ISSN: 2658-2740

„Ja sobie po prostu wyskoczyłem” – wywiad z Krzysztofem Jagiełłą

Wywiady Jagna Rolska - 12 grudnia 2019

Jagna Rolska: Zacznę przewrotnie. Rozmawialiśmy prywatnie kilka razy, a gdy zapytałam Cię o Twoją twórczość, odpowiedziałeś: „Ja sobie po prostu wyskoczyłem”. Wyjaśnisz naszym czytelnikom, co miałeś na myśli?

Krzysztof Jagiełło: Mam na myśli głębokie otchłanie własnej naiwności. Rynek książki jest na tyle trudny, że większość debiutantów ma za sobą mnóstwo działań pomocniczych. Zgłaszają się do wydawnictw po opublikowaniu kilku opowiadań, czy długotrwałej pracy na rzecz szeroko pojętego fandomu, wyrabiają sobie kontakty, zawierają profesjonalne przyjaźnie. Ponieważ nikt mi o tym nie powiedział, a nie byłem wystarczająco sprytny, by się tego domyślić, zadziałałem po polsku. Koko jumbo i do przodu.

Ale może właśnie dzięki temu w Wydawnictwie Dolnośląskim zerknięto na mój tekst? Z tego, co mi wiadomo, podejrzewali nawet, że ktoś sobie robi ich kosztem żarty.

J.R.: Teraz to już mnie porządnie zaintrygowałeś!

K.J.: To całkiem zabawna anegdotka. Kim był Jagiełło, wie każdy sześciolatek w Polsce. Natomiast mój adres zamieszkania jest powiązany z pewnym mitologicznym stworem, który zdołał silnie przeniknąć do popkultury. Wysyłając maile ze swoim pierwszym tekstem, określiłem go jako historyczne fantasy osadzone w starożytnym Rzymie. W Wydawnictwie Dolnośląskim dodano dwa do dwóch i nabrano podejrzeń, że jakiś pisarz próbuje się tak do nich dostać pod pseudonimem. Co – paradoksalnie – zadziałało pozytywnie, bo sprawiło, że mój tekst został szybciej przeczytany. Spodobał się i nawiązaliśmy kontakt.

Choć żeby nie było tak różowo, przed podpisaniem umowy na Piasta Mściciela zaproszono mnie do siedziby wydawnictwa. Pierwsze zadane pytanie miało ustalić, czy to moje prawdziwe nazwisko oraz adres zamieszkania. Nie powiem, mile połechtało to ego początkującego klepacza w klawiaturę.

J.R.: Można więc powiedzieć, że w pokrętny sposób historyczne nazwisko otworzyło drzwi wydawnictwa. Panuje ogólne przekonanie, że przebicie się na rynku wydawniczym jest niełatwym zadaniem, a już z pewnością zajmuje bardzo dużo czasu. Dobrze rozumiem, że Twoja historia temu przeczy? Ile czasu zajęło ci przejście drogi od momentu, w którym postanowiłeś zacząć pisać, do chwili, w której wziąłeś do ręki własną książkę?

K.J.: Można chyba tak powiedzieć. Podejmowałem wcześniej jakieś próby pisarskie, ale bez przekonania. Jednak po skończeniu edycji swojej drugiej powieści miałem wreszcie wrażenie, że tekst można pokazać bez wstydu komuś innemu niż żona. Wysyłając go do wydawnictw, zachowywałem naiwną pewność siebie żółtodzioba.

Okazuje się, że głupi ma jednak czasem szczęście. Ze względu na korzystny układ zbiegów okoliczności manuskryptem zainteresowało się Wydawnictwo Dolnośląskie. Powieść ostatecznie nie została wydana, ale rozpoczęliśmy rozmowę na temat kolejnego projektu. Od tamtej chwili do momentu, w którym trzymałem w ręku fizyczną kopię Piasta Mściciela, minęło kilkanaście miesięcy.

J.R.: Biorąc pod uwagę nasze realia wydawnicze, to wręcz olimpijskie tempo! A jak wspominasz współpracę z redaktorem?

K.J.: Fantastycznie. Naczytawszy się przestróg dla debiutujących autorów o tym, jak ich książka zostanie zmasakrowana na etapie redakcji, przygotowałem się psychicznie na ciężkie grzmoty. Tymczasem od pani Małgorzaty Grochockiej usłyszałem najlepszy komplement, jaki mogłem sobie wyobrazić. Podczas naszej pierwszej telefonicznej rozmowy zdradziła, że musiała w pewnym momencie przerwać edycję, gdyż tak się wciągnęła w lekturę. Pisałem Piasta…, mając nadzieję na takie właśnie reakcje. To, że podobne słowa padły z ust zaprawionej w boju redaktorki, która redagowała książki wielu uznanych autorów, dodało mi dobre dziesięć centymetrów wzrostu.

Inna sprawa, że zarówno pani Małgorzata, która redagowała pierwszy tom, jak i pan Jacek Ring, który pracował nad drugim, musieli wykonać kawał tytanicznej roboty w warstwie językowej. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że widzę siebie bardziej jako kogoś, kto snuje opowieści, niż pisarza. Klepię w klawiaturę, bo nie mam kilkuset niepotrzebnych milionów dolarów, by na przykład kręcić filmy.

J.R.: I właśnie o warstwę językową chciałam zapytać. Piast mściciel jest napisany zdecydowanie nowoczesnym językiem. Wiem, że to było z Twojej strony całkowicie świadome działanie. Wyjaśnisz, co za tym stało?

K.J.: Troska o czytelnika, oczywiście.

A tak na poważnie, nowoczesny język wynika zapewne z tego, że większość książek, które czytam, jest autorstwa amerykańskich twórców. Angielski to bardzo prosty język, ale zarazem niezwykle plastyczny w literaturze. Jednocześnie autorzy z tego kręgu kulturowego już dawno zrozumieli, że czytanie nie jest jakimś świętym obrządkiem. Służy głównie rozrywce.

Już Oscar Wilde (Irlandczyk, ale piszący po angielsku) przyrównywał warstwę językową opowieści do okna w kościele. Może być czyste niczym szkło, wówczas doskonale widzimy to, co się dzieje po drugiej stronie, czyli właściwą historię. Jednak jeśli będziemy patrzeć przez wyrafinowany witraż, niewiele zobaczymy.

Ernest Hemingway większości Polaków kojarzy się z staruszkiem, który przez kilkadziesiąt stron łowił rybę. Jednak tak naprawdę to prawdziwy tytan anglojęzycznej literatury, grający w tej samej lidze, co Szekspir czy Joyce. Człowiek, który ukształtował kilka kolejnych pokoleń pisarzy. Otóż ten gigant miał taką metodę edycji tekstu, że gdy był już zadowolony z opowiadania bądź powieści, zaznaczał sobie w manuskrypcie każdy wyraz, który miał cztery lub więcej sylab –  i próbował zmienić go na prostszy. Kiedy był już zadowolony z efektu, brał się za trzysylabowce.

Dlaczego? Ano po to, aby opowieść płynęła. Każde dłuższe lub mniej spotykane słowo wymaga dodatkowej uwagi przy czytaniu. Tu nie chodzi o to, że traktował odbiorcę jak idiotę. On po prostu chciał, aby czytelnik zapomniał, że siedzi w wygodnym fotelu i ogląda czarne literki wydrukowane na białym tle. Mówimy o pierwszej połowie dwudziestego wieku. Przed erą telewizji, przed eksplozją kinematografii.

Stephen King wyrzucał z tekstu wszystkie przydawki. Nazywał je narzędziami leniwego twórcy. Nie pisał, że bohater „gwałtownie wszedł”, tylko że „wtargnął”. To są lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Nie ma jeszcze Internetu ani smartfonów.

Jim Butcher, którego traktuję jako autora przeprowadzającego mnie na drugą stronę pisarskiego lustra, prawdziwy gigant nurtu urban fantasy, stwierdził, że im dłużej pisze, tym bardziej upraszcza tekst do poziomu zrozumiałego dla ucznia ósmej klasy.

Czemu? Czy człowiek z tytułem naukowym z filologii angielskiej nie potrafi lepiej?

Nie. Amerykanie są niezwykle praktycznym narodem. Ich literaci wiedzą, że o wolny czas współczesnego człowieka rywalizuje nie tylko druga książka, ale Internet, film, serial, gra komputerowa, wydarzenie sportowe, spotkanie towarzyskie… Nie oszukujmy się. Z tych wszystkich rozrywek czytanie jest najtrudniejsze i wymaga najwięcej wysiłku. Nie ma sensu utrudniać odbiorcy czerpania przyjemności z obcowania z książką.

Dlatego, kiedy mam na myśli, dajmy na to, słowo „refleks”, nie używam w Piaście Mścicielu jakiegoś wydumanego neologizmu, przy którym czytelnik pięćdziesiąt razy się zastanowi, o co mi chodzi, albo spojrzy do słowniczka na końcu książki (kolejne oderwanie wzroku od tekstu, wyrwanie z opowieści, pretekst, by spojrzeć w ekran smartfona). Używam sformułowań powszechnie zrozumiałych, a jednocześnie zachowujących logikę świata.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Ona, on i miasto
Bookiety nimfa bagienna - 18 maja 2016

Nad Wisłą wstaje warszawski dzień… dla pary kochanków. Jagna Rolska recenzuje debiut Katarzyny…

Spotkanie autorskie z Jagną Rolską w Warszawie
Aktualności A.Mason - 8 lutego 2019

Zapraszamy na premierowe spotkanie z Jagną Rolską, autorką powieści „SeeIT”, którą wydało…

Spotkania z Jagną Rolską i Anną Szumacher na IX Targach Ciekawej Książki w Łodzi
Aktualności A.Mason - 17 listopada 2019

Już w przyszły piątek rozpoczną się IX Targi Ciekawej Książki w Łodzi.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!