Adam Namięta „Droga do gwiazd – droga do zapomnienia” (2)

Polityka i ideologia cały czas mniej lub bardziej przypominały Kłuszancewowi o jego twórczej zależności, z jednej strony chwilowo, w wyniku określonych okoliczności, prowadzącej do eksponowania jego filmów, chociaż nie jego samego, bo w Sowietach autor miał być rzemieślnikiem w służbie idei, z drugiej – niepozwalającej mu na rozwinięcie skrzydeł i autorskich pomysłów. Ale to „Luna”, powstała w 1965 roku, wprowadziła go w ślepą uliczkę. Na początku nic nie zapowiadało porażki, ale kiedy w 1969 roku Amerykanie jako pierwsi stanęli na Księżycu, ten kolejny z na poły edukacyjnych filmów Kłuszancewa, przedstawiający lądowanie Sowietów na srebrnym globie, w pełni się zdezaktualizował, a nawet zaczął przypominać ponury żart. To nie radzieccy kosmonauci, ale ich wrogowie z drugiego imperium, jak się okazało, postawili wcześniej stopę na Księżycu. Pionierski lot na Lunę zakończył w dużej mierze kosmiczną rywalizację, w każdym razie straciła ona na impecie, co znalazło odbicie również w sowieckim kinie, mocno uzależnionym od polityki i ideologii. Kłuszancew, sam nieuwikłany psychicznie i poglądowo w komunizm, a przynajmniej zachowujący dystans, szczerze za to zafascynowany kosmosem, prawdopodobnie kręciłby dalej filmy s.f., być może w kolejnych latach jeszcze je udoskonalając technicznie, nawet w warunkach sowieckiej siermiężności. Ale okoliczności temu nie sprzyjały, ponieważ potrzeby były już mniejsze, a i problemy w studio filmowym dały o sobie znać. Kłuszancew został wyautowany. Nakręcony w 1968 roku „Mars” był w zasadzie pożegnaniem 58-letniego reżysera z kinem.

Twórca „Drogi do gwiazd” po rozstaniu z filmem utrzymywał się wraz z rodziną na powierzchni dzięki pisaniu książek edukacyjnych dla dzieci, z których niektóre wydane zostały przed wielu laty również u nas (np. „O czym opowiedział teleskop”). I być może jego filmową przeszłość przykryłaby jeszcze grubsza warstwa kurzu, a on sam zostałby całkowicie zepchnięty w niepamięć, gdyby nie zainteresowanie jego osobą filmowców z tego państwa, które swojego czasu pośrednio przyczyniło się do zastopowania reżyserskiej kariery Rosjanina. Dzieła Kłuszancewa wyglądają dzisiaj dość anachronicznie, szczególnie dla laika, zwłaszcza gdy porównamy je np. z późniejszymi, chociaż też niemłodymi już przecież filmami, jak „Terminator 2” czy „Obcy – decydujące starcie”, ale to właśnie Robert Skotak, człowiek odpowiedzialny za efekty specjalne w wyżej wymienionych dziełach (oczywiście nie jako jedyny), nawiązał korespondencyjny kontakt z Kłuszancewem, spotkał się z nim i przypomniał szerzej nazwisko pioniera filmowego s.f.  W artykule napisanym wspólnie z Lynn Baker („Klushantsev: Russia’s Wizard of Fantastika”) i w interesującym dokumencie, stworzonym co prawda nie przez niego, ale opierającym się w znacznym stopniu na jego spostrzeżeniach i rozmowie z Kłuszancewem („Paweł Kłuszancew. Kosmiczny marzyciel”, reż. Mads Baastrup, Sonja Vesterholt).

Dopiero komentarz profesjonalisty, człowieka zaangażowanego w produkcję filmów tak, jak swojego czasu Kłuszancew, pozwala nam dojrzeć te trudno przyswajalne już dzisiaj obrazy rosyjskiego twórcy (i te na poły edukacyjne, i ten jeden jedyny fabularny) we właściwej perspektywie. Kubricka, filmowego perfekcjonistę i jednego z największych reżyserów w historii kina, doskonale obeznanego z twórczością Rosjanina, ceni się między innymi za wiele nowatorskich rozwiązań w arcydziele „2001: Odyseja kosmiczna”, ale przynajmniej niektóre z nich, jak np. filmowanie kosmonautów od dołu podczas ich „spacerów” w przestworzach, dzięki czemu nie widać lin przyczepionych do nich z tyłu, zastosował jako pierwszy właśnie Kłuszancew. I chociaż po pięćdziesięciu latach filmy Rosjanina nie są w stanie w pełni wybronić się wyłącznie dzięki obecnym w nich rozwiązaniom, znamionującym przecież i pomysłowość, i wyobraźnię (np. stosowanie oddalonego wysięgnika na szynach dla poduszkowca w „Planecie burz”, a nie łatwo widocznej i sztampowej liny, filmowanie przez akwarium dla stworzenia efektu chodzenia pod wodą), to wówczas stanowiły nową, wyjątkową jakość. Były laboratorium idei, w którym rodziło się kino s.f.

Jak wyglądałyby jego kolejne dzieła, już w latach 70. i późniejszych? Pewnie nie przypominałyby w pełni zachodnich produkcji, nie tylko dlatego, że kino radzieckie miało swój koloryt, i to poradzieckie poniekąd też ma, ale również dlatego, że Kłuszancew widział w tym medium nośnik nie tyle rozrywki, ile nauki, stąd też w pewnej mierze przewaga filmów o profilu edukacyjnym w jego twórczości. W późnych latach życia narzekał na kierunek, w jakim podążyła kinematografia, nastawiona bardziej na zabawianie widza aniżeli uczenie go. Oczywiście w odniesieniu do reżysera „Drogi do gwiazd” mowa o popularyzowaniu wiedzy, a nie wtłaczaniu ludziom do głów ideologii. Kłuszancew podchodził niezwykle poważnie do astronautyki i astrofizyki, chciał oswajać z nimi ludzi, powaga ta brała się bowiem, jak można sądzić, z jego marzeń, a te człowiek marzący zwykł traktować serio. Tytuł dokumentu o rosyjskim reżyserze wydaje się nad wyraz trafny. Kłuszancew był rzeczywiście kosmicznym marzycielem. Opowiadanie o kosmosie i przedstawianie go nie było pretekstem ani do snucia historii czy alegorii o nas i Ziemi, w każdym razie nie w pierwszej kolejności, ani tym bardziej do epatowania ludycznym efekciarstwem. On rzeczywiście patrzył z tęsknotą tam, w tę nieskończoną czerń – na terra incognita ludzkich dążeń i nauki.

Kłuszancew nie przeżyje żadnego filmowego renesansu, nie ma prawa go przeżyć, ponieważ jego nieduży dorobek filmowy nie wytrzymuje konfrontacji z czasem, stanowi już bardziej ciekawostkę, na swój sposób sympatyczną, może nawet zajmującą, dającą możliwość nostalgicznego spojrzenia w przeszłość, ale bez potencjału do wyjścia poza wąski krąg zainteresowanych. To oczywiste. Jego dzieła są do odczytania jedynie z przypisami, i to niekoniecznie tymi profesjonalnymi, należącymi do innych filmowców, ale odnoszącymi się także do życia Kłuszancewa i kontekstu społeczno-politycznego. I to właśnie dzięki nim zarówno sam reżyser „Drogi do gwiazd”, jak i jego filmy mogą nadal, przynajmniej w jakimś stopniu, intrygować – to paradoks, bo przecież poniekąd właśnie mimowolne uwikłanie w okoliczności historii nie pozwoliło wystarczająco rozwinąć się jego talentowi. Przez kontrast zupełnie innych porządków i dążeń, które chwilowo spotkały się w latach 50. i 60., być może my spojrzymy na życie Pawła Kłuszancewa, w tym jego filmowe ślady, w zupełnie innym świetle. Jako na zmaganie niebanalnego człowieka z tym, co go otaczało, nawet jeśli to zmaganie wyrażało się w na swój sposób marzycielskim uciekaniu w to, co pozaziemskie. Bo jeśli dzisiaj fantastyka tak często pełni funkcje eskapistyczne, to czy w warunkach sowieckich taka forma jej przeżywania mogła nie mieć uzasadnienia? Kłuszancew, rzecz jasna, nie dezerterował, inaczej nie kręciłby filmów o profilu popularyzatorskim, a więc wyraźnie z myślą o odbiorcach, ale tego ludzkiego, bardzo indywidualnego fundamentu (i motywu) jego twórczości nie sposób, jak się zdaje, pominąć. Bez tego komponentu z całą pewnością nie zasługiwałby na miano kosmicznego marzyciela.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Lee Goldberg „Detektyw Monk jedzie do Paryża”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 4 sierpnia 2009

Rebis Monk zrujnował już Natalie Teeger wakacje na Hawajach i w Niemczech. Teraz, zaszantażowany przez nią,…

„Amerykańscy bogowie” powrócą w marcu
Film i muzyka MAT - 6 grudnia 2018

Drugi ośmioodcinkowy sezon „Amerykańskich Bogów” powróci na antenę w 2019 roku.

Miroslav Žamboch „Bez Litości”
Patronaty F-ta Miroslav Žamboch - 15 października 2016

Autor: Miroslav Žamboch Tytuł: Bez Litości (Bez slitování) Tłumacz: Paweł Doliński Wydawnictwo: Fabryka Słów…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!