą logistyczną. Uświadomienie sobie, że już dojechaliśmy do punktu jej nasycenia i na przykład zwiększanie upakowania matrycy czy jeszcze bardziej nieprzejednana postawa wobec chemii w naszym otoczeniu nie zaszkodzi, to jednak niczemu już nie pomoże, wydaje się nie do przeskoczenia. Nie należy palić w piecu śmieci. Lecz jeśli chcemy dłużej pożyć, to trzeba zrobić zrzutkę na podstawowe badania, nawet nie nad rakiem, ale nad pomocniczymi instrumentami, takimi jak mikroskopy sił atomowych, generalnie na takie, co wydają się kompletnie do niczego. Niestety, ludziom niezwykle trudno uwierzyć, że to, co pomogło sto lat temu, na przykład rezygnacja z barwienia arszenikami ozdób na tortach, jest już nie do powtórzenia, bo cukiernicy dawno dali się przekonać, że arszenik to trucizna. Dodajmy, niestety, ponoć sprawa nie taka prosta, znów reakcja organizmu jest nieliniowa, małe dawki ponoć mogą dawać pozytywne efekty. Tak czy owak, takich dodatków w żywności już dawno nie ma. Usuniemy kolejne E-ileś-tam, więcej zapłacimy, w zamian dostaniemy efekt placebo.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Ding dong, idą święta
451 Fahrenheita - 23 grudnia 2018

Wyjątkowe, bo bożonarodzeniowe życzenia, spisane w formie krótkiego felietonu, od Adama Cebuli…

Urodziny Andrzeja Drzewińskiego
Aktualności - 16 października 2017

Naukowiec (profesor zwyczajny) oraz pisarz science fiction przyszedł na świat 16 października 1959 roku we Wrocławiu. Andrzej…

Adam Cebula „Niepewność pomiarowa, czyli cztery dziurki w guziku z pętelką”
Para-Nauka - 8 sierpnia 2018

Jak doniosły niedawno tak zwane publikatory – czy też media (tym razem…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!