Marek Przyborek „Uisge beatha czyli aqua vitae”

Para-Nauka Fahrenheit Crew - 12 września 2012

Z dedykacją dla Cordi, Krugera i Flamenco,

 którzy przeczytali poprzedni tekst i powiedzieli, żeby napisać następny.

Przyszło mi do głowy, żeby napisać tekst o whisky, whiskey i jeszcze kilku produktach pochodnych. Najpierw go porzuciłem po pierwszym, z trudem napisanym akapicie. Potem napisałem kawałek następnego i odłożyłem na bliżej nieokreśloną półkę na dysku, bo akurat miałem coś innego do roboty. A potem ktoś zapytał, o czym będzie następny tekst. Więc postanowiłem napisać o whisky. O szkockiej, irlandzkiej, amerykańskiej, a nawet japońskiej i radzieckiej. Takiej, którą da się pić z colą lub z wodą sodową, a także o kilku standardowych koktajlach na bazie tego szlachetnego trunku. Chcę także wspomnieć o Michaelu Jacksonie, który dla odmiany nie śpiewał o Billy Jean.

Kiedy byliśmy jeszcze w liceum, na lekcje angielskiego mieliśmy przygotowywać prezentacje dotyczące Wielkiej Brytanii. Jako że przynależałem do klasy wybitnie żeńskiej (jakoś mało humanistów mieliśmy, a niektórzy potem i tak zdradzili historię z naukami ekonomicznymi)[1], to można było posłuchać kilku fajnych rzeczy o angielskich zabytkach, świętach i rodzinie królewskiej. Ja z kolegą postanowiliśmy pójść w zupełnie odmienną stronę. Przedstawić coś niesztampowego i mocno nietypowego. Wybraliśmy rzecz, bez której nie udałaby się większość westernów. Jako że Samuel Colt urodził się w Connecticut i z Wielką Brytanią nie miał wiele wspólnego, napisałem prezentację o whisky. Dla niepoznaki dodaliśmy też herbatę i tytuł o najbardziej znanych brytyjskich napojach. Na arkuszu czarnego papieru nakleiliśmy kontur Szkocji, flagę, faceta w tartanie i etykietę Ballantines. Nie powinno się od dzieciaków z liceum wymagać znajomości mocnych alkoholi przecież. A już single maltów szczególnie.  A gdybym miał robić coś takiego dzisiaj i miał nieograniczony dostęp do butelek? Ograbiłbym (i tu w zasadzie rozpoczyna się część niniejszego tekstu mocno związana z fantazjowaniem… albo nawet fantastyką) piętnastoletnią Balvenie Single Barrel, starego Obana albo Lagavulin.

Wszystkie te whisky, w które da się i warto inwestować, zostawiłbym, stworzył porządny portfel inwestycyjny i czekał ze szklaneczką w dłoni, patrząc na trzycyfrowe stopy zwrotu. Bo inwestycja w różne ciekawe alkohole robi się ostatnio coraz bardziej popularna, powstają nawet stosowne firmy, które chętnie pomogą potencjalnym inwestorom ledwie za marżę. Ale świadomość posiadania w portfelu skrzynki Macallana z 1926 roku[2] – ja bym chyba porównał ten trunek z wielkim fotelem, puszystym białym kotem i marzeniami o przejęciu władzy nad światem.

Ale wracając do mojej historii… Potem poszedłem do gastronomika, zacząłem pracę w barze jednego z pięciogwiazdkowych hoteli w Warszawie i nauczyłem się o whisky i whiskey nieco więcej. Poznałem kilku znawców i „znawców”, a nawet dorobiłem się jednej czy dwóch butelczyn single maltów na półce. Ekspertem w żadnym stopniu się nie czuję, w niniejszym tekście próżno też będzie szukać wielu unikalnych szczegółów, które zazwyczaj znajdują się w paradokumentalnych filmach o barmanach/kelnerach. Ale może po jego przeczytaniu ktoś postanowi poszukać poważniejszych źródeł lub spróbować pogłębionych badań organoleptycznych. Nie wskażę konkretnej bibliografii, a tylko jedno wiele mówiące nazwisko: Michael Jackson. Wielki, niestety już nieżyjący, znawca whisky i piwa (które empirycznie z fandomem kojarzy się niemal nierozerwalnie), człowiek, który sprzedał przeszło trzy miliony egzemplarzy swoich książek. Nie śpiewał o Billy Jean i w Polsce nie zawsze jest łatwo dostać jego opracowania, a zdecydowana większość internetowych wyszukiwarek i tak będzie się odnosiła do króla popu. Ale warto szukać.

Więc tak… Jak wiele innych znanych alkoholi – w przypadku whisky zaczęło się od mnichów i wody życia. I to nie w Szkocji, którą wielu ludzi uznaje za ojczyznę, Mekkę i Walhallę tego alkoholu. Prawdopodobnie zaczęło się to wszystko w Irlandii, a według podań palce maczał w tym między innymi św. Patryk, który najczęściej chyba jest kojarzony z piwem i dniem św. Patryka. Mnisi pędzili z racji dominacji łaciny aqua vitae, co akurat nie dziwi, skoro głównym obszarem zastosowania tego, co wyprodukowali, miało być leczenie różnych schorzeń. Tłumacząc wodę życia na gaelicki, otrzymano w którymś momencie uisge beatha (w wersji irlandzkiej uisce beatha, więc chronologicznie powinienem poprzestawiać), z którego to wyrażenia powstały nazwy używane  obecnie. Najpierw uisge beatha skrócono do uiskie, a potem whisky i whiskey.

Nawiązując do nazw – terminy whisky i whiskey – są rozróżnieniem przede wszystkim geograficznym. Whisky jest pisownią szkocką, whiskey – irlandzką. Ponoć główne rozróżnienie powstało w XIX wieku, który dla bimbru szkockich górali (z powodu wysokich podatków nakładanych przez Koronę większość produkcji była średnio legalna, wewnątrzklanowa) nie był najlepszym czasem. Irlandczycy dodali wtedy do nazwy „e”, żeby odróżnić swoje produkty. Dochodzi także kwestia techniczna – whisky jest zazwyczaj destylowana podwójnie, a whiskey – potrójnie. Sprawa zgoła podobna do koniaku i armaniaku, które starałem się przybliżyć w poprzednim tekście.

Między innymi w związku z aktywnością Brytyjczyków w kwestiach kolonizacyjnych, whisky/whiskey zaczęła być produkowana w kilku innych miejscach, co obecnie wiąże się z dodatkowymi krajowymi regulacjami prawnymi. Generalnie whisky jest produkowana poza Szkocją także w Kanadzie, Australii, czy Japonii; whiskey odnosi się do produktów irlandzkich oraz amerykańskich (z kilkoma wyjątkami).

Whisky/whiskey są różne. Ogólnie rzecz biorąc, można je destylować ze zboża, wśród którego szczególną estymą darzy się jęczmień, lub słodu, zwłaszcza jęczmiennego, oraz wody. Jeżeli ma się ochotę, można też połączyć wypracowane efekty obu wariantów. Mamy więc trzy podstawowe rodzaje whisky (skupiam się w tym momencie przede wszystkim na whisky szkockiej), co jest widoczne na etykiecie złocistego trunku:

– grain – czyli zbożowa. Na rynku chyba najtrudniej dostępna w stanie czystym.

– malt – słodowa.

– blended – mieszana z dwóch poprzednich rodzajów (ładnie i uczenie można to samo określić słowem „kupażowana”). Większość butelek ogólnodostępnych na sklepowych półkach należy właśnie do tej grupy. Niektóre da się kupić w rozsądnych cenach, inne (zwłaszcza marki z kolorowymi etykietami) potrafią  osiągać ceny wyższe niż kilkunastoletnie single malty.

W Szkocji wyróżnia się jeszcze dwie kategorie rozwijające temat blended whisky:

– blended malt (określana także mianem vatted malt lub pure malt) – kupażuje się wyłącznie whisky słodowe.

– blended grain – analogicznie, ale pozostając w kręgu whisky zbożowych.

Wspomniałem w niniejszym tekście kilka razy zupełnie pobocznie określenie „single malt”. Whisky opatrzona etykietą zawierającą te dwa słowa jest maltem wyprodukowanym w konkretnej destylarni. Może, choć zupełnie nie musi, pochodzić z jednego rocznika, czy nawet beczki (wtedy uzyskuje prawo do umieszczenia na etykietach określenia „single cask”). W przypadku whisky mieszanej z różnych roczników na etykiecie podawany jest wiek najmłodszego użytego w produkcji. Regulacje prawne w Szkocji zakładają, że każda whisky musi przeleżakować w beczkach minimum trzy lata. Jako pewną ciekawostkę można dodać, że w przeciwieństwie do wina whisky nie dojrzewa już zabutelkowana.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Powiązane wpisy

Szczepan Twardoch „Prawem wilka”
Ksiażki fantastyczne - 8 października 2008

superNOWA CZTERY OPOWIEŚCI – CZTERY DIABOLICZNE OSOBOWOŚCI… Oto on – bodhisattwa. Samotny…

Wprowadzenie do Gry Głównej tegorocznego „Fornostu”
Aktualności - 25 stycznia 2016

Zwieńczeniem tegorocznego Fornostu – który odbędzie się w Łutowcu (województwo śląskie) w dniach 30 lipca-7 sierpnia –…

Bernard Werber „Oddech bogów”
Patronaty F-ta - 25 czerwca 2007

Druga część bestsellerowej trylogii znanego francuskiego mistrza gatunku. Pierwsza część trylogii –…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!