Karen Miller „Skażona magia” – fragment

Rozdział I

Czasami – zbyt często – Barl miała wrażenie, że tykanie zegarów doprowadzi ją do szału.

Oczywiście nie tykały, gdy je konstruowała. A kiedy już były gotowe, tykały tylko na tyle długo, by udowodnić, że działają idealnie, i ani chwili dłużej. Potem pieczętowano je pomiędzy jednym tyknięciem a drugim i milczały, dopóki nie trafiły do nowego właściciela, a wówczas zamożny klient pracowni mógł z namaszczeniem wprawić w ruch mechanizm swojego obrzydliwie kosztownego zakupu.

Mimo wszystko wciąż słyszała ten przeklęty odgłos.

A może słyszę, jak odmierzają czas, który mi pozostał, jak przemijam i popadam w zapomnienie, w ostateczną, dźwięczącą ciszę.

Przed Barl, na solidnym stole, który był dla niej niemal całym światem, leżał niedokończony mechanizm. Tym razem konstruowała zegar podróżny dla lorda Artura Trainta z Dystryktu Jedenastego, inspektora do spraw magów. W wieku zaledwie dwudziestu dwóch lat była najmłodszym, najmniej doświadczonym magiem zegarmistrzem w tej pracowni. Zdaniem osób, które uważały się za lepsze od niej, powinna pokornie przyjąć do wiadomości, że została doceniona i spotkał ją zaszczyt.

Tymczasem czuła się urażona.

W krecich wąsach lorda Trainta było więcej artyzmu niż w całym jego próżnym ciele. Gdyby tylko ktoś pomógł mu stworzyć coś ambitniejszego. Gdyby tylko ktoś jej posłuchał, kiedy wyliczała niewykorzystane możliwości w banalnym projekcie inspektora. Ale przecież był wielkim lordem, jednym z ważniejszych członków siedemdziesięciu Rodzin Założycielskich, musiała zatem przełknąć jego brak gustu i przebojowości, ukorzyć się przed jego zwiędłą wyobraźnią, musiała…

– Barl Lindin! Pracujesz czy się wałkonisz?

Miała ochotę odpowiedzieć: „jedno i drugie”. Mistrz Arndel, właściciel pracowni, pedantycznie przestrzegał jednak zasad etykiety i uprzykrzał życie każdemu próżnującemu magowi. Powściągnęła zniecierp­liwienie, przez które tylko narobiłaby sobie kłopotu, i spojrzała na kościstą twarz człowieka pochylającego się nad stołem.

– Mistrzu, zastanawiam się, czy moglibyśmy wrócić do dyskusji na temat projektu zegarka lorda Trainta. Może gdybyśmy…

– Wrócić? – Arndel z niezadowoleniem uniósł wydatną brew. – Magu Lindin, jeżeli jeszcze raz poruszysz tę kwestię, wrócimy do dyskusji na temat tego, czy rzeczywiście nadajesz się do tego zadania. Naszym obowiązkiem jest spełnienie oczekiwań klienta, a nie własnych zachcianek.

– Przepraszam – odparła ozięble. – Sądziłam, że mamy celować ponad te oczekiwania. Skoro można wskazać klientowi lepszy sposób…

– Lepszy? – Arndel uniósł krzaczaste brwi. – Według czyjego osądu, magu Lindin? Sugerujesz, bym przedłożył twoje zdanie ponad osąd lorda Trainta?

Skoro jego lordowska mość nie ma zdania? To tak, oczywiście. Ale tego nie mogła powiedzieć. A przynajmniej nie wprost.

– Sądziłam po prostu, że…

Arndel zmrużył mętnozielone oczy.

– Magu Lindin, jak już mówiłem, nie wystarczy smykałka do magicznych przedmiotów, by mag mógł konstruować zegarki w mojej pracowni. Odnoszę jednak wrażenie, iż moje słowa padają na jałowy grunt.

Barl poczuła rumieniec wypływający na policzki, wiedziała bowiem aż za dobrze, jak inni magowie cieszyli się, gdy mistrz okazywał jej niezadowolenie. Każda nagana od flegmatycznego Arndela była niczym podarek rzucony współpracownikom, którzy oburzali się z powodu tego, kim była: najlepszym magiem, jakiego w życiu widzieli.

– Nie, mistrzu Arndel – powiedziała i opuściła wzrok, by nie widział rozgoryczenia płonącego w jej oczach. – Doskonale je rozumiem.

– Czyżby? – głos Arndela był przesiąknięty sceptycyzmem. – W takim razie najwyższa pora, by to udowodnić. – Uniósł palec w surowy, ostrzegawczy sposób. – Magu Lindin, przyznaję, że jesteś młodą osobą obdarzoną pewnym talentem, lecz nie mądrością czy rozumem, dzięki którym mógłbym pozwolić ci na ignorowanie życzeń stałego klienta. Nakazuję ci sporządzić zegarek zgodnie z wyobrażeniami lorda ­Trainta. Czyżby brakowało ci umiejętności do wypełnienia tego zadania?

Nie, ty głupi nudziarzu, moje umiejętności się tu marnują!

Miała ochotę wykrzyczeć te słowa tak głośno, żeby zerwać dach pracowni. Gdyby jednak krzyknęła, w nagrodę zostałaby stąd wyrzucona. Nie może tego zrobić Remmiemu. Choćby nie wiem jak ograniczona się tu czuła, zbyt wiele dla niej poświęcił, by mogła porzucić tę pracę.

– Magu Lindin? – Arndel wypowiedział jej nazwisko znienacka, jakby huknął pięścią w stół. – Jesteś tu ze mną?

Przez chwilę patrzyła na projekt banalnego zegarka lorda ­Trainta, starając się przybrać minę i ton głosu wyrażające służalcze posłuszeństwo. A później z powrotem podniosła wzrok.

– Przepraszam, mistrzu. Chciałam tylko zaskoczyć lorda Trainta jakimś zachwycającym drobiazgiem.

Gdy Arndel jeszcze mocniej zmarszczył czoło, od strony stojącego obok stołu roboczego rozległo się ciche parsknięcie Ibbithy Rannis.

– Magu Lindin, musisz utemperować niefortunną skłonność do ekstrawagancji. Przedwcześnie rozwinięty mag to mag niebezpieczny. Rozważ moje słowa, zamiast na własną rękę wprowadzać zmiany w zamówieniu klienta.

– Tak, mistrzu – powiedziała, po raz kolejny spuszczając wzrok. Płonęła w niej taka złość, że gdyby chciała, zdołałaby chyba podpalić tego głupca. I miałby za swoje, ale…

Pogódź się z tym, Barl. Musisz się z tym pogodzić.

Arndel kiwnął głową, nie do końca przekonany co do tej potulności. Któryś z magów uniósł dłoń, prosząc go o pomoc. Mistrz rzucił jej ostatnie, krytyczne spojrzenie i odpowiedział na wezwanie, ona zaś została ze swoją wściekłością, starannie ułożonymi na stole elementami i krystaliczną tarczą prozaicznego zegarka, który była zmuszona dokończyć. Lecz świadomość tego, jak mógł i jak powinien wyglądać, wciąż dźwięczała w jej krwi.

Traint to idiota. Arndel zresztą też.

Skoro mistrz był zajęty, Ibbitha przysunęła się na swojej ławie na tyle blisko, by Barl usłyszała jej szept.

– Serio, Barl? Nigdy się nie nauczysz, co?

Oprócz Remmiego tylko z Ibbithą była związana na tyle, by mogła nazwać ją przyjaciółką. Koleżanka po fachu była w miarę utalentowana, choć jej wyobraźni czy ambicji brakowało dynamizmu, a w dodatku była więźniem konwenansów i nie śmiała kwestionować żadnych zasad ani ograniczeń nakładanych przez dorańską Radę Magów, Gildię Rzemieślników czy mistrza Arndela. Jak jakaś matrona. Właśnie taka była Ibbitha. Przyjaciółką z przypadku, nie od serca.

Barl nigdy nie miała szczęścia do przyjaźni.

Zaryzykowała i spojrzała na dziewczynę ukradkiem, mimo obaw przed gniewem pracodawcy.

– Co za bzdura – odpowiedziała szeptem. – Codziennie się uczę.

– Ale czego? – rzekła Ibbitha. – Musisz…

Przeszywające spojrzenia gorliwie pracujących wokoło magów zabiły w Ibbicie zapał do prawienia morałów. Barl wcale nad tym nie ubolewała. Wróciła do pracy, choć właściwie w ogóle nie musiała się zastanawiać nad poszczególnymi zaklęciami i kontrpieczęciami, i dalej konstruowała żałosny zegarek lorda Trainta.

Nudzi mi się. Tak bardzo mi się nudzi. Zasługuję na coś więcej.

Kiedy pracownia opustoszała w czasie przerwy obiadowej, a przyjaciółki siedziały razem na stojącej w słońcu kamiennej ławie, w Ibbicie odżyły zapędy do prawienia kazań.

– Musisz być ostrożniejsza, Barl – powiedziała, muskając usta serwetką. – I nie możesz być zachłanna. Mnie dopiero po niemal dwóch latach pozwolono konstruować zegarki na zamówienie. A tobie? Dostąpiłaś tego zaszczytu zaledwie po siedmiu miesiącach! Nie zadowala cię to?

Polerując śliwkę o zieloną lnianą spódnicę, Barl powiodła wzrokiem po pozostałych magach w ogrodzie, po pudełku z jedzeniem, które stało obok niej na ławce.

Ściągnij tekst: