Kłody pod nogi rzuca mi świat

Wywiady Fahrenheit Crew - 26 czerwca 2015
Michał Puszta-Ostroróg Kosmiczni (T)raperzy

Okładka książki „Kosmiczni (T)raperzy”
Autor: Michał Puszta-Ostroróg

Wywiad rzeka z Michałem Pusztą-Ostrorogiem, człowiekiem orkiestrą – pisarzem, recenzentem, publicystą, redaktorem i czytelnikiem w jednej osobie

 

Literaturoznawca: Ma Pan czas na czytanie?

 

Michał Puszta-Ostroróg: Jak najbardziej. Staram się dużo czytać, szczególnie nowości. Można powiedzieć, że pochłaniam wręcz książki. Prowadzę opiniotwórczy blog recenzencki, więc jest to niejako moim obowiązkiem. Pewnie nie wyrobiłbym się z czasem jako pisarz i recenzent, gdyby nie to, że na szczęście do oceny książki wystarczy przeczytać jej kilkanaście do kilkudziesięciu stron. Na podstawie takiej „próbki” można bez problemu napisać rzetelną recenzję.

 

Czy to nie jest trochę krzywdzące podejście?

 

Nie. Jeśli kilkanaście losowych stron jest złych, to małe jest prawdopodobieństwo, że całość będzie dobra. Pisarz albo umie pisać, albo nie. W dodatku czytelnik płaci za całą książkę, więc powinien otrzymać pełnowartościowy produkt, a nie mieszankę śmiecia i literatury. Nie chcę się chwalić, ale jestem odpowiednim człowiekiem do prowadzenia tego typu ocen, już w dzieciństwie wiedziałem, że posiadam zmysł krytyczny i rzadką umiejętność odróżniania ziarna od plew.

 

Pomińmy milczeniem kiepską literaturę, jaką swoją ulubioną książkę poleciłby Pan „w ciemno”?

 

To będzie polecanka prawie dosłownie „w ciemno”. Swego czasu ogromne wrażenie na mnie zrobiła gra „Sacred”. Znaleźć tam można doskonałą fabułę, a o jej sukcesie świadczyć może to, że pojawiły się już jej trzy części. Kupiłem sobie więc książkę powstałą na podstawie tej gry. Nie przeczytałem jej jeszcze w całości, bo zająłem się pisaniem. Wciągająca i pasjonująca historia.

 

Podobno swego czasu wysłał Pan swój rękopis do kilkunastu wydawnictw, odrzuciły Pana nawet niektóre wydawnictwa selfpublishingowe?

 

Stanowczo chciałbym zaprotestować, ktoś kiedyś puścił taką plotkę i ona teraz pokutuje! To mnie odrzuciło. Po którejś z kolei odmownej odpowiedzi przyjrzałem się tematowi. Okazało się, że selfpublishing to dla przeciętnego czytelnika (i selekcjonera tekstów w wydawnictwach) nieco zbyt wygórowany poziom. Pisarz zdany jest tam tylko na siebie, i na umyślne obniżenie wartości swojego dzieła nie pozwoli. W tradycyjnym wydawnictwie dzieła autorom trochę psują redaktorzy. Przyznaję, że ma to i swoje zalety, dzięki temu nowatorskie książki stają się bardziej przyswajalne dla przeciętnych młodych czytelników – niedouczonego pokolenia, które nie docenia wartości prawdziwej literatury. Dla nich język dzieła musi być jak najprostszy, jak to się mówi „przeźroczysty”, nie docenią żadnych nowatorskich eksperymentów, choćby najlepszych.

 

Skąd tak krytyczna opinia o młodym pokoleniu?

 

Własne doświadczenia. Od kilku lat jako redaktor aktywnie udzielam się w internecie, na różnych forach literackich, w warsztatach, itp. Młodzież nie dość, że nie zna języka ojczystego i popełnia najprostsze błędy, to w ogóle nie uznaje zabawy z tym tworzywem. Jestem od tych ludzi trochę bardziej świadomy, a nie raz i nie dwa spotkałem się z tzw. hejtem, kiedy wytknąłem błędy językowe i logiczne w ich postach. Okej, i mnie zdarzyło mi się kilka razy pomylić coś, ale przyjmowałem wtedy, jako człowiek kulturalny, zasadę milczenia i ignorowania, kiedy zwracano mi na to uwagę. Generalnie to mylę się rzadko, za to cały czas muszę prostować błędy i głupoty, jakie piszą inni. Nie muszę mieć zaawansowanej wiedzy na dany temat, sprawdzam sobie w Google. W ogóle to trochę dziwne, że pokolenie nastolatków nie potrafi korzystać z wyszukiwarki, natomiast pokolenie dorosłych i dojrzałych ludzi, takich jak ja dwudziestolatków, radzi sobie z tym całkiem nieźle. Natomiast najbardziej irytują mnie samozwańczy „recenzenci”, uważający, że skoro przeczytali kilka tysięcy książek, mają prawo porównywania współczesnych dzieł do klasyki. Kto teraz czyta tych wszystkich Sienkiewiczów albo innych im współczesnych, Homerów czy Szekspirów. Komu to potrzebne do szczęścia? Na pewno nie znawcom literatury.

 

Skoro o wyszukiwarkach mowa, czy uprawia Pan tzw. „risercz”, pisząc?

 

Nie. Staram się pisać o rzeczach, o których posiadam jakąś wiedzę. Jeśli pisząc, potrzebuję poszukiwań, to znaczy, że danego tematu nie powinienem w ogóle ruszać, ewentualnie zakreślić go tylko po tzw. „łebkach”. Ów „risercz” jest wymysłem pisarzy, którzy odwlekają wydanie swoich książek, albo próbują się przypodobać publice, jacy to oni są solidni. Mam nawet brzydkie podejrzenie, że te szczegóły historyczne (albo naukowe), jakie niektórzy z nich próbują przemycić w swoich tekstach, to tylko próba popisania się tzw. wiedzą. Jakby tego samego nie można było w każdej chwili wrzucić w wyszukiwarkę i znaleźć w Internecie. Smutne to, ale cóż, z braku prawdziwego talentu niektórzy imają się podobnych zagrywek, ja wiem jednak, że powiewu prawdziwej weny nic nie jest w stanie zastąpić.

 

Nie boi się Pan, że popełni błędy, które będą wytykać czytelnicy?

 

Czytelnicy zawsze w książce znajdą coś, co im nie będzie odpowiadało. A im bardziej taki czytelnik zazdrości doświadczonemu autorowi, tym częściej czepia się błahostek. Trudno też uniknąć błędów w kilkusetstronicowej epopei (taką jest np. moja książka). Przyznam się, że uciekłem się do pewnego fortelu, żeby uniknąć głupich wpadek. Dzielę swoją książkę na mniej więcej całościowe fragmenty i wysyłam do czasopism internetowych, tam, gdzie jest choćby szczątkowa redakcja i korekta. Nawet jeśli mój tekst trafi np. na taką „ZakuŻoną Planetę” w Fahrenheicie. Ja mam dzięki temu darmową redakcję, z której wybieram to, co mi odpowiada. Wpadłem na ten pomysł, czytając o praktykach wydawnictw, które dzielą na fragmenty książki zagranicznych autorów, a następnie te fragmenty dają potencjalnym tłumaczom jako próbki testowe. Przy kilku lub kilkunastu takich tłumaczach mają obrobioną całą książkę.

 

Co będzie, jeśli wydawcy zorientują się, że robił Pan coś takiego?

 

Nie zorientują się. Większość wydawców wymaga konspektów lub streszczeń i próbek tekstu. To trochę głupie, bo w konspekcie mogę napisać cokolwiek i nie musi to mieć żadnego związku z dziełem. Samo przedstawienie wydarzeń opisanych w książce nie jest w stanie przekazać tego, o co w niej chodzi, natomiast wyłożenie głównego konceptu również byłoby krzywdzące. Ponadto mało kto z selekcjonerów ma czas na czytanie tekstów w internecie.

 

Z tego co zauważyłem, sam tworzy Pan okładki swoich książek?

 

Oczywiście. Świętej pamięci Bozia obdarzyła mnie także talentem graficznym. Okładka mojej ostatniej powieści „Kosmiczni (T)raperzy” bardzo spodobała się mojej mamie i cioci. Może nie jest to ideał, ale przecież w literaturze liczy się treść, a nie okładka. Nie ma sensu płacić profesjonalnemu grafikowi, skoro na półce i tak widać tylko grzbiety książek

 

Wracając do twórczości literackiej, spotkaliśmy się z okazji niewydania pańskiej książki; jak Pan się z tym czuje?

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Antropomorficzna personifikacja
Recenzje fantastyczne MAT - 26 marca 2018

Nie od dzisiaj wiadomo, że dobry redaktor (chyba należałoby napisać: Redaktor) jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!