Czy to podchwytliwe pytanie? Wywiad z Terrym Pratchettem

Wywiady Fahrenheit Crew - 9 kwietnia 2012
Terry Pratchett Żródło: commons.wikimedia.org

Terry Pratchett
Żródło: commons.wikimedia.org

Z Terrym Pratchettem rozmawia Neil Gaiman

Tłumaczył Marcin Zwierzchowski

 

 

Neil Gaiman: Jaka jest geneza pomysłu na „Niuch”?

Terry Pratchett: Nie mam pojęcia. Sądzę, że zaczęło się od rozważań nad postacią sir Samuela Vimesa, nad tym, kim teraz jest. A ponieważ uważałem, że jego wewnętrzny monolog jest interesujący, postanowiłem użyć sprawdzonego schematu fabularnego, wktórym policjant wybiera się na wakacje, by się odprężyć. Wszyscy wiemy, jak kończą się tego typu historie. Wtedy uświadomiłem sobie, że przeniesienie Vimesa zmiasta, poza znaną mu strefę, będzie niezwykle przyjemne do opisania.

NG: Straż mnie fascynuje. Opisujesz bezwzględnych policyjnych formalistów, jednocześnie jednak wciąż są to zabawne, mądre książki, których akcja rozgrywa się w fantastycznym świecie.

TP: Tak naprawdę, panie Gaiman, świat, do którego trafia Sam Vimes trudno określić mianem fantastycznego. Tak, są tam gobliny, ale ogólny klimat przywodzi namyśl hrabstwa w środkowej Anglii. To kwestia pospolitości ludzi. Postaw Vimesa w sytuacji, która rozwinie się wzły sposób, azacznie działać realistycznie jak każdy inny policjant, rozumując w ten sam sposób. Pozostając jednocześnie Samem Vimesem, który podaje w wątpliwości swoje motywy i policyjne procedury.

NG: Co było inspiracją dla Sama Vimesa? Jak prawdziwi policjanci zareagowali na tę postać i na Straż?

TP: W gabinecie mam trzy policyjne hełmy – prezenty od funkcjonariuszy, którzy są fanami Vimesa. Gdy jeździłem wtrasy promujące książki, w księgarniach pojawiali się policjanci. Nigdy nie wchodzili przez główne wejście, zawsze przez to dla personelu, skinąwszy głową w stronę kierownika, po tym, jak kolejka po autografy się kończyła. I to, co do mnie mówili było tak przewidywalne, że mógłbym mówić to za nich. Rzucali uwagi typu: Och, tak, [zjadliwy śmiech] zdecydowanie znalazłby się u nas Nobby Nobbs, a każdy posterunek ma swojego sierżanta Colona. Policjant, który mi to powiedział, sam wyraźnie był takim sierżantem Colonem. Znam wielu gliniarzy, miałem z nimi do czynienia, gdy pracowałem jako dziennikarz. Łatwo się o nich pisze; zachowują się zgodnie z utartymi schematami.

NG: To prawda, że w poprzednim wywiadzie powiedziałeś, że chciałbyś być jak Sam Vimes? Dlaczego?

TP: Nie wydaje mi się, żebym powiedział coś takiego. Ale wiesz, jak jest, a„jak jest” zmienia się, gdy się starzejemy. Autor zawsze może zagłębić się we własną osobowość i znaleźć aspekty siebie, w które może następnie ubrać wykreowane postacie. Odkąd zacząłem mówić o moim Alzheimerze, stałem się osobą publiczną; dwukrotnie byłem gościem na Downing Street, pisałem gniewne listy do„Timesa”, debatowałem w Izbie Gmin i do tego stopnia stałem się starym prykiem, że czasami siedzę skonsternowany imyślę: Tak naprawdę twoja praca polega napisaniu kolejnej książki. Zmieniane świata jest zadaniem dla innych…Ale potem dochodzę do wniosku: Nie, nie jest! Tak więc, mając w pamięci fakt, że do dzieciaka z domu komunalnego ludzie obecnie zwracają się per „sir”, mogę wykreować obraz mentalny Vimesa.

NG: Gdy na czas pisania wcielasz się w Vimesa, widzisz jakąś różnicę w postrzeganiu świata, w porównaniu do tego, jak on wygląda, gdy piszesz z perspektywy Rincewinda czy Babci Weatherwax?

TP: Och tak, na pewno wiesz, jak to jest. Gdy już dana postać siedzi w twojej głowie, wystarczy, że pozwolisz jej żyć własnym życiem i zaczniesz opisywać, co robi, mówi czy myśli. To naprawdę tak działa. To balansowanie na granicy dziwactwa: wiesz, że to ty myślisz, ale myślenie jest napędzane przez moduł Sama Vimesa. Istnieje także w pełni funkcjonalny moduł Tiffany Obolałej, co jest dość dziwne.

NG: Na pewno masz wśród swoich książek jakichś dziwnych faworytów – pozycje, dla których twoja sympatia mogłaby wydać się innym niezrozumiała. Mógłbyś wybrać takich ulubieńców? Czy chciałbyś wskazać ludziom jakieś swoje książki, które bez tego mogliby przegapić?

TP: To dobre pytanie, ale odpowiedź jest trudna. Bardzo przyjemnie pisało mi się „Potworny regiment”, który pod pewnym względem jest bardzo bliski głównemu nurtowi. Po minimalnych zmianach akcja mogłaby się rozgrywać w czasie wojen o niepodległość Hiszpanii na początku XIX wieku. Obaj wiemy, że czasami, zbierając materiały do jednego projektu, nieświadomie robimy research do innego. Na przykład w trakcie zwykłego czytania książek na interesujący nas temat. To niesamowite, jak te wszystkie drobiazgi, o których czytasz w książkach z drugiej ręki, nagle przychodzą ci do głowy i składają się na fabułę. W gruncie rzeczy, pracując nad „Potwornym regimentem” sporo czasu spędziłem w księgarniach dla lesbijek.

NG: Czy są jakieś postacie ze Świata Dysku, do których planowałeś powrócić, ale jeszcze tego nie zrobiłeś?

TP: Gdzieś w mojej głowie siedzi pomysł na fabułę, której bohaterem jest Złowrogi Harry Lęk, niekoniecznie będący współczesną wersją Saurona… Ale powiedzenie tego uświadomiło mi, że powinienem jeszcze nad tym popracować.

NG: W artykule o pisaniu z „The New York Timesa” Carl Hiaasen – autor, którego poleciłeś mi w czasie promocji „Dobrego omenu” – stwierdził: Każdy pisarz gdzie indziej szuka inspiracji i nie ma niczego wstydliwego w czytaniu nagłówków gazet. De facto jest to niezbędne, gdy tworzy się współczesną satyrę. Cięty humor opiera się na odniesieniach do aktualnych tematów… Niestety dla pisarzy, realne życie staje się zdecydowanie zbyt zabawne i nieprawdopodobne. Czy Świat Dysku, jako sceneria, pomaga ci od tego uciec? Czy jest narzędziem, które pozwala ci wykorzystywać nagłówki w sposób, jakiego nikt się nie spodziewa?

TP: Sądzę, że to znowu kwestia pospolitości ludzi. Mam nadzieję, że wszystkie postacie ze Świata Dysku są rozpoznawalne i zrozumiałe i dlatego od czasu do czasu mogę postawić którąś znich przed współczesnym problemem, jak na przykład Mustrum Ridcully i homoseksualizm. Po prawdzie, nigdy nie musiałem specjalnie szukać tego typu inspiracji; zazwyczaj to one podchodzą i kopią mnie w tyłek. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy „Świat finansjery” ukazał się zaraz przed kryzysem i wszyscy zaczęli mówić, że go przewidziałem. To nie było takie trudne.

NG: Jakie największe zmiany w postrzeganiu przez szeroką publiczność gatunków, w których tworzyłeś – głównie w prozie humorystycznej, science fiction i fantasy – obserwowałeś w ciągu minionych trzydziestu lat? A może tak naprawdę nic się nie zmieniło?

TP: To przyczynek do debaty. Moim zdaniem, obecnie fantasy i SF to tak naprawdę główny nurt. Ty na pewno widzisz to samo. Gdy ruszałem w pierwsze trasy promocyjne, ludzie przychodzący na spotkania byli – dla nas, którzy potrafili to określić – typowymi fanami fantastyki. Obecnie powieści ze Świata Dysku, jak większość moich innych książek, przeznaczone są dla tak zwanej „szerokiej publiczności”. Oczywiście, gdy niedawno razem z Robem byliśmy w Australii, zdawało nam się, że latamy na skrzydłach fandomu. Wchodzimy do sklepu, żeby kupić buty RM Williamsa – sprzedawczyni jest fanką. Weszliśmy do Davida Jonesa, by kupić parę spodni Calvina Kleina i pierwsza kobieta, na którą się natknęliśmy okazała się fanką – skończyło się na tym, że przez cały poranek pomagała nam przy zakupach. Następny był mężczyzna przy kasie i tak to się ciągnęło. Pracownicy lotniska byli fanami, a już na pokładzie samolotu, w połowie lunchu członek obsługi postawił przede mną bardzo ładną butelkę wina i powiedział: Żona kapitana jest pana największą fanką. Jest to trochę nerdowskie. Głęboko zakorzeniony obraz czytelników moich książek jest taki, że wszyscy mają czternaście lat i nazywają się Kevin. Ale wiesz, ten nastolatek zdążył już dorosnąć, iwciąż czyta, podobnie jak jego dzieci.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Premiera „Wojny o planetę małp”
Film i muzyka MAT - 28 lipca 2017

Dzisiaj do polskich kin trafia Wojna o planetę małp (War for the…

Morderstwo na Krymie
Bookiety nimfa bagienna - 10 lutego 2017

Przygody detektywa, który detektywem nie jest, czyli Marcin Robert Bigos zwiedza Chersonez Taurydzki i żegluje…

Lichotka czyli niezwykłe studium językowe
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 28 marca 2012

Marta Kisiel Dożywocie Fabryka Słów, 2010 Stron: 376 Cena: 31,90 zł   Zaczyna…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!