Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług” (3)

Opowiadania Maciej Musialik - 26 sierpnia 2015

– Nie wybuchł! – wykrzyknął Ostrogoff z tryumfalną miną.

– Chyba mieliśmy szczęście – zauważył Luc. – Pocisk musiał być wadliwy!

– Chwała handlarzom broni za rozprowadzanie niesprawnego szmelcu! Nie sądziłem, że tak mnie kiedyś ucieszy cholerny demobil!

– Mam nadzieję, że nie kupili tego więcej. Następna sztuka może być już w lepszym stanie.

– Niczego nie uzbrajają, wstrzymali ogień – poinformował nawigator. – Chwileczkę…

– Co jest? – zaniepokoił się kapitan.

– Mamy transmisję.

– Z którego statku?

– Tego przy burcie.

– Dawaj ją na głośniki.

– Naprawdę chce pan z nimi rozmawiać? – zdziwił się Luc.

– Ja nie. Pan – oświadczył Ostrogoff.

Najemnik chciał zaprotestować, ale wtedy z głośników dobiegł trzask, a potem rozległ się w nich wyraźny, męski głos. Mówił z mocnym, catangiańskim akcentem.

– Do załogi statku „Persefona”, słyszycie mnie?

Luc spojrzał na kapitana ze skonsternowaną miną. Tamten zachęcił go ponaglającym gestem.

Najemnik cicho odchrząknął, po czym odpowiedział, najpewniej jak potrafił:

– Tak, słyszymy.

– Świetnie. Podchodzimy z boku, otwórzcie nam luk towarowy.

„Coś jest nie tak” – pomyślał Luc. I nie chodziło mu o sam akt abordażu, który i w tych stronach nie uchodził rzecz jasna za powszechną formę aktywności towarzyskiej. Pewien inny szczegół był jeszcze bardziej niepokojący.

– Jak rozumiem, nie mamy specjalnego wyboru? – odparł najemnik.

– Dobrze rozumiesz. Wpuśćcie nas, albo znów zaczniemy strzelać.

– Niedoczekanie wasze! – wykrzyknął znienacka Ostrogoff.

– Kto to? – spytał pirat.

– Nikt, już w porządku – odparł Luc, rozpaczliwymi gestami próbując zmusić kapitana do milczenia. Ten jednak najwyraźniej uparł się, by uczynić trudne negocjacje jeszcze trudniejszymi.

– Dowódca „Persefony”! – rzekł z dumą. – I uwierz mi, chłopcze, tanio skóry nie sprzedam!

– Mam taką nadzieję. Ale najpierw chcemy znaleźć się na waszym pokładzie.

– A co będziemy z tego mieć?

Luc nachylił się w stronę kapitana.

– Niech pan gra na czas – szepnął. Następnie oddalił się na stronę i wydobył z kieszeni komunikator. Jednym uchem przysłuchując się rozmowie, spróbował połączyć się z Jacques’em. Ale tamten nie odpowiadał.

„Coś musiało się stać” – pomyślał najemnik. „Cholera, akurat teraz, gdy potrzebuję pomocy”.

– Lepiej nas nie drażnić – spokojnie oznajmił pirat, choć groźba w jego głosie była aż nadto wyczuwalna.

– Rozumiem, ale chcielibyśmy wiedzieć, jakie wymierne korzyści czekają nas, jeśli…

– Nie będziemy negocjować! – wściekły ryk w głośnikach był tak intensywny, że wszystkie odłamki, którymi zasypany był mostek, zaczęły podskakiwać. – Otwórzcie ten durny luk, albo sami wypalimy sobie drogę do środka!

Ostrogoff spojrzał na najemnika pytającym wzrokiem. Tamten schował komunikator do kieszeni i skinął głową.

– W porządku – rzekł kapitan.

– Nareszcie zmądrzeliście – odparł głos, już spokojniejszy.

– Dajcie nam trochę czasu – znienacka wtrącił Luc. – Przy włazie poprzewracały się kontenery. Musimy usunąć zator.

– W porządku. Macie dwadzieścia minut. I ani sekundy dłużej.

Pirat rozłączył się.

– Naprawdę coś się stało z ładunkiem? – zdziwił się kapitan.

– Nie, ale potrzebujemy czasu.

– Będziemy się bronić?

– Nie mamy wyboru.

– To mi się podoba! – wykrzyknął Ostrogoff. – Nie oddamy psubratom ani kontenera!

– Obawiam się, że to walka o dużo wyższą stawkę.

– Mianowicie?

– Jeśli piratom chodzi wyłącznie o ładunek, dlaczego strzelali do nas Hefajstosem? Gdyby pocisk był sprawny i trafił, nic by po nas nie zostało. Trochę ryzykowna ta ich taktyka.

– Może chcieli nas tylko nastraszyć?

– Nie wydaje mi się.

– Ale przecież teraz sami chcą, żeby wpuścić ich na pokład – zaprotestował kapitan.

– Bo ich poprzedni plan nie wypalił.

– Jaki znowu plan, do cholery?

– Zniszczenie „Persefony”.

Na kilka sekund zapadła grobowa cisza.

– Co takiego? – nastroszył się Ostrogoff.

– Wydaje mi się, że draniom nie chodzi o okup ani zdobycie czegoś, co przewozimy. Z jakiegoś powodu chcą nas wszystkich jedynie wysłać na tamten świat. Nie udało im się rakietą, więc wprowadzili plan awaryjny i zrobią to osobiście.

– Ale dlaczego? Czym im zawiniliśmy? – wykrztusił nawigator, wstrząśnięty nowiną.

– Czy w którymś z kontenerów mamy jakiś nietypowy ładunek? – spytał Luc kapitana.

– A bo ja wiem? Jest tam wszystko, od naczyń kuchennych po rowery. Nie zaglądałem osobiście do każdego pudła.

– Podejrzewam, że przewozimy coś, na czego zniszczeniu bardzo tym draniom zależy. Nie widzę innej opcji.

– No dobra, tylko co? – zafrasował się Ostrogoff.

– Jeszcze nie wiem, ale spróbuję się dowiedzieć – odparł najemnik, ruszając w stronę wyjścia z mostka.

– Dokąd to?

– Muszę odszukać wspólnika. Nie zamierzam bronić naszych tyłków w pojedynkę.

Luc pobiegł wąskim, brudnym korytarzem w stronę rufy statku. Echo jego kroków niosło się po pustych, pokrytych zaciekami ścianach. Szykowała się prawdziwa walka, a on potrzebował pomocy Jacques’a. Co innego zgrywać fachowca, a co innego chwycić karabin i własnoręcznie odpierać abordaż. Do chwili ataku Luc miał nadzieję, że uda im się uniknąć kłopotów. Zdecydowanie nie czuł się stworzony do tej roboty i przeklinał biurokrację, która zaledwie tydzień temu zmusiła go do jej wykonywania.

Nie przebył nawet połowy drogi, gdy natknął się na mechanika, podążającego w przeciwnym kierunku.

– Dobrze, że pan jest! – wykrzyknął mężczyzna. Był kościstym, siwiejącym człowieczkiem, odzianym w nieskazitelnie niebieski uniform z podkasanymi rękawami. Najemnik nie miał pojęcia, w jaki sposób tamtemu udawało się utrzymać strój w takiej czystości, choć ręce miał upaćkane smarem aż po łokcie. – Pański kolega…

– Co z nim?

– Od wstrząsów otworzył się jeden z górnych kontenerów. Wysypały się jakieś paczki, a pana kolega stał akurat na dole i wszystko spadło na niego.

– Żyje?

– Tak, ale solidnie go potłukło.

– Cholera. Gdzie jest?

– W ładowni – odparł mechanik. – Odciągnąłem go na bok, w bezpieczne miejsce i od razu pobiegłem po…

– Jak to „odciągnąłem”?

– Jest nieprzytomny.

Najemnik poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Owszem, przejął się losem kompana, ale równie mocno uderzył go fakt, iż najwyraźniej został sam na sam z tym całym bałaganem. Jacques znał się na swoim fachu, a Luc głównie potrafił robić dobre wrażenie. Bez wsparcia towarzysza czuł się chwilami jak kiepski pływak, który stracił z oczu ratownika.

Ta misja miała wyglądać zupełnie inaczej.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Mogą Cię zainteresować

Fantazmaty. Tom II
Aktualności Fahrenheit Crew - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!