Jakub Duszak „Obietnica”

Opowiadania Cintryjka - 7 września 2015

– Co się dzieje, do ciężkiej cholery? – wykaszlał do porucznika. Ten tylko mrugnął do niego z uśmiechem, po czym ujął pod rękę i gestem zwrócił uwagę na scenę rozgrywającą się przed nimi. Stał tam Marcus z uniesionymi ku niebu rękoma.

– Bracia! Siostry! Dzieci Boże! – wykrzykiwał. – Jesteśmy tu znowu, aby poczuć bliskość naszego Ojca! Bliskość Stworzyciela!…

Pułkownik poczuł rozluźnienie, dym już mu nie przeszkadzał. Skupił uwagę na mówcy, na jego lizanej światłem płomieni ciemnej sylwetce. Marcus wciąż perorował. Z każdym kolejnym słowem jego głos brzmiał coraz bardziej ekstatycznie. Kątem oka Smart wyłapał jakiś ruch, kilkanaście metrów za plecami Chrzciciela. Na czymś w rodzaju kamiennego bloku. Wytężył wzrok. Wijące się kształty.

– …Jego osoba i Jego moc sprawcza…

Ludzie. To byli miotający się ludzie. Próbowali uwolnić się z pęt. Wraz ze zrozumieniem tego faktu do jego świadomości napłynęła jeszcze jedna informacja: ogień rozjarzył się mocniej. Był piękny.

– …a my, sprawcy Jego woli!…

Jak na sygnał, zewsząd rozległ się miarowy dźwięk bębnów.

– …stoimy tutaj, Panie…

Wybijany rytm przejmował powoli kontrolę nad ciałem Sebo.

– …by ofiarować Ci…

Pochodnie, jedna po drugiej, niczym świeczki na urodzinowym torcie Boga, zgasły.

– …te oto dusze!

Zapadła martwa cisza.

Pułkownik odczuł pustkę. Chciał więcej.

Więcej!

Więcej czego?

Nad ledwo widoczną linią oddzielającą ciemne niebo od jeszcze ciemniejszej kurtyny lasu pojawiła się świetlista łuna. Zaraz potem rozległy się wyraźne trzaski jakby ktoś łamał gałęzie. Znów rozbrzmiały bębny, tym razem szybciej. Przez kolumny drzew przedzierało się jasne światło. Zbliżało się, nawoływane coraz szybciej wybijanym rytmem. Wtem na polanę zawitał najjaśniejszy w życiu Smarta dzień. Rytm bębnów galopował. Olbrzymia kula światła jakby przysiadła na kamiennym ołtarzu. W bębny uderzał teraz sam szatan. Ciało pułkownika wyginało się spazmatycznie. Światło poiło oczy. Dźwięk karmił uszy. W tym wszystkim: wrzaski cierpiących, śpiewy, zawodzenia zebranych; trzaski, wyładowania elektryczne, kuszące i wyzwalające nowe żądze.

Ekstaza.

Objawienie.

9.

Irytujący dźwięk niczym woda rozpierał pękającą powoli tamę nieświadomości. Zaropiałe rany powiek rozkleiły się ospale, ukazując przekrwione białka. Jakieś trzy metry przed nim świat rozmazywał się jak tłuszcz na szybie. Zimno metalowej podłogi dźgało lodowymi igłami obolałe ciało. Podjął tytaniczną próbę zmiany pozycji, zakończoną połowicznym sukcesem, i dopiero w tej jakiejś bardziej psiej pozie zlokalizował ognisko bólu. Klęknął ociężale i odkleił od ciała przepoconą koszulę. Sięgnął do rany na lewym barku. Rozciął sobie palec o coś, co z niej wystawało. Wyciągnął to. Prawie zemdlał. To coś wyglądało jak ułamana część igły od bardzo dużej strzykawki. Na czworakach doczłapał do drzwi. Z trudem stanął na nogach, podpierając się o ścianę wyszedł z pomieszczenia. Wszechobecny dźwięk orał głowę. Rzeczywistość z hipnotyczną regularnością tonęła w morzu krwawych świateł alarmowych. Potknął się o coś. Skupił wzrok na skrytej w cieniu podłodze. Ciała: martwe, umundurowane. Niejasna wizja przeszłości próbowała rozkwitnąć w jego głowie, lecz utonęła, zalana falą bólu. Zwolnił jeszcze bardziej, skrywając głowę w dłoniach. Nagle stracił oparcie i runął na kolana. Gdzieś tam, chyba przez okno, zaglądał do ciemnego pomieszczenia dzień. Gdzieś tam mrugały światełka na konsolach operacyjnych…

– Generale! – wykrzyczał ktoś spoza granicy rozmytego obrazu.

10.

Nóż sterczał z głowy trupa, pod którym wolno rosła kałuża krwi. Na piersi Smarta szkliła się poprzeczna rana, zadana tym samym nożem.

Ktoś przysłał zabójcę. Ale kto? Czy faktycznie Drayfuss tak bardzo się go obawiał, a właściwie tej intrygi przygotowanej przez Dzikich? Czy może Dzicy chcieli umocnić jego wiarę w to, co widział? Nie mógł się zdecydować, czy w ten sposób obrażają jego inteligencję, czy swoją. Naprawdę myśleli, że go przekonali? Cały czas próbował wyjaśnić sobie, co takiego widział dwie noce temu w lesie. Był odurzony, i to mocno. Czy to były narkotyczne zwidy, czy faktycznie widział największą zjawę, o jakiej Trzecia mogła kiedykolwiek słyszeć?

Duch Święty, dobre sobie. Najbardziej przerażające było to, że ci leśni idioci głęboko w to wierzyli.

Nie wiedział, co robić. Nie miał do kogo się zwrócić. Ten niby obiecany świat, na którym się urodził i który znał, który w głębi serca kochał, któremu służył, zamknął się przed nim. Jedynym wyjściem była ucieczka, równoznaczna z samotnością. Został zaszczuty w jedynym środowisku, jakie znał. Czuł się… obcy.

Muzyka – ktoś stał pod drzwiami. Monitor na ścianie ukazał uśmiechnięte oblicze porucznika Laundiego. Smart kazał mu czekać. Założył koszulę. Mlasnęło cicho, gdy wyciągał nóż, który następnie wyczyścił i ukrył z tyłu za paskiem spodni.

– Otwórz.

– Mój Boże! – Laundi przejął się, chyba autentycznie. – Drayfuss.

– Skąd mam wiedzieć? Może wy?

Porucznik zrobił zawiedzioną minę

– A pan ciągle nieufny. To się pewnie zmieni dziś wieczorem, kiedy już pan zostanie naszym przywódcą. Nie sposób nie docenić takiego prezentu. Proszę zatem włożyć mundur, wszystko jest już gotowe.

– I co? Tak gładko nam pójdzie?

– Gładko, nie gładko, jakoś pójdzie. Nie rozumiem, czym się pan martwi, przecież nie kiwnął pan nawet palcem, a ugra na tym najwięcej. Będzie pan rządził.

– Ja będę rządził. – Smart sam nie wiedział, czy zapytał, czy stwierdził. – Założę się, że wśród mojej przyszłej świty czeka jakiś wasz kret, albo może powinienem użyć liczby mnogiej, żeby posłać mi kulkę, jeśli tylko zrobię coś nie po waszej myśli.

– Naszej? Wydawało mi się, że został pan uświadomiony. Proszę po prostu jak najlepiej odegrać swoją rolę, a gdy będzie już taka możliwość, wydać nam Obcego. Kiedy Duch Święty się nasyci, Bóg pośle go do centrum Nowego Amsterdamu, aby zniszczył bramę. W ten sposób na zawsze zniknie pokusa powrotu.

Jeżeli to świecące gówno dostanie się do miasta, zniknie o wiele więcej, pomyślał pułkownik, ale zachował to dla siebie.

Czuł wściekłość, dezorientację i jednocześnie osamotnienie. Niebezpieczna mieszanka. Drayfuss oszukał go i prawdopodobnie chciał zabić. Dzicy mieli swoich agentów wśród żołnierzy, którzy chcieli dokonać puczu z pułkownikiem Sebo Smartem na czele. Bliscy odeszli. Nie było z kim porozmawiać. Nagle okazało się, że nawet taki twardziel jak on tego potrzebował, czemu przez większość dorosłego życia zaprzeczał. Gdy Suze chciała, by z nią rozmawiał, on od razu wznosił dokoła siebie mur. Teraz nie było nikogo, kto chciałby go wysłuchać. Oprócz…

– Gdzie, tak w ogóle, trzymają Obcego? – zapytał obojętnie, sięgając po mundur.

11.

Najwyższy budynek w Nowym Amsterdamie ciągle się rozrastał. Z pokolenia na pokolenie robotnicy dolewali hektolitry swojej własnej krwi do tego bezdennego wiadra. Budowla ta była sercem niszczejącego miasta, ostoją jej rezydenta. W jej trzewiach, w mroku pomieszczenia, mrugały do niego jasne ślepia monitorów, bezceremonialnie zdradzając wszystkie wyłapane sekrety mieszkańców Zapomnianej Kolonii.

12.

– Gdzie…? – wyschnięte gardło i wyczerpanie nie pozwoliły mu dokończyć pytania.

– Będzie pan tu bezpieczny – odezwał się… Smith?, tak, chyba to był Smith. – Sprowadzę pomoc. Lekarza.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!