Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

− A ty skąd wiesz?

− Nasz oficer mi powiedział.

− Psiarz? Oficer?! – krzyknął Zgrab i już chciał dodać: bądź, chłopie, poważny, to koleś, który wrzucił swoją żonę do piwnicy, ale nie było potrzeby, by mu cokolwiek tłumaczyć. – Służby muszą działać według danych z góry przepisów – powiedział w zamian.

− Każdemu z nas kogoś zabraliście, ileż to można wytrzymywać! – krzyknął Olbrzym, tym razem z lekko uniesioną głową. – To nie byli martwi ludzie. To wy tak wszystkim wmawiacie, tobie tak wmówiono, a ty powtarzasz. Dobrze wiesz, że oni żyją. Chcesz dowód? Mogę ci pokazać zdjęcia z instytutu, chorzy od dwóch lat stoją, potrafią utrzymać 5 kilowy odważnik, po lekach czasem mówią. Ty jesteś głupie bydle, nauczyłeś się tak żyć i nie potrafiłbyś inaczej. Jakby ci Michałowski powiedział, żebyś sobie odciął kutasa, to byś nie mrugnął, nie chcesz poznać prawdy, zrozumieć, zerknąć dalej, niż sięgają lasy bomanowskie i te stare kurhany, w których przesiadujesz razem z innymi menelami. I nie sprzedawaj mi teraz tej samej historyjki, co każdemu, że tak musi być, że wznosisz się ponad własny egoizm, że brata oddałeś do schroniska, bo ja wiem, że to gówno prawda z tym bratem i egoizmem, więc jak chcesz mnie zatłuc, to śmiało, ale wy i tak już przegraliście. Nas na wschodzie jest jak kot napłakał, ale to idzie od zachodu, rozumiesz. W Berlinie pracują dobrzy ludzie, jak nasz oficer, i oni chcą znaleźć lek, i w końcu znajdą, a wtedy, jak to stanie na nogi, to my was postawimy przed sądem i zrobimy z wami to, co Warszawa teraz każe, wykopiemy dół i was tam, skurwysyny, zasypiemy wapnem na żywca.

Zgrab kopnął Olbrzyma w nogę, by przestał mówić. Ten zakwilił i napiął mięśnie.

− Gdzie jest psiarz?

− Nie wiem, nikomu nie mówi, gdzie przebywa.

Zgrab kopnął go jeszcze kilka razy w kolano i przypalił papierosem, a gdy już znał odpowiedź, ciachnął mu nożem gardło. Podobnie jak szaremu bocianowi, podobnie nie rozumiejąc.

W jeepie zapalił skręta i ulżył sobie ręką. Teraz leżał w ciszy i zastanawiał się, czy pojechać do Michałowskiego, czy od razu poszukać ziemianki oficera insurgentów Marka jakiegoś tam, czyli psiarza. Wielki Las za Dołami był, zgodnie z nazwą, długi i szeroki, a instrukcje Olbrzyma, mimo przypalania papierosem i naciskania zgruchotanego kolana, były niedokładne, i nawet Zgrabowi, który dobrze znał te ziemie, nie pozwoliły ułożyć w głowie szczegółowej marszruty. Ostatecznie historię z Michałem Zgrab opowiedział Michałowskiemu przez radio. Wójt odpowiedział oszczędnie, żeby zająć się marszczkami odłowionymi w młynie, a później „się pomyśli, się zobaczy”.

Hycel zajechał pod stary market ze zszarzałą biedronką w szyldzie, wysiadł z samochodu i ruszył do wejścia. Regał, którym je zastawił, był na kilkanaście centymetrów odsunięty. Zgrab przecisnął się przez szczelinę, w środku jednego brakowało, tego najżywszego, tego z widocznymi mięśniami pod szarą skórą i żyłami na skroni. Hycel pośpiesznie sprawdził resztę sklepu, wyszedł na zewnątrz, okrążył budynek, rozejrzał się po okolicy, ale po marszczku nie było śladu. Wyciągnął więc nóż i przez gardła wygnał resztki życia z pozostałych. Długo myślał, co zrobić z ciałami, a gdy nic sensownego nie przyszło mu do głowy, uznał, że na razie zostawi je w markecie. Wyszedł ze sklepu, jeszcze raz się rozejrzał, a gdy nikogo nie zobaczył, wsiadł do jeepa ze spękaną szybą.

Zaczynało świtać, ale Zgrab nie czuł senności. Narastał za to ból w lewym ramieniu, zranionym podczas ostatniej akcji w Dołach. Był wtorek i kwitł dzień – szary, brzydki, listopadowy, ale jednak dzień – więc wzdłuż gminnej drogi, prowadzącej do węższej szosy, która z kolei prowadziła do Dołów, mieszkańcy gminy rozstawiali na poboczu stragany.        W naszych czasach handluje się wszystkim: meblami, zapałkami i starymi monetami (na przetopienie) za wszystko: mąkę, meble, zapałki i monety. Zgrab przypomniał sobie, jak sam się czasem wystawiał. Rok temu stary i spowolniony od rdzy nóż sprężynowy sprzedał za 20 kilo ziemniaków, a krzesło za przeterminowaną o rok paczkę krakersów. Były miękkie i smaczne, Zgrab drugi raz w życiu jadł wtedy krakersy.

Gdy minął przydrożne targowisko i skręcił w prawo, wjeżdżając na wąską drogę, prowadzącą do Dołów, w oddali, jakieś pół kilometra przed budynkami dawnej ubojni trzody, zobaczył wolno kroczącą postać. Od razu rozpoznał w niej silnego marszczka, który jakimś cudem odsunął regał i wyszedł z marketu. Szarak, kompletnie nagi, garbiąc się i potykając, szedł powoli, na wskroś, poprzez pola, w stronę południowej ściany Wielkiego Lasu.

Hycel zostawił samochód na poboczu i ruszył za marszczkiem na piechotę, ciągle zastanawiając się, jak to możliwe, że chory jest w stanie iść tak długo, że może w ogóle chodzić, że sam odsunął regał. Jak to możliwe, że rozumiał, co się z nim stanie. Marszczek minął miedzę i wszedł na zarośnięty ugór, Zgrab truchtał za nim powoli, podnosząc przy tym wysoko nogi. Ciekawy, gdzie chory podąża, nie próbował go dogonić, trzymał się bezpiecznej odległości kilku metrów. Marszczek minął pierwsze drzewa, następnie przedarł się przez ścianę krzewów i gałęzi, raniąc przy tym swoją cienką skórę. Hycel z zainteresowaniem obserwował, jak ofiara prze naprzód, bez namysłu, nie okrążając przeszkód, a taranując je nagim ciałem, potykając się jedynie co kilka kroków. Gałęzie i gałązki uginały się i biły, a chory przystanął zaledwie kilka razy, w miejscach, gdzie las stawiał największy opór. Był słaby, ale miał w sobie niepojętą siłę przerażonego zwierzęcia.

Docierali już do najciemniejszej części lasu, i choć był listopad, więc drzewa były gołe, tutaj, pod dachem gałęzi i między ścianami krzewów, nadal panował półmrok. Zgrab zgiął się w pół i zaczął kasłać, pokłady słonej flegmy z wnętrza ciała wskakiwały na język i razem ze śliną wyciekały przez usta. Po plecach przeszedł mu zimny, grypowy dreszcz. Gdy się wyprostował, analizowanie chwili nie poszło mu tak, jak powinno.

Psiarz Marek z karabinem myśliwskim w dłoniach stał oparty o drzewo. Dwa wilczury, jeden popielaty, drugi ciemnobrązowy, siedziały nieruchomo obok niego, bacznie wpatrując się w Zgraba. Z języków kapała im rzadka, przezroczysta ślina. Popielaty warknął.

– Spokój – powiedział jego pan i podrapał go za uchem.

Zgrab zauważył, że za drzewem, o które opierał się psiarz, znajdowało się przykryte drewnianymi deskami wejście do jego ziemianki. Kilka metrów dalej stał skulony marszczek i wpatrywał się w hycla niemrugającymi, ciągle żywymi oczami. Zgrab ostrożnie sięgnął do kieszeni i wymacał uchwyt pistoletu. W tym samym momencie rzucił się na niego popielaty. Hycel poczuł, jak szczęki psa zaciskają się na jego rękach, puszczają i znowu się zaciskają, dziurawiąc skórę. Po chwili obaj – pies i człowiek – wywrócili się i boleśnie uderzyli o ziemię. Zgrab nie potrafił między jednym a drugim ugryzieniem wydobyć z kieszeni pistoletu, walka ze zwierzęciem trwała kilkadziesiąt sekund. W pewnym momencie psiarz gwizdnął i pies momentalnie odskoczył, a gdy hycel otworzył oczy, zobaczył przed swoją twarzą otwór lufy.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!