Jakub Duszak „Obietnica”

Opowiadania Cintryjka - 7 września 2015

– Czy cokolwiek, co ten skurwysyn mógł wyzionąć. Poważnie go poharatałeś. – Mina Van Crafta wyrażała uznanie. – No, ale niczego z niego nie wyciągnęliśmy.

– Powiedz nam, Sebo, co o tym wszystkim sądzisz? – Kościelny po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Smarta. Ten, z kamienną twarzą, zastanowił się przez chwilę i powiedział:

– To rzecz do gruntownego przemyślenia. W chwili obecnej nie jestem w stanie określić swojego stanowiska. Ale ty i Dirk zapominacie o jednym. Wygraliśmy dzięki sprytowi i znajomości Trzeciej. Zaskoczyli nas, ale atut walki na własnym terenie okazał się zbawienny. Potrafiliśmy to wykorzystać. Jednak myślę, że nie dalibyśmy rady nawet połowie sił, z którymi mieliśmy do czynienia, gdyby to oni byli u siebie.

Ostatnie słowa zawisły ciężko nad stołem, wypełniając umysły zebranych frustrującą świadomością. Tak. Niestety. Nie ulegało wątpliwości, że to wróg ma większe pojęcie o Ziemi, o Matce, do której tak usilnie starali się powrócić. O domu, który równie dobrze mógł teraz skwierczeć niczym smolna szczapa w rozbuchanym ognisku.

– Chciałbym odpocząć – przerwał ciszę Smart – tak naprawdę.

– Idź więc – zezwolił Drayfuss po krótkiej chwili – odpocznij.

– Pomyślimy o czymś wyjątkowym dla ciebie – dodał, gdy Sebo był już przy drzwiach. – Jakaś promocja, odznaczenie. Jesteś teraz naszym bohaterem. Kimś, kto w przyszłości może stać się symbolem wolności czy zwycięstwa, jak ci bohaterowie… rodem z ziemskich opowieści.

Sebo chciał rzucić przez ramię jakieś puste podziękowanie, ale skinął tylko głową i wyszedł. Niewiele go to wszystko obchodziło.

5.

Daleko w dole fale akwamarynowych wód morza północnego rozbijały się o kamienne stopy klifu. Na przejrzystym niebie wisiało osamotnione blade słońce.

Był bardzo podekscytowany. Horyzont kusił wyobraźnię, wypełniał ją słodkością tajemnic i możliwości, a jego ojciec, Kraken, który miał niedługo wypłynąć na spotkanie tych wszystkich marzeń, stawał się dla chłopca obiektem coraz większej dziecięcej fascynacji.

– Sebo! – Usłyszał za plecami. – Chodź! Wracamy!

Poderwał się na nogi i pobiegł do czekających rodziców.

Zielone oczy mamy szkliły się od łez. Sebo wiedział, że to normalne u kobiet. One takie są, przesadzają. Nie rozumiał tego. Przecież tata wróci, zawsze wracał, a mimo to mama zawsze płakała.

– Tak daleko jeszcze nie płynąłeś – powiedziała. – Długo cię nie będzie.

Sebo przypomniał sobie mapę oceanu, rozłożoną w domu, z zaznaczonymi na niej współrzędnymi, wykraczającymi daleko poza granicę poznanych wód.

– Czemu? – zapytała matka, zupełnie bez sensu. Przecież doskonale wiedziała, czemu. Wszyscy to wiedzieli. On też. Tata wszystko mu wyjaśnił.

– Wysłano nas tu, synku, w jakimś celu – mówił. – Zostaliśmy odcięci, ale nadal mamy obowiązki. Jednym z najważniejszych jest poznanie tej planety. Oswojenie jej, w miarę możliwości. Tak jak kiedyś zrobiliśmy to z Ziemią. I kiedy znów nawiążemy kontakt, nie staniemy przed naszymi braćmi z pustymi rękoma.

– A może Bóg chce, żebyśmy tu zostali? Może to jest teraz nasz dom?

Widywał już u ojca tę ironiczną minę, jednak wtedy nie wiedział nawet, czym jest ironia.

– Bóg na pewno chce, żeby człowiek miał cel. Znał sens. Próby powrotu taki sens naszemu istnieniu nadają. I nie tylko, jak już ci powiedziałem.

– Wczoraj na spotkaniu ojciec Alfred mówił, że nie powinniśmy się tym przejmować, bo po śmierci pójdziemy do nieba. Tak jak ludzie na Pierwszej Ziemi i na Drugiej też, że wszyscy idą do tego samego nieba… hmm… mówił, że powinniśmy się cieszyć, że Bóg dał nam tę ziemię, tak jak dał nam Pierwszą.

– Oczywiście, że powinniśmy. Powinniśmy cieszyć się z tego, że żyjemy i że mamy gdzie żyć. To prawda.

Sebo miał ochotę zapytać o coś jeszcze, ale obawiał się, że ojciec poczyta to za słabość. Bardzo by tego nie chciał. W końcu to jedna z rzeczy, które chłopiec w jego wieku powinien wiedzieć, a już na pewno syn Krakena. Przed chwilą, w myślach, skrytykował mamę. Teraz, na własnej skórze, przekonał się, że to wcale nie jest takie proste. Po dłuższym namyśle postanowił spróbować.

– Tato? A co jeśli spotkacie tam krakena? Albo coś innego?

– Spokojnie, synku – łagodny ton ojca momentalnie ukoił obawy – na razie spotkano tylko dwa. I obydwa udało się nam zabić. Na trzeciego nasze statki są przygotowane. A nawet na wszelkie inne niespodzianki.

Sebo bardzo chciałby zobaczyć kiedyś to zwierzę, od którego wziął nazwę morski klan taty. Potwory nazwano krakenami, ponieważ przypominały wyglądem inne, zamieszkujące niegdyś Pierwszą Ziemię, chociaż niedawno, w szkole, dowiedział się, że to były tylko bajki.

6.

Wszystko to były tylko bajki.

Do tej pory myślał, że jest twardy. Żył w tym przekonaniu i zdawało się, że wszyscy wokół niego też. Przypominał ojca, odziedziczył po nim pewność siebie i zdolności przywódcze, był doskonałym żołnierzem, a także autorytatywnym przełożonym. Wielu widziało w nim przyszłego przywódcę Kolonii. Jednak wydarzenia ostatnich miesięcy to nie było już to samo. Nie to samo, co utrzymywanie dyscypliny wśród podkomendnych. Nie to samo, co walka z bezmózgimi potworami morskimi, czy niepojętymi do tej pory eterycznymi zjawami, żywiącymi się ludzką siłą i energią. Bajki. Wątpliwej wartości historyjki o jakimś lepszym, bezpieczniejszym świecie. Słodkie kłamstwa, będące odskocznią od rzeczywistości.

A rzeczywistość śmierdziała stosem trupów.

Nie wiedział, co ma robić. Nawiedzały go setki chaotycznych myśli. Toczył wewnętrzną walkę: chciał skoczyć przez Bramę w pełnym uzbrojeniu, by wymierzyć desperacką sprawiedliwość; chciał ją wysadzić; pobiec pomagać rannym, wszystkim, którym jego pomoc mogłaby być potrzebna; odjechać, gdzieś daleko, by nigdy nie wrócić; a momentami nawet… chciał zgasnąć.

Szedł tak przed siebie, rozmyślając. Opuścił Nowy Amsterdam wcześnie rano. Prawie cały poranek spędził na szczycie klifu, gdzie wspominał dawne czasy, kiedy jego świat jeszcze istniał. Teraz oddalał się również od niego, podążając w głąb lądu, przez wysokie trawy, ku silnie kuszącym, przewrotnym – jak w głębi duszy zdawał sobie sprawę – objęciom alienacji. Na wprost puszcza czekała na niego z cierpliwością nieosiągalną dla człowieka. Wśród ograniczonego do minimum sprzętu, jaki zabrał ze sobą, znajdował się ciążący na plecach karabinek plazmowy. Problem Zjaw zdawał się już nie istnieć, jednak on wolał być przygotowany.

Trawy i coraz bliższa puszcza pod dyrekcją ciepłego, letniego wiatru grały kojącą symfonię. Lecz nagle do tej kompozycji wdarł się inny dźwięk – klakson!

Jakieś pół kilometra od niego sunął cicho pełzacz. Wyglądało na to, że Rada nie ma zamiaru pozostawić go samopas. Pojazd zbliżył się na tyle, by Smart mógł rozpoznać kierowcę.

Laundi.

Przygotował już pytające spojrzenie, którym chciał przywitać porucznika, jednak musiał odwrócić wzrok, gdy oślepiło go światło, odbite od płyty baterii słonecznej, zamontowanej z tyłu sześciokołowego pojazdu w kształcie czopu.

– Pułkowniku! Nie bolą pana nogi? – krzyknął porucznik.

Smart przybrał srogą minę.

– Jak brzmią te rozkazy? – zapytał, gdy porucznik wydostał się z pojazdu.

– Rozkazy – powtórzył Laundi. – Rozkazy brzmią, a może raczej, mogą zabrzmieć, różnie. Wszystko zależy od tego, jak pan zareaguje na swego rodzaju wprowadzenie, do wygłoszenia którego zostałem zobligowany.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!