ISSN: 2658-2740

„Ja sobie po prostu wyskoczyłem” – wywiad z Krzysztofem Jagiełłą (2)

Według mnie książka powinna płynąć. Czytelnik ma w nią wsiąknąć. Każdy moment, w którym odwraca uwagę, jest moim zdaniem strzałem w stopę. Taką mam wizję.

Oczywiście, nie wszyscy się z nią zgodzą. Mam wrażenie, że wielu naszych rodzimych twórców w znacznym stopniu odrzuca całą amerykańską drogę do nowoczesnej literatury. Traktuje się ją jako tę gorszą, masową. U nich musi wciąż pałać ta dzięcielina, inaczej coś zgrzyta.

Ostatecznie to zawsze czytelnik zdecyduje.

J.R.: Zanim zdążyłam zapytać o to, jak wpłynął na Twoje postrzeganie literatury pobyt poza Polską i czytanie w języku angielskim, Ty w zasadzie wyczerpująco udzieliłeś już odpowiedzi na to pytanie. Poszerzmy to jednak nieco. Czy uważasz, że nasza rodzima literatura jest jakościowo słabsza od anglojęzycznej?

K.J.: Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć prostym tak lub nie. Przede wszystkim nie sądzę, że istnieje coś takiego jak obiektywnie lepsza lub gorsza literatura. Od osób, które prezentują takie poglądy, próbuję od lat uzyskać jednoznaczne kryterium owej jakości. Jeśli ktoś dysponuje podobnym algorytmem, byłbym wdzięczny za podzielenie się nim.

Poza tym, trochę się u nas jednak tworzy. Co zrozumiałe, nie tak wiele jak w świecie anglojęzycznym, ale przeciętny czytelnik i tak nie zdoła przerobić wszystkiego. Są u nas autorzy piszący książki, które bardzo mi się podobają. Jest też ocean anglojęzycznych twórców, których szczerze nie trawię. Ba, często wypuszczają oni bestseller za bestsellerem.

Ale patrząc na sprawę statystycznie, wydaje mi się, że rynek anglojęzyczny jest nieco lepiej przystosowany do gustów masowego odbiorcy. Pewnie dlatego to właśnie oni sprzedają się doskonale u nas, a nie odwrotnie. Literatury pięknej nie podejmuję się oceniać. Aczkolwiek, patrząc na ilość przyznanych Nobli w literaturze, to Anglosasi mają tu też zdecydowaną przewagę.

Amerykanie są bardzo wygodnym chłopcem do bicia. Przyjęło się u nas traktować ich jako głupszych młodszych braci. Pogląd tyle nieuzasadniony, co zabawny, również w dziedzinie literatury. Zwłaszcza jeśli porównamy współczynniki czytelnictwa w obu krajach.

J.R.: Porozmawiajmy jeszcze chwilę o Twoim debiucie. Dlaczego akurat Polska wczesnopiastowska?

K.J.: Bo wczesne średniowiecze to po bliższym poznaniu prawdziwie fascynujący okres, w którym każdy charyzmatyczny zbój, zdolny zebrać wierną drużynę wojów i zawrzeć odpowiednie sojusze, był w stanie wykroić ostrzem miecza swój własny kawałek świata. Nie musiał wygrać na loterii genealogicznej szczęśliwego, arystokratycznego pochodzenia czy zostać namaszczonym przez bóstwa z jakiegoś świata fantasy. Wystarczały osobiste przymioty i odwaga. Albo może nawet bezczelność. Wydaje mi się to wymarzonym tłem dla opowiadania bohaterskich historii silnie opartych na wyrazistych postaciach, oferujących zatrzęsienie dynamicznych konfliktów.

Poza tym w społecznej świadomości istnieje tendencja do wybielania naszych prapoczątków. Czasem mam wrażenie, że gdyby zapytać przeciętnego przechodnia na ulicy, czym się zajmowali jego przodkowie, wyszłoby, że żyli w pokoju z sąsiadami, w absolutnej harmonii z naturą, kłaniali się dębom i nigdy nie skrzywdzili choćby muchy. Pewnie mało kto odpowiedziałby, że napadali wszystkich wokół, by ich zniewolić i sprzedać arabskim kupcom. To się nieco kłóci z naszą narodową samooceną.

A ja bardzo lubię takie rozdźwięki w literaturze. Natychmiast zwiększają atrakcyjność świata przedstawionego, czynią go żywszym.

J.R.: Czy masz jakieś rytuały związane z pisaniem? Ulubione miejsca, może porę dnia?

K.J.: Nie mam. Na pisarskie rytuały sobie będę pozwalał, kiedy się dorobię własnego gabinetu i zostanę poważnym Panem Artystą. Na razie wklepuję literki w tak zwanym międzyczasie. Zdarza się, że przychodzi wena i dzienna kwota słów jest napisana jednym ciągiem już o poranku. A czasem trzeba męczyć tekst odcinkami po pięćset znaków w przerwach od pracy lub z dzieciakami na głowie.

Na szczęście mam wyrozumiałą żonę, która toleruje moje hobby.

J.R.: Co aktualnie piszesz i jakie masz dalsze plany związane z własną twórczością?

K.J.: Obecnie próbuję odnaleźć swojego, powiązanego sznurem oraz zakopanego w lesie, wewnętrznego nastolatka i piszę młodzieżową fantasy z epickim rozmachem. Prawdę mówiąc, idzie to naprawdę obiecująco. Zwykle na tym etapie projektu zaczynam wpadać już w lekką panikę. Tymczasem tym razem pozostaję umiarkowanym optymistą. Nie wiem, czy to efekt jakości tekstu, ciekawej fabuły, czy ilości wypitego ostatnimi czasy piwa. Zobaczymy podczas edycji.

Oprócz tego mam już gotowy thriller science fiction osadzony w niezbyt świetlanej, niedalekiej przyszłości. Póki co trafił do próbnych czytelników, a pierwsze oceny są zachęcające.

Generalnie są to dla mnie dość ciekawe eksperymenty. Nie przepadam za tempem przeciętnego thrillera (a co dopiero takiego ekspresu, jaki sobie wykoncypowałem), ciężko trawię szeroko pojęte młodzieżówki, a na słowa epickie fantasy dostaję zwykle wysypki. Ale podjąłem decyzję, że jeśli chcę się rozwijać, muszę podejmować nowe wyzwania. W tym próbować innych podgatunków, proponować moje opowieści różnorodnym grupom odbiorców. Tak że spokojnie. To nawet nie jest moja finalna forma.

Wszystko to oczywiście mam nadzieję serwować czytelnikom równolegle z cyklem o Piaście, który był ukończony jeszcze przed premierą pierwszej części. Harmonogram kolejnych tomów zależy wyłącznie od planów Wydawnictwa Dolnośląskiego.

J.R.: I na koniec chciałam zapytać, jakiej rady mógłbyś udzielić twórcom, którzy jeszcze nie odważyli się wysłać swoich rękopisów do wydawnictw?

K.J.: Sądząc z moich doświadczeń, poradziłbym, żeby zmienili nazwisko oraz adres zamieszkania i napisali coś w gatunku, który w połączeniu z poprzednimi elementami sugerowałby uznanego pisarza wysyłającego coś do wydawnictwa pod pseudonimem.

A tak na poważnie, co ja mogę komukolwiek radzić. Sam tu jestem przypadkiem. Mogę co najwyżej podzielić się radą Jima Butchera, którą gdzieś wyczytałem, a wyciągnęła mnie z wszelkich tarapatów – od pisania pierwszego tekstu po edycję, blokady twórcze czy negocjacje z wydawnictwem. Jeżeli kiedyś dorobię się wreszcie tego gabinetu, wywieszę te słowa na ścianie, aby codziennie je widzieć. Ta rada brzmiała tak: „Napisz następne słowo”.

J.R: Dziękuję za rozmowę!

K. J.: Cała przyjemność po mojej stronie.

Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Cech Fantastyki „SkierCon” z wielką przyjemnością ogłasza 4. edycję konkursu literackiego
Konkursy SkierCon - 17 czerwca 2020

Cech Fantastyki „SkierCon” z wielką przyjemnością ogłasza 4. edycję konkursu literackiego „JaSkier”.…

Czat online z Jagną Rolską
Aktualności A.Mason - 24 kwietnia 2020

Dziś, o godzinie 18.00 gościem czatu w facebookowej grupie „Fantastyka moim życiem…

Spotkanie autorskie z Jagną Rolską w Warszawie
Aktualności A.Mason - 8 lutego 2019

Zapraszamy na premierowe spotkanie z Jagną Rolską, autorką powieści „SeeIT”, którą wydało…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!