Marcin Robert Bigos „Tatry jak Himalaje, czyli nie ma złota w Śnieżnych Górach”

Para-Nauka Fahrenheit Crew - 1 stycznia 2013

W XXI wieku, gdy można wykupić wycieczkę nawet na Czomolungmę, góry zdają się tylko jeszcze jedną „atrakcją turystyczną”. W nie tak odległych jednak czasach budziły one znacznie żywsze emocje, związane zarówno z ich tajemniczością, jak też bogactwami, które rzekomo skrywały. Szczególną zaś sławę zyskały sobie Tatry, choćby dlatego, że uchodziły niegdyś za najwyższe góry Europy. Nie, to nie pomyłka, lecz fakt jak najbardziej potwierdzony empirycznie! I to przez uznane autorytety naukowe. Przecież sam David Froelich, w podręczniku „Medulla Geographiae practicae” z 1639 roku, napisał:

 

„A góry te, ostrością swą i stromością Alpy włoskie, szwajcarskie i tyrolskie silnie przewyższające, są trudne do przebycia i są odwiedzane nader rzadko, wyłącznie niemal przez miłośników przyrody”.

 

Żyjący w latach 1595-1648 David Froelich uchodził w swoich czasach za wybitnego uczonego. Po studiach, które odbył na kilku niemieckich uniwersytetach, osiadł w rodzinnym Kieżmarku na Spiszu, gdzie zajął się pracą prywatnego nauczyciela oraz pisaniem prac z dziedziny matematyki, astronomii i geografii. Wydawane przez niego naukowe kalendarze cieszyły się tak wielkim uznaniem w Monarchii Habsburgów, iż otrzymał od cesarza Ferdynanda III tytuł „cesarskiego i królewskiego matematyka i praktycznego astronoma w królestwie węgierskim”. Pod koniec czerwca 1615 roku, gdy Froelich był jeszcze studentem słynnego kieżmarskiego gimnazjum, wybrał się razem z dwoma kolegami szkolnymi (i najprawdopodobniej przewodnikiem) na tatrzańską wyprawę, której celem był – jak to ustalił już w XX wieku Roman Kordys – Kieżmarski Szczyt. Wycieczki takie były w tamtej epoce czymś najzupełniej zwyczajnym, jednak dopiero nasz cesarsko-królewski matematyk zdecydował się opublikować opis jednej z nich, co zapewniło mu sławę prekursora taternictwa. Oddajmy jednak głos Autorowi:

 

„Gdy przybyłem na najwyższy wierzchołek góry, natrafiłem tam na powietrze tak spokojne i delikatne, iż nie zauważyłem nawet poruszenia się włosa, gdy na górach znacznie niższych znałem z doświadczenia gwałtowne wiatry. Stąd wywnioskowałem, że najwyższy wierzchołek tejże góry karpackiej podnosi się od jej najniższej podstawy na wysokość około jednej mili niemieckiej i rozciąga się aż do najwyższej sfery powietrza, do której wiatry już nie dochodzą.”

 

Wybitność szczytu równa jednej mili niemieckiej to 7500 metrów, wartość więc iście himalajska. Ale skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Z fizyki Arystotelesa, oczywiście! Wszak to w „Meteorologice” Filozofa czytamy:

 

„Widać przecież i teraz, że wiatry powstają w zagłębieniach ziemi, nie wieją natomiast ponad szczytami wysokich gór.”

 

Pamiętać należy, iż w czasach Froelicha na uniwersytetach uczono wyłącznie fizyki Arystotelesa. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że nasz autor zasugerował się teoriami wielkiego filozofa. Dawno już zresztą udowodniono, że obserwacje zależą od przyjętych teorii, a spośród wielu doznań zmysłowych najłatwiej akceptujemy te, których oczekujemy. Łatwo więc wyobrazić sobie, że uczestnicy opisanej wycieczki, wybierając się na nią podczas ładnej pogody, bezwietrzny dzień uznali za potwierdzenie swoich przewidywań.

 

Obserwacje meteorologiczne Froelicha zyskały sobie europejską sławę, trafiły bowiem do „Geographia generalis”, wydanego w 1650 roku dzieła ojca nowożytnej geografii, Bernarda Vareniusa. Potwierdzone zostały zresztą także przez późniejszych podróżników. Daniel Speer, urodzony we Wrocławiu niemiecki kompozytor i literat, przebył tę samą, co jego wybitny poprzednik, trasę w czerwcu 1654 lub 1655 roku. Opisał ją w beletrystycznym dziele „Węgierski bądź dacki Simplicissimus przedstawiający swój przedziwny życiorys”, notując między innymi takie wrażenia ze szczytu:

 

„Nie czuliśmy tam żadnego wiatru, niżej pod sobą widzieliśmy przepływające małe jasne chmurki, a ponieważ wzięliśmy ze sobą dobrą lunetę, przeto widzieliśmy z tej wysokości na 30 mil, a nawet i więcej. Jakoż widzieliśmy Kraków na 30 mil wyglądający jakby jaki wielki zamek.”

 

Świadectwem nadzwyczajnej wysokości Gór Śnieżnych, jak często w tamtych czasach nazywano Tatry, było więc nie tylko to, iż sięgają one najwyższej sfery powietrza, lecz także rozległość panoramy rozciągającej się z ich szczytów, a ponadto widoczność samych Tatr z dużych odległości. Georg Buchholtz starszy, słynny badacz Gór Śnieżnych z przełomu XVII i XVIII wieku, zapewniał, że gdy w roku 1678 wziął udział jako pomocnik w wyprawie kupców spiskich do Gdańska, zobaczył Tatry z okolic Łowicza („dziesięć mil za Warszawą”). Miały one wyglądać stamtąd niczym kopy siana. Jeszcze w 1772 roku Andreas Jonas Czirbesz twierdził, że przy pogodnym niebie Tatry widoczne są z Erlau w Saksonii oraz węgierskiego Debreczyna.

 

Dlaczego więc, mimo tak niezbitych dowodów, Tatry uważane są obecnie za niższe od Alp? Przyczyniły się do tego rewolucyjne zmiany w fizyce, do których doszło w XVII stuleciu. Głównym ich sprawcą był Galileusz, który połączył empiryczne eksperymenty z wykorzystaniem aparatu matematycznego. Uczniem Galileusza był otóż Evangelista Torricelli – wynalazca barometru. I to właśnie barometr sprawił, że Góry Śnieżne nagle zmalały. Na przełomie XVIII i XIX wieku barometry powszechnie były wykorzystywane do mierzenia wysokości gór, co nie powinno dziwić żadnego współczesnego posiadacza zegarka z altimetrem, choć w przeciwieństwie do naręcznych zegarków były to ciężkie urządzenia, dźwigane przez tragarzy. W roku 1793 szkocki podróżnik Robert Townson ustalił tym sposobem wysokość Łomnicy na 2634 m n.p.m. (co dokładnie pokrywa się ze współczesnymi pomiarami), Krywania zaś na 2543 metry (obecnie 2494 metry).

 

Nowa teoria przyniosła więc nowe obserwacje. Niektórzy jednak twierdzą, że zmniejszenie się wysokości Tatr spowodowały trzęsienia ziemi wywoływane przez smoki. Cóż, kwestia ta z pewnością wymaga jeszcze dokładniejszego zbadania.

 

Ale nie tylko fizyka kształtowała nasze spojrzenie na Tatry. Sporą rolę odegrała tu także teologia. Dowiedziono bowiem, że góry nie są wcale, jak można by się spodziewać, przypadkowymi tworami. Żyjący w XVII wieku niemiecki teolog i jezuita Athanasius Kircher, idąc za Ojcami Kościoła, sformułował pięć racji ich istnienia. Góry według niego stanowią:

 

– kościec utrzymujący Ziemię w całości;

– groble zapobiegające nadmiernemu rozlewaniu się mórz;

– zasobniki wody oraz źródła rzek;

– osłony dolin przed wiatrami;

– naturalne granice między krajami oraz

– kopalnie kruszców i skarbów.

 

Wiara w bogactwa ukryte w Górach Śnieżnych sprawiała, że już od XIII – jeśli nie XII – wieku penetrowane były one zarówno przez profesjonalnych górników, jak i przez zwykłych poszukiwaczy skarbów. Początkowo szukano w nich rud kruszcowych, głównie złota, srebra i miedzi. Kopalnie złota na Krywaniu działały od XV stulecia, lecz z racji trudnych warunków terenowych i skromnych ilości kruszcu zamknięto je ostatecznie z końcem XVIII wieku. Od tego stulecia skoncentrowano się natomiast na wydobyciu rud żelaza, ale i tego zaniechano w latach 70-tych XIX wieku. Rzeczywiste bogactwa mineralne Tatr okazały się skromne, w co długo jednak wielu nie chciało uwierzyć, uganiając się za skarbami ukrytymi w niezbadanych dotąd jeziorach lub jaskiniach.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Anna Kańtoch „Przedksiężycowi” (fragment)
Fragmenty Fahrenheit Crew - 17 kwietnia 2013

PRZEDKSIĘŻYCOWI TOM II Anna Kańtoch Fragment     1.   Zobaczył, że to,…

Zew Zajdla 2017 - Logo
Nadszedł czas nominacji
Zew Zajdla Jacek Falejczyk - 15 lutego 2018

Nadszedł nowy rok, a z nim kolejna kolejna edycja Nagrody im. Janusza…

A.Mason „Wiedźmin jest biały?!”
Felietony A.Mason - 18 czerwca 2015

Niedawno przez internet, media mniej lub bardziej branżowe i media społecznościowe przewinęła się lawina…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!