Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług” (5)

Opowiadania Maciej Musialik - 26 sierpnia 2015

– Ile czasu zostało? – spytał tego, który siedział przy sterach.

– Dziesięć minut.

– Ruszamy. Celuj we wrota.

– Już? – zdziwił się pirat. – Ale zostało im jeszcze…

– To my dyktujemy warunki, a mnie się nie chce czekać. Ruszaj.

– Skoro wchodzimy siłą, to znaczy, że jednak ich wytłuczemy?

Dowódca uśmiechnął się z politowaniem.

– Tak, durniu. Przecież i tak mieliśmy to zrobić.

***

Ładowarka była duża, brudnopomarańczowa i przypominała skrzyżowanie furgonetki z wózkiem widłowym. Umieszczone z przodu magnetyczne chwytaki unieruchamiały kontener, który można było przenieść w dowolne miejsce niczym paczkę zapałek. Do poruszania się po ładowni podnośnik wyposażony był w koła. W wypadku braku grawitacji można było jednak uruchomić silniki korekcyjne, pozwalające na swobodne manewrowanie.

Plan Luca był tyleż prosty, co szalony. Najpierw wraz z mechanikiem założyli skafandry, po czym wgramolili się do maszyny; sprzęt nie miał drzwi – operatorzy pracujący nim na zewnątrz musieli być więc odpowiednio odziani. Potem wybrali jeden z kontenerów, masywniejszy od pozostałych, przeznaczony do transportu delikatnych towarów, i przenieśli go do przestronnej śluzy załadunkowej, która sąsiadowała z ładownią. Tam ustawili podnośnik na wprost wrót prowadzących na zewnątrz. Następnie uruchomili systemy usuwające powietrze z pomieszczenia i wyłączyli grawitację. Maszyna zawisła w powietrzu. Od wyjścia ze śluzy dzieliło ich kilkadziesiąt metrów.

– Taki odcinek wystarczy, żeby się rozpędzić? – spytał Luc przez radio.

– Ten szmelc ma przyspieszenie staruszki z zakupami – zrezygnowanym głosem odparł mechanik. – Ale powinno wystarczyć – dodał na pociechę.

– Mam nadzieję. Pamięta pan, co robić?

– Tak. I proszę mi mówić Gilbert. Wolę zginąć u boku kogoś, z kim jestem na „ty”.

Najemnik popatrzył na tamtego, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Mów mi Luc – odparł w końcu. – Tyle że ja nie zamierzam tu dziś umierać.

Gilbert chciał coś odrzec, ale przerwał mu głos kapitana, który rozbrzmiał z głośników w hełmach.

– Jesteście tam? Dranie ruszyli do śluzy!

– Przed czasem?

– Na to wygląda.

– Ostro pogrywają – skwitował Luc. – W porządku, zaczynamy – zwrócił się do mechanika. – Zacznij otwierać wrota. Jak zobaczą, że współpracujemy, nie zaczną strzelać. Przynajmniej nie od razu.

– Się robi – Gilbert wdusił jeden z przycisków na pulpicie ładowarki.

Potężne drzwi drgnęły i zaczęły się unosić. Mężczyźni w podnośniku wpatrywali się w nie ponad krawędzią kontenera jak zahipnotyzowani, bojąc się myśleć, co czai się po drugiej stronie. Tymczasem szczelina rosłą z każdą sekundą.

– Ustawiają się naprzeciwko – znienacka obwieścił kapitan. Luc aż drgnął na ten niespodziewany dźwięk.

Piracki statek nie był jeszcze widoczny, ale na pewno zaraz go zobaczą.

– Rozumiem – wychrypiał najemnik, czując, że potwornie zaschło mu w gardle. – Gilbert, gaz do dechy.

Mechanik skinął głową, a potem zacisnął dłonie na manipulatorach i pchnął je do przodu. Podnośnik ruszył z miejsca.

Wrota były otwarte mniej więcej do jednej trzeciej wysokości. Luc miał nadzieję, że wszystko dobrze wyliczył i nie zawadzą o nie.

Do burty zostało czterdzieści metrów.

Oby tylko tamte sukinkoty ustawiły się na wprost, powtarzał w myślach najemnik. Oby tylko…

I wtedy zobaczyli, że spod dolnej krawędzi wrót wyłania się dolna część statku piratów. Kanciasty, zgniłozielony kształt czekał tuż za wejściem do śluzy.

A ono było już w połowie otwarte.

Jeszcze dwadzieścia metrów.

Dźwigająca się stalowa bariera odsłaniała kolejne elementy maszyny intruzów; płaty poszycia, nieregularne narośle czujników i zasobniki z uzbrojeniem. Jeszcze chwila i Luc z Gilbertem będą mogli zajrzeć tamtym do kokpitu. Najemnikowi zdawało się, że dostrzega nity na kadłubie nieprzyjacielskiego statku. Ciekawe, czy piraci wykryli już niespodziewany ruch.

Dziesięć metrów.

– Teraz! – wrzasnął Luc.

Mechanik zwolnił zaczepy trzymające kontener i dał całą wstecz.

Kilkudziesięciotonowa bryła stali oderwała się od ładowarki i podryfowała w stronę wylotu śluzy.

Podnośnik zaczął hamować, ale zanim się zatrzymał, zdążył dolecieć niemal do samych wrót. Potem ruszył z powrotem.

Kontener był już wtedy za burtą „Persefony”. Piraci, rzecz jasna, zauważyli ten osobliwy pocisk. Wolno i nieubłaganie sunął w ich stronę. Odpalili silniki korekcyjne i zaczęli odbijać w bok.

Ale byli za blisko.

Kontener uderzył w statek Catangiańczyków. Trafił w krawędź kadłuba, miażdżąc wystającą zeń antenę i zasobnik z rakietami.

A potem stało się coś, o czym Luc nie śmiał nawet marzyć. Chciał uszkodzić tamtych, pozbawić ich części systemów. Przy odrobinie szczęścia, byłoby wspaniale, gdyby udało się unieszkodliwić kokpit, lub zrobić cokolwiek, co opóźniłoby ponowny atak.

Tymczasem statek piratów eksplodował.

Zgnieciona wyrzutnia rakiet wybuchła, odrzucając pojazd jak zabawkę. Kontener odskoczył w drugą stronę, z lekko wgniecionym bokiem. Zaś trafiona maszyna szybowała przez chwilę, obracając się bezwładnie. A potem pochłonęła ją kolejna kula ognia.

Luc i Gilbert nie widzieli już tego, gdyż podnośnik zdążył cofnąć się daleko w głąb śluzy. Dowiedzieli się jednak, co zaszło, z nagłego rozbłysku na zewnątrz i odłamków kadłuba, które chwilę później wpadły przez niedomknięte wrota. A także dzięki histerycznej radości Ostrogoffa, który w słuchawkach wrzasnął tak głośno, iż prawie urwało im głowy.

– Macie za swoje, niedorajdy! – krzyczał. – Nie zadziera się z „Persefoną”!

Gdy najemnik i Gilbert pojęli, jaki był efekt ich ataku, z przejęcia o mało nie wpadli ładowarką na ścianę. Gdy już wysiedli, a do zamkniętej śluzy zaczęło wracać powietrze, uściskali się, krzycząc wniebogłosy za szybami swych skafandrów. Gdyby ubiory pozwalały na większą swobodę ruchów, najpewniej zaczęliby skakać z radości.

Gdy pierwsza euforia opadła, Luc połączył się z mostkiem.

– Kapitanie, czy teraz skok byłby możliwy? Zakładam, że odłamki nie będą nam specjalnie przeszkadzać.

– Eee… hmm… tak – odezwał się kapitan, wyraźnie zmieszany. – Teoretycznie.

– Coś się stało?

– Tak, obawiam się, że mamy tu mały problem.

Luc miał wrażenie, że podłoga ucieka mu spod stóp.

– Jaki? – spytał przez zaciśnięte gardło.

– Jest jeszcze jeden statek. Właśnie się pojawił.

– No to zwiewajmy! Zdążymy uciec, zanim się zbliży – wtrącił Gilbert.

– To byłoby zbyt proste – mruknął Ostrogoff. – Drań leci przed nami.

***

Z wysiłkiem dotargali Jacques’a na mostek. Najemnik ciągle się nie ocknął, więc położyli go pod ścianą, na przyniesionym z kajuty materacu. Luc bał się zostawiać kompana na osobności.

Potem zebrali się przed ekranem, na którym nawigator wyświetlił obraz sytuacji. Nowa piracka jednostka była większa od pozostałych. Wyglądała też na lepiej uzbrojoną. Kształtem przypominała dużą, stalową piranię, której ktoś pozwolił popływać w próżni. Sunęła na wstecznym ciągu, dziobem zwrócona do nich.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Mogą Cię zainteresować

Fantazmaty. Tom II
Aktualności Fahrenheit Crew - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!