Pisanie jest dla mnie super ważne – wywiad z Anną Szumacher

Anna Szumacher

Anna Szumacher, pisarka, autorka powieści „Słowodzicielka” opowiada o swojej literackiej drodze, dwóch nominacjach do nagrody im. Janusza A. Zajdla, a także o niełatwym zadaniu wyboru tytułu swojej debiutanckiej powieści. Będzie też parę słów o szkolnych polonistkach.

 

Jagna Rolska: „Wysoki, otulony jasnym płaszczem mężczyzna obserwował bawiącą się w parku czterolatkę z rudymi kitkami, kiedy drepczący koło ławki gołąb zamigotał lekko i odezwał się ciepłym barytonem”. To pierwsze zdanie z twojego opowiadania pt. „Lawliet”, które ukazało się w „Fantomie”. Czy uważasz, że pierwsze zdanie ma jakąś szczególną moc?

Anna Szumacher: Wręcz magiczną. Pierwszym zdaniem powinno się oczarować lub zainteresować czytelnika na tyle, by przeczytał drugie. A potem trzecie. Jeśli uda się go przytrzymać przez pierwsze akapity, to autor wygrywa.

J.R.: Pierwsze zdanie twojej debiutanckiej powieści pt. „Słowodzicielka” jest zdecydowanie lakoniczne, co nie znaczy, że nie jest intrygujące. To był zabieg celowy, czy po prostu tak wyszło?

A.S.: O nie, nic nie można pozostawić przypadkowi. Przy czym pierwsze zdanie nie jest tym pierwszym zdaniem, które planowałam. Na ostatniej prostej, już na etapie redakcji, dopisałam prolog na pół strony, więc pierwszym zdaniem stało się co innego, niż teoretycznie powinno. No, pierwszym słowem.

J.R.: Muszę zadać to pytanie. Kiedy i w jakich okolicznościach postanowiłaś, że weźmiesz się za fach pisarski? To był jakiś impuls, czy wręcz przeciwnie – kiełkowało to w tobie powoli?

A.S.: Pierwszą „książką”, którą pisałam był kryminał młodzieżowy. Akurat wtedy byłam na etapie czytania cyklu o przygodach trzech detektywów, sygnowanych przez Hitchcocka, i książek o Janeczce i Pawełku Joanny Chmielewskiej – to było w okolicy drugiej klasy szkoły podstawowej. Tak, sama wybierałam sobie lektury. Powieść miała okładkę i jakieś dwie strony i to pisane odręcznie, strasznymi zresztą kulfonami. Tak, mam ją do tej pory. Poza tym sama sobie opowiadałam bajki na dobranoc, no bo czemu nie. Przecież wiedziałam lepiej, jakie historie mi się podobają (śmiech). Potem miałam dosyć długą przerwę i gdzieś w liceum wróciłam do samych podstaw, czyli do pisania fan fiction. Jak przeskoczyłam na pomysły oryginalne, to już samo poszło.

J.R.: Z doświadczenia wiem, że panie od polskiego potrafią zainspirować nieletniego adepta sztuki pisarskiej, lub – wręcz przeciwnie – zarżnąć młodzieńczą pasję. Jak było u ciebie?

A.S.: Z czterech albo pięciu polonistek, które miałam, większość była mi obojętna. Lubiłam jedną, ale to było nauczanie początkowe. I ziałam nienawiścią do jednej, zresztą to działało też w drugą stronę, obie nie znosiłyśmy się pasjami. Ale szkoła nigdy nie przeszkadzała mi w czytaniu i pisaniu, więc nie mogła mi zarżnąć pasji. Przecież coś trzeba robić przez sześć-siedem godzin dziennie, jak tkwi się w ławce. Co ciekawe, dopiero kiedy zaczęłam na poważnie pisać, zaczęłam się też na poważnie uczyć. Bo research to nic innego jak ciężka, żmudna nauka po nocach. I mówię tu o skomplikowanej fizyce, biologii, geologii, czy bardziej szczegółowo, na przykład o systemie edukacji policyjnej w Polsce i budowie włazów do rakiet Apollo… Jeśli coś jest mi potrzebne do fabuły, to ślęczę nad tematem tak długo, aż to rozgryzę. Bo tylko wtedy można napisać coś jasno. A chodzi o to, by czytelnicy zrozumieli, a przede wszystkim, żeby uwierzyli.

J.R.: Przejdźmy do tematów mniej odległych w czasie. Co się czuje, gdy się otrzymuje wiadomość o nominacji do nagrody fandomu im. Janusza A. Zajdla?

A.S.: Sól i wilgoć, bo się ryczy w środku lasu, kiedy dostaje się SMS-a z informacją. Choć nie od razu, bo nie miałam pojęcia, o co chodzi, gdy odczytałam tekst: „Podwójne gratulacje!”. Ale czemu? Za co?

J.R.: Nie wszyscy czytelnicy niniejszego wywiadu pewnie wiedzą, więc od razu podpowiadamy, że otrzymałaś dwie nominacje. Pochwalisz się za co i kiedy?

A.S.: Obie w 2017 roku i obie za opowiadania. Jedno z nich, soft SF bliskiego zasięgu opowiadało o naukowcu, który odkrywa przejścia do innych światów w sklepie budowlanym. Wygrało rok wcześniej konkurs literacki i trafiło do antologii wydanej przez Fabrykę Słów. Drugie, humorystyczne fantasy, opublikowane w magazynie „Silmaris”, później okazało się pierwszym z cyklu o magu Kasparze i wojowniczce Meele, bo trudno mi się było z nimi rozstać. I jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Więc mamy tu naprawdę spory rozstrzał tematyczny…

J.R.: Pozostańmy jeszcze przez chwilę w kręgu emocji. Otrzymałaś informację, że Wydawnictwo Dolnośląskie jest zainteresowane tekstem twojej powieści i…

A.S.: Dla odmiany się poryczałam, budząc w rodzinie popłoch (śmiech). I przysięgam, wcale nie jestem taka emocjonalna. Po prostu pisanie jest dla mnie super ważne i jeśli po tylu latach prób i wciskania drobnych tekstów, gdzie popadnie nagle okazuje się, że ktoś chce wydać moją książkę… i jest to naprawdę olbrzymie, stare i szacowne wydawnictwo… i mam wcale nie takie mgliste szanse, by stanąć na półce obok również wydawanych przez Dolnośląskie: Agathy Christie, Waltera Moersa (cudowny pisarz i jeszcze lepsza tłumaczka) czy Roberta Galbraitha (czyli tak naprawdę Rowling)… no, to wszystko trochę przytłacza. Drugą emocją była skrajna panika, kiedy przeczytałam maila jeszcze raz i dotarłam do pytania o to, kiedy mogę dostarczyć drugi tom. Panie, jak drugi? Gdzie drugi?! Więc, jak trochę ochłonęłam, otworzyłam nowy plik tekstowy i zaczęłam pisać…

J.R.: Wiem, że „Słowodzicielka” nie od razu była „Słowodzicielką”. Czy możesz zdradzić, skąd się wziął ten niezwykle oryginalny tytuł twojej powieści?

A.S.: To nie jest dla mnie łatwy temat, chociażby z tego powodu, że nadal nie mam tytułu do trzeciego tomu. A żeby zadowolić wszystkich w wydawnictwie i jeszcze mnie, pracowaliśmy nad tytułem do „Słowodzicielki” przez mniej więcej trzy miesiące (i boję się, że czeka nas powtórka z tej wątpliwej rozrywki), przerzucając się nawzajem coraz gorszymi i gorszymi propozycjami, aż wydawało się, że książka nigdy nie wyjdzie z powodu braku tytułu… A sam tytuł wziął się z mroźnej, zimowej nocy, kiedy wszyscy już naprawdę mieliśmy dosyć i wysłałam najdziwniejszą propozycję z puli – i ta nagle została klepnięta. Przeze mnie, redaktora prowadzącego, zarząd, marketing… nikt na żadnym poziomie go nie odrzucił. To było straszliwie podejrzane. Wcześniej wywaliliśmy do kosza kilkadziesiąt innych. Nie kilka, nie kilkanaście. Kilkadziesiąt.

J.R.: No dobra. Mamy tytuł, okładkę i inne efektowne zabiegi „okołowydawnicze”. Ale mnie najbardziej interesuje, jak układała się twoja współpraca z redaktorką?

A.S.: Myślę, że należałoby zacząć od informacji, że redaktor jest bardzo, bardzo ważny. Ma być przyjacielem książki, ale już niekoniecznie autora. W praktyce jest różnie. Redaktor może wyciągnąć książkę mocno do góry, ale może też ją zepsuć. Może mieć dobry kontakt z autorem i może być jego wrogiem. Może być Ewą Białołęcką albo kimkolwiek innym. I powiem tyle, że takiego redaktora, jak ona należałoby sklonować i dodać w pakiecie każdemu autorowi, bo Ewa Białołęcka jest jak Samwise Gamgee dla totalnie nieogarniętego i zagubionego autora-Froda. Można ją tylko kochać.

J.R.: Nadmieńmy, że Ewa jest niezwykle doświadczoną pisarką, tłumaczką oraz redaktorką, i stanie się jasne, dlaczego tak świetnie wam się współpracowało. I w tym miejscu zapytam przewrotnie: Co najbardziej cię wkurzyło, tudzież przysporzyło najwięcej stresu podczas całego procesu wydawniczego?

A.S.: Poza szukaniem tytułu to chyba tylko czekanie na umowę. (śmiech) Każda doba ma wtedy siedemdziesiąt dwie godziny…

J.R.: No i w końcu się doczekałaś. Umowa w garści, tekst w druku. Co się czuje, gdy po raz pierwszy bierze się do ręki własnoręcznie napisaną powieść?

A.S.: Chyba głównie niedowierzanie. I radość. I dumę, że się wytrwało. A potem strach, bo trzeba wziąć się w garść i ruszyć z promocją. Książka na rynku nie poradzi sobie sama, żeby nie wiem, jak wspaniałe wydawnictwo, świetnego redaktora i fantastyczną okładkę miała. Autor to rodzic, który jest odpowiedzialny za to, by wyprowadzić książkę w świat. Powieść nie może stać na półce, nie tam jest jej miejsce. Musi trafić do ludzi, bo powinna znaleźć sobie przyjaciół. Wielu, wielu przyjaciół.

J.R.: Znalazła?

A.S.: Mam taką nadzieję. Nie wiem, czy „wielu, wielu”, ale jestem na początku wydawniczej drogi, więc jest szansa, że przy następnych książkach czy opowiadaniach, „Słowodzicielka” będzie docierać do kolejnych osób. Te, które dawały mi znać, że przeczytały, są najlepszym rodzajem czytelników. Bo mówią, co im się podobało, ale też co im się nie podobało. Mają swoje ulubione teamy. I to zupełnie różne, co jest fantastyczne! Papierowi ludzie, z którymi spędziłam ponad rok, walcząc o każdą scenę i kłócąc się, kiedy nie chcieli mnie słuchać, bo mieli własny pomysł na fabułę, wyszli z mojego komputera i zaczęli, teraz już naprawdę, żyć własnym życiem. Jeśli ich przygody sprawiły komuś frajdę i ten ktoś czeka na ich dalsze losy, to dla mnie – jako autora – jest to ogromna przyjemność.

J.R.: Co oprócz pisania cię ekscytuje?

A.S.: Bardzo wiele rzeczy, którymi pewnie nie powinnam się zajmować, bo są jakieś ważniejsze sprawy, typu sprzątanie. Ale jeśli mamy tylko jedno życie, to zamierzam spędzać wolny czas łażąc po lesie, jeżdżąc na koncerty rockowe, oglądając seriale, czytając książki i komiksy… jest tyle sposobów, by spędzać czas. Co jest również przekleństwem pisarza, kiedy prokrastynacja i deadline wchodzą na ten sam ring i powinniśmy jednak kibicować deadline’owi i wreszcie wziąć się do tego pisania…

J.R.: Zdradzisz swoim czytelnikom nad jakimi projektami teraz pracujesz?

A.S.: Wbrew pozorom nie ma ich tak wiele. Wolę zajmować się jedną rzeczą na raz. Teraz priorytetem na jesień i zimę jest dla mnie zamknięcie trylogii, bo chciałabym mieć gotowy trzeci tom w momencie, gdy drugi pojawi się na półkach. To daje pewien bufor bezpieczeństwa, że nikt nie będzie mnie jakoś straszliwie poganiał. Jak skończę to, zamierzam wrócić do cyklu opowiadań o Kasparze i Meele, ale tym razem chcę napisać o nich dłuższą, zamkniętą historię, więc to może być kolejna książka. Choć to nie oznacza, że zostanie wydana jako następna. Mam w zapasie na dysku jedno gotowe urban fantasy z wiedźmami i demonami. To tak na szybko, bo projektów w różnym stopniu kreacji i rozgrzebania mam jeszcze kilka.

J.R.: Czego mam ci życzyć na twojej dalszej pisarskiej drodze?

A.S.: Wzrostu czytelnictwa w kraju. (śmiech) A tak bardziej serio (bo nie do końca wierzę w te statystyki), to pisarzowi potrzebne są zdrowie, czas i spokój, by mógł rozwijać swoje pomysły i przelewać je na „papier”. Potem potrzeba mu dobrego, uczciwego wydawnictwa i wielu zadowolonych czytelników. I jak najmniej trolli, bo te też się trafiają. A jeszcze jakby sprzedaż była zadowalająca, to chyba byłby pełen pakiet szczęścia. I to chyba takie ogólne życzenia, jakie można składać dowolnemu autorowi, bo choć piszemy różnie, to potrzeby mamy praktycznie takie same.

J.R.: Wobec tego życzę ci tego wszystkiego z całego serca i dziękuję za rozmowę.

A.S.: Również dziękuję.

 

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Konkurs ze Słowodzicielką
Konkursy Fahrenheit Crew - 16 maja 2019

Konkurs! Do wygrania trzy egzemplarze powieści Anny Szumacher. Aby wygrać należy odpowiedzieć…

Ruszają „Łódzkie Warsztaty Literackie”
Aktualności MAT - 13 października 2017

Fundacja Atelier Improwizacji, odpowiedzialna m.in. za spotkania z cyklu Około literatury oraz konwent Aurora, rusza z nowym…

Polecamy wywiad z Martą Kisiel
Aktualności A.Mason - 17 października 2019

Polecamy wywiad z Martą Kisiel w ostatnim dodatku „Książki. Magazyn do czytania”…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!