ISSN: 2658-2740

Powieści będą krótsze… – wywiad z Rafałem Kosikiem

Zdjęcie: Mikołaj Starzyński

Łukasz Kucharczyk: Chciałbym Cię zapytać o „gettowość” fantastyki. Wiadomo, jak było kiedyś – gatunek ten był sekowany przez środowisko literatury „głównego nurtu”. Wydaje się, że aktualnie nawet na uczelniach fantastyka jest traktowana inaczej. Jak to z nią naprawdę jest? Biorąc pod uwagę choćby przyznawane nagrody literackie: czy można powiedzieć, że fantastyka z „getta” już wyszła?

Rafał Kosik: Nie sądzę, by fantastyka była kiedykolwiek w gettcie, choć oczywiście rozumiem, o co chodzi. Jeśli przejrzymy, co pisali wielcy recenzenci, o czym pisały najważniejsze gazety, rzeczywiście – fantastykę pomijano. Natomiast gdy spojrzy się na nakłady, to w przypadku fantastyki były one spore. Fantastyka lepiej się sprzedawała niż mainstream, pomijając klasyków i wyjątkowe bestsellery. W zasadzie nie dotyczyło to samej fantastyki, tylko literatury gatunkowej w ogóle, traktowanej jako mało ambitna, typowo rozrywkowa, która nic nie niesie ze sobą. Naturalnie jest w tym sporo racji. Jednak jakaś jej część, poza tym, że jest świetną rozrywką, niesie ze sobą coś więcej, stara się przekazać nam pewne ważne idee, prawdy uniwersalne. Idealne połączenie, tak to powinno wyglądać. Weźmy Radka Raka. Przyznający mu nagrodę Nike nie klasyfikowali najprawdopodobniej jego utworów jako fantastyki. Dopiero sam Rak po otrzymaniu nagrody zaczął promować ten gatunek, podkreślać, że to jednak fantastyka.

Jurorzy używali bodaj takich określeń jak klechda, baśń, gawęda…

Tak. No bo wiesz: „fantastyka” to prawie jakbyś „porno” powiedział. W niektórych środowiskach tak to najpewniej brzmi albo przynajmniej brzmiało jeszcze niedawno. Jako Powergraph wydawaliśmy i wydajemy książki na pograniczu fantastyki i mainstreamu, żeby zasypywać fosę dookoła tego mitycznego „getta”.

Istotnie, Powergraph ma wyjątkową tożsamość wydawniczą. Reprezentuje właśnie połączenie szeroko rozumianej fantastyki, włącznie z science fiction, i literatury pięknej. Nie lubię skądinąd odróżniania literatury pięknej od fantastyki, ale trzymając się ustaleń…

No właśnie, ja bym najchętniej tego nie rozdzielał. Każdy sobie wybiera książkę, jaka mu się spodoba. Wolę proponować ludziom rzeczy do przeczytania bez podawania gatunku. Niestety czytelnicy chcą znać gatunek i książki trzeba ustawiać na odpowiednich półkach w księgarni. Nawet w księgarniach internetowych zaczyna się wybieranie od określenia gatunku. Nie wiem, czy tak robią wszyscy, ale jakieś określenie ostatecznie trzeba wybrać. Na dwóch półkach ta sama książka stać nie może. Mieliśmy taki pomysł, by wydawać niektóre książki w dwóch wersjach okładkowych pod dwoma różnymi ISBN-ami i stawiać osobno. Ale szczerze… nie przeszłoby, to zbyt skomplikowane, zbyt drogie. No i ktoś by się pewnie wkurzył. Chyba wynika to m.in. z przyzwyczajeń czytelniczych: jeśli ktoś lubi czytać np. kryminały, może w ogóle nie wychylić nosa poza ten gatunek. Ja czytam głównie fantastykę i literaturę popularnonaukową, dlatego co jakiś czas na odtrutkę biorę książkę z całkowicie innej bajki, żeby zobaczyć coś innego, nie zamykać się. Myślałem, że coś takiego da się zrobić w skali wydawnictwa. Proponować czytelnikowi książki, abstrahując od gatunku, i żebyśmy nie wydawali pod profil czytelnika, tylko po prostu dobrą literaturę. Częściowo może się udaje.

Jak najbardziej. Dobrym przykładem jest Wit Szostak. Zaczynał przecież jako fantasta, a teraz w zasadzie pisze „literaturę piękną”. Mimo że jego czytelnicy to chyba przeważnie fani fantastyki.

Właściwie literatura piękna w jego wydaniu to też fantastyka. Jeśli piszesz historię nawiązującą do Minerwy – to jest fantastyka. Jego najnowsza powieść Szczelinami z treści może nie jest fantastyczna, ale forma fantastyczna jest jak najbardziej. Tylko przypomnę: Szczelinami Wita to powieść eksperymentalna o losie poetki, napisana wyłączenie „jej” wierszami. Czytamy sobie wiersze, a potem budujemy z nich jej historię.

Rzeczywiście. Wit Szostak przeszedł od fantastyki do eksperymentów formalnych. „Cudze słowa” to też był przecież eksperyment.

Jak najbardziej. Wit lubi eksperymentować. Chociaż to Sto dni bez słońca stało się jego najbardziej popularną powieścią, a jest w zasadzie satyrą na świat akademicki.

Tak, świetna camp novel.

On to napisał jako odskocznię. Okazało się, że wielu zachwycił. Trudno przewidzieć reakcje czytelników.

Skoro mamy okazję, to chciałbym jeszcze dopytać o Wita Szostaka. Nie wiem, czy to prawda: podobno bardzo nie chce wznawiać swych pierwszych powieści, szczególnie Ględźb Ropucha, które moim zdaniem były znaczącym i ciekawym eksperymentem, czymś wyrastającym formą poza fantastykę. Prowadzę konwersatorium o literaturze fantastycznej i studentom ciężko tę pozycję zdobyć.

<śmiech> To wynika chyba z tego, że jest w innym miejscu i może nie chce być kojarzony ze swymi wczesnymi dziełami. Ja również nie chciałbym wznawiać swych pierwszych produkcji. To całkiem zrozumiałe i uzasadnione.

Przechodząc od ogółu do szczegółu, czyli do ciebie. Problematyka naukowa. Czy łatwiej ją ująć w literaturze pisanej, powiedzmy dla dorosłych, czy np. w Felixie, Necie i Nice, gdzie musisz chyba uładzać tę problematykę?

W dzisiejszym świecie nie ma sensu pisać fantastyki jak np. Verne. Nie wiem, czy miał misję edukacyjną, ale czytając go, wygląda, jakby istotnie miał. Wszystko to przy okazji oczywiście, bo przecież pisał powieści przygodowe. Myślę, że dziś nie trzeba ludziom przedstawiać, jak działa technika. Wychodzę z podobnego założenia, nie chcę nikomu tłumaczyć działania komputera, tym bardziej że – podejrzewam – nie byłoby to łatwe. Wiemy, jaki jest efekt, ale nie musimy znać mechanizmu. Za to np. w przypadku teorii kwantowej, jeśli chciałbym jej użyć w powieści, to jednak rzeczywiście trzeba wytłumaczyć przynajmniej ogólnie, o co chodzi.

Jeśli chodzi o np. teorię światów równoległych, z pewnością trzeba tę teorię rozjaśniać.

Wytłumaczyłem to, ale bez jakiegoś zagłębiania się w specjalistyczne nauki. Ale tutaj też nie należy przesadzać, to nie książka popularnonaukowa, fizyka jest tłem dla opowiadanej historii.

Dopiero dzięki Tobie zacząłem pojmować rzecz od środka. Wcześniej próbowałem czytać książkę popularnonaukową Briana Greena o rzeczywistości kwantowej i – prawdę mówiąc – nic nie zrozumiałem.

Wiesz co? Teraz czytam Nowy umysł cesarza Penrose’a. Nie poleciłbym tej literatury komuś, kto chce się dowiedzieć m.in. o kwantowej naturze świadomości. Myślę, że dla zwykłego człowieka, który nie chce się specjalnie w to bawić, nic z tym robić w przyszłości, da się te tezy streścić na jednej kartce A4. Nie ma sensu zbyt szczegółowo tłumaczyć, tak jak Verne robił to z maszyną parową. Mógł to tłumaczyć na zdrowy rozum, tak, by każdy zrozumiał.  W przypadku jakiegokolwiek zagadnienia współczesnego raczej się nie da. Więc tym bardziej traktuję to pretekstowo. Jeśli już wykorzystuję jakiś motyw naukowy czy fizykę czysto teoretyczną – a w takiej fizyce nie ma przecież żadnego eksperymentu, który by jednoznacznie potwierdzał istnienie wielu światów alternatywnych itp. – robię to szczególnie właśnie w literaturze młodzieżowej, by pokazać, opisać niektóre zagadnienia czy teorie. Dobra baza do tworzenia fajnej opowieści. Jeśli ktoś się tym zainteresuje – wspaniale. Będzie siedzieć, szukać i to zgłębiać.

Tak. W końcu gatunek, który tworzysz, nawet gdyby się niektóre rzeczy rozwinęło, wymaga jakiegoś stopnia weryfikacji. Na przykład Pratchett mógł całą teorię zawrzeć w jednym zdaniu: jest wieloświat i kropka.

Strony: 1 2 3

Mogą Cię zainteresować

SkierCon 2022 – zaproszeni goście
Aktualności Fahrenheit Crew - 19 lipca 2022

Już za dwa tygodnie, w ostatni weekend lipca (29-31.07.2022 r.), odbędzie się…

Powergraph dla Allegro i Platige Image
Aktualności Fahrenheit Crew - 2 grudnia 2015

Allegro wspólnie z Platige Image i Fish Ladder przygotowało projekt Legendy polskie, na który składają się…

Rafał Kosik gościem XX edycji Pyrkonu
Aktualności Fahrenheit Crew - 8 marca 2020

Rafał Kosik jest pisarzem, publicystą, scenarzystą i wydawcą. Opublikował dwadzieścia siedem książek:…

Fahrenheit