ISSN: 2658-2740

„Jeśli przytulam kogoś na powitanie, może być pewien, że to jest szczere” – wywiad z Martą Krajewską

Marta Krajewska, autorka książek fantastycznych dla dzieci i dorosłych, pasjonatka kultury wczesnosłowiańskiej, opowie o swoich projektach literackich, planach na przyszłość, a także o tym, jak zareagowała na wiadomość o pewnej nominacji. Zdradzi nam również, jak sobie radzi z izolacją i obecną sytuacją na świecie.

Jagna Rolska: Łatwiej pisze się dla dzieci, czy dla dorosłych?

Marta Krajewska: W pierwszej chwili pomyślałam, że mi się niczego nie pisze łatwo… Uwielbiam fazę wymyślania fabuły, lubię, gdy do głowy napływają mi obrazy i fragmenty scen, dialogów, opisów, a ja wtedy cieszę się jak dziecko, że napiszę coś takiego. Niestety, potem nadchodzi ten moment, kiedy trzeba usiąść i naprawdę wklepać tekst, znak po znaku, i to jest dość okropny etap. Kiedy piszę dla dzieci, muszę się trochę hamować w tej właśnie fazie, bo dzieci mają prawo nie łapać intertekstualności, męczyć się zbyt długimi zdaniami czy nudzić opisami bez akcji. Myślę jednak, że i takie elementy trzeba im serwować, tylko w możliwych do przyswojenia dawkach. Dla dorosłych piszę z większym rozmachem, ale też mam świadomość, że czytelnicy znają już mnóstwo schematów, trudniej ich zaskoczyć, a czasem wcale nawet nie chcą być zaskakiwani! Chcą przeczytać coś w schemacie, który znają i lubią, tak jak ja mogę oglądać milionowy film o potworach na statku kosmicznym albo komedię romantyczną o nastolatkach. Lubię to i nie chcę, żeby mi tam za wiele mieszano. Chcę dostać moje danie dobrze doprawione, smaczne, ale wciąż będące moim ulubionym daniem. Większość z nas wcale nie lubi, kiedy nasz ulubiony zespół wydaje nową płytę i jest ona inna niż poprzednie. Muzycy chcą się rozwijać, ale my chcemy słuchać więcej tego, co pokochaliśmy! Podobnie jest z książkami, a wiem, co mówię, bo choć głównie piszę fantastykę z motywami słowiańskimi, to przecież mam na koncie także serial dla młodzieży na Storytel, historię dla dzieciaków osadzoną w latach 90’, czy kilka opowiadań grozowych i komediowych w różnych antologiach. Ale za każdym razem, gdy wrzucam na fanpage informację o którymkolwiek z nich, przynajmniej jedna osoba zapyta pod tym postem o trzeci tom „Wilczej Doliny”. Odbiegłam bardzo daleko od odpowiedzi na pytanie, ale to pewnie dlatego, że nie umiem na nie odpowiedzieć, ha, ha! Już kiedyś mnie o to pytano i naprawdę nie wiem.

J. R.: Nie dość, że odbiegłaś, i to w ciekawą stronę, to jeszcze w zasadzie prawie odpowiedziałaś na kolejne pytanie. Bo tak się składa, że chciałam zapytać o Twój dorobek literacki. Ale może usystematyzujmy to i zacznijmy od debiutu. Opowiesz naszym czytelnikom, co i kiedy to było?

M. K.: Na początku 2014 roku ukazała się grozowa antologia „Toystories” i tam po raz pierwszy zobaczyłam swoje opowiadanie w druku. Jednakże w październiku tego samego roku „Nowa Fantastyka” opublikowała „Daję życie, biorę śmierć” i wiele osób, a także portali, uznaje ten tekst za mój debiut. To opowiadanie było zresztą nominowane do nagrody im. Janusza A. Zajdla, a do tego jest osadzone w realiach inspirowanych wczesną słowiańszczyzną, więc jest z pewnością bardziej znane i bardziej charakterystyczne dla stylu, którym się posługuję. Mam jednak ogromny sentyment do „Toystories” i dlatego najczęściej mówię, że w 2014 roku debiutowałam dwukrotnie – w grozie i w fantastyce.

J. R.: Jesteś pasjonatką wierzeń i kultury wczesnych Słowian. Ma to zdecydowany wpływ na Twoją twórczość. Od czego się zaczęło? Pasja sprawiła, że postanowiłaś przelać wiedzę na papier, czy może odwrotnie – poszukiwanie tematów do książek przeistoczyło się w pasję?

M.K.: Jestem z tych, co to piszą od dziecka, więc bezsprzecznie to pisanie było pierwsze. Kiedy zaczęłam pisać „Idź i czekaj mrozów”, historia rozgrywała się po prostu w klasycznym fantastycznym quasi-średniowieczu ale tak się stało, że właśnie w tym czasie, po odwiedzeniu turnieju w Dębnie, zafascynowałam się „wcześniakami”. Potem przyszła naturalna myśl, żeby świat Wilczej Doliny w tej średniowieczności dookreślić. Tak też zrobiłam i kosztowało mnie to ogromnie dużo nauki i wysiłku oraz znacznie spowolniło pracę nad powieścią, natomiast gdy już to wszystko dopięłam, usłyszałam od jednego z wydawców, że motywy słowiańskie to taka nisza w niszy, że nie zdecydują się na wydanie, bo target nie istnieje. Cóż, minęło pięć lat i Słowianie z wolna zaczęli się wdzierać do popkultury, a wtedy moja książka była wreszcie odpowiednio mało niszowa. Teraz słowiańskość staje się wręcz modna, mamy słowiańską gimnastykę, runy, spisek w postaci ukrywania Wielkiej Lechii… Czekam na słowiański popcorn i trochę się boję, żeby za kolejne pięć lat ta tematyka nie stała się obciachową.

J. R.: Można więc śmiało powiedzieć, że wyprzedziłaś obecny trend i masz parę lat przewagi w dogłębnych studiach tematycznych. Czy w toku pracy badawczej odkryłaś coś, co szczególnie Cię zdziwiło lub zafascynowało?

M.K.: Praca badawcza brzmi bardzo miło, ale z tego, co pamiętam, to było (i jest) po prostu rycie nosem w książkach, napisanych przez Mądrych Ludzi. W ciągu tych ponad dziesięciu lat trafiałam na tematy, które zaskakiwały. Kiedy jeszcze prężnie działało forum Freha, pamiętam wątki z zażartymi kłótniami o to, czy możliwy był krótki rękaw w kobiecej sukience. Do dziś problemem jest kwestia kobiecej bielizny, tego, czy i co kobiety nosiły pod giezłami. W ciągu tych lat naprawdę dużo się zmieniło – podejście do rekonstrukcji historycznej (zarówno wśród odtwórców, jak i widzów), uznano pewne dogmaty, inne obalono, badania nad kulturą naszych przodków poszły do przodu, rozwinęło się wiele gałęzi rzemieślnictwa-rękodzieła, które jest swego rodzaju archeologią doświadczalną i testuje, co z tego, co wiemy i co nam się zdroworozsądkowo wydawało, naprawdę sprawdza się w praktyce. Moda na Słowian umożliwia rozwój tej branży, a nawet takim osobom, jak ja, ale też stanowi pewnie niebezpieczeństwo, bo w zalewie publikacji coraz trudniej rozeznać się, co jest nauką, a co chciejstwem i mrzonką – co jest, jak to się mówi, „turbo”. Zanim kupię książkę, prześwietlam autora i zdaję sobie sprawę, że ludziom, którzy czują głód wiedzy i łapią pierwsze rzeczy, które podpowie Google, albo które wepchnie im w dłonie marketing wydawniczy, bardzo łatwo jest się pomylić i zacząć sobie wyrabiać trochę fantastyczną wizję naszej historii.

J.R.: Miałam już przejść z pytaniami dalej, ale kwestia krótkich rękawów w przyodziewku słowiańskiej kobiety zdecydowanie mnie zelektryzowała i osadziła w miejscu. I tak się zastanawiam: jak w zasadzie nosiły się nasze pra-Polki?

M.K.: Wciąż nie mamy znalezisk z naszych obecnych terenów, stąd pojawiają się dyskusje nad pewnymi elementami stroju. Generalnie zakładamy, że za bieliznę służyło giezło, czyli lniana sukienka spodnia, na którą zakładano wierzchnią – również z lnu, lub, w zimniejszych miesiącach, wełnianą. Stroje obszywano na krajach tkanymi pasami, które jednocześnie chroniły brzegi stroju, ale też pełniły funkcję ozdobną. Od tego, że obszywano nimi kraje odzieży, wzięła się nazwa tych pasów – krajki. Krajki służyły również jako paski do sukien, a za nie zatykano prostokątne zapaski, czyli takie jakby fartuszki. Fartuchy na szelkach uważa się za wikińskie, nie słowiańskie. Podobnie jest z płaszczami, te z półkola uważa się za wikińskie, a nasze są prostokątne. Jednak to są niuanse. Jeśli mówimy o stroju kobiecym, to oczywiście była i biżuteria, wisiorki, ale i charakterystyczne dla naszych prababek kabłączki skroniowe, którymi przyozdabiano krajkę podtrzymującą biały zawój na głowie. Kiedy kobieta stawała się mężatką, nie chodziła już z gołą głową, tylko w takim właśnie zawoju, ale zauważam, że do tego elementu rekonstruktorki podchodzą dość dowolnie. A może tylko mi się zdaje. U siebie, w „Dolinie”, wprowadziłam dowolność noszenia zawoju, ale ja piszę fantastykę, która jest inspirowana historią. Nie jest to uniwersum historyczne. Wciąż czekam na jakieś tekstylne odkrycie na terenach Polski.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Copernicon 2019 – relacja
Felietony Gabrysia Rolska - 23 września 2019

Dziesiąta edycja Coperniconu już za nami. Uczestnicy konwentu jak zwykle dopisali, w efekcie…

[RECENZJA] „Openminder t. 1” Magdalena Świerczek-Gryboś

Magdalena Świerczek-Gryboś stworzyła swój dystopijny świat w najdrobniejszych technicznych szczegółach, nie zapominając…

Jagna Rolska „SeeIT”
Patronaty F-ta Jagna Rolska - 10 stycznia 2019

Rok 2117. Ziemia to tykająca bomba, która niedługo ulegnie zniszczeniu. Ludzkość musi opuścić planetę…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!