Piotr Witold Lech „Ten z naprzeciwka”

Opowiadania Piotr Witold Lech - 19 czerwca 2017

Moderatorka spojrzała na André.

– To niemożliwe, proszę pana. – Ponownie wyczuł dystans i niepewność w jej głosie.

– Dlaczego?

– Ponieważ tam nikt nie mieszka.

W milczeniu wspięli się po schodach, zapukali i weszli do mieszkalni. Wnukowi  Starowiejskiej i jego narzeczonej złożyli kondolencje i coś tam powiedzieli o oględzinach z ramienia Spółdzielni. André szybko spojrzał przez okno na swój kwartał. Nie, wołanie nie dochodziło stąd, teraz był pewien.  Dał znak moderatorce i nim zdążyli wzbudzić podejrzenia, ulotnili się z powrotem przed budynek. Raz jeszcze stanęli na deptaku przy ogromnym klombie egzotycznych kwiatów, których nazwy André nie znał. W ich gąszczu buszowały papużki faliste.

– Dlaczego ten kwartał obok jest niezamieszkany?

– Należy do jakiejś firmy, teraz nie pamiętam, czym się zajmującej, musiałabym sprawdzić. Pewnie trzymają je dla jakiegoś kierownika albo managera. Przypuszczam, że wkrótce ktoś się wprowadzi, choćby dlatego, że nie opłaca się trzymać niezagospodarowanego mieszkania pod Kopułą, to są gigantyczne koszty.

– Tak – zamyślił się. – I jest pani pewna, że Starowiejska zmarła dwa dni temu?

– Czy pan dobrze się czuje? – Spojrzała zatroskana. – Pyta pan już czwarty raz o to samo, na dodatek wydaje mi się, że jest pan strasznie blady. Może wezwać medsłużby?

– Nie, wszystko w porządku – burknął André. – A w momentach ataków bólu, co krzyczała?

– Starowiejska?

– Tak

– Nic konkretnego. To był tylko taki zwykły krzyk, zresztą krótki , nawet dziwię się, że tak bardzo zwracał pan na to uwagę.

– A nie krzyczała „Ratunku!”?

– „Ratunku!”? Nie, chyba nie, ja przynajmniej niczego takiego nie słyszałam.

– Dziękuję pani bardzo za pomoc.

– Proszę. –  Wzruszyła ramionami.

André poszedł do swojej mieszkalni. Był głodny, ale nie wstąpił do baru Emmy, miał dość rozmów, potrzebował spokoju.

Położył się na łóżku. Wpatrywał się w sufit i rozmyślał. Słyszał o sile sugestii, zjawisku natury psychologicznej, polegającym na wmówieniu sobie istnienia rzeczy, których nie ma, na przykład dźwięków. Być może jego nerwy, zszargane przez poprzednie tygodnie, teraz, przez kolejne dwie noce po śmierci staruszki Starowiejskiej, płatały mu figle, i wciąż słyszał głosy, których nie było? No dobrze, jeżeli to prawda, i jeżeli teraz odkrył tę anomalię, głosy powinny zniknąć. Tak czytał w jakimś psychologicznym magazynie dostępnym online. W przeciwnym razie czekało go najgorsze: wizyta u psychiatry. A tego nie dało się ukryć przed pracodawcą.  Ogólnoregionalny system PZZP (Pacjentów  z Zaburzeniami Psychicznymi) dostępny był każdemu działowi kadr od granic Donieckiej Republiki Imperium Rosyjskiego do portugalskich brzegów Atlantyku, a więc w całej europejskiej strefie Unii Zjednoczonego Świata. Natychmiast byłby pod lupą. Diagnoza najmniejszego nawet schorzenia psychiatrycznego skutkowałaby wprowadzeniem Pielęgniarki, rentą i próżnią zawodową.

– Okno trzy czwarte – powiedział. Muszę sprawdzić, pomyślał.

Przyjemne powietrze, nasączone wilgocią po wieczornym kontrolowanym opadzie deszczu, zapachem roślin i dźwiękiem ostatnich ptasich treli, owionęło mieszkalnię. Na zewnątrz wygaszano oświetlenie i wkrótce wygenerowana zostanie noc, pełna cykad i rozgwieżdżonego kosmosu, przybliżonego przez obraz z teleskopu Hubbble’a.

André wstał i przyrządził sobie kolację. Potem usiadł przed holowizorem z butelką piwa w ręku. Poczuł się bezpiecznie. Obejrzał jakiś film, potem polecił chłodziarce podać drugie piwo. Chłodziarka, mrucząc wesoło, pomknęła w jego stronę z butelką w wysuniętym podajniku jak dobry kumpel, lekko podchmielony, ale zabawny, wołający z przedpokoju: „Stary, wciąż jeszcze mamy browara”!

W połowie drugiego piwa poczuł przypływ dobrego humoru. Zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Wiszniewskiego, Dudka i Zalasa, i nie wyskoczyć z nimi na miasto. A może właśnie siedzieli w którejś z tysiąca knajp w okolicach Rynku, obalali któregoś już litra i zastanawiali się, co się z nim dzieje?

W tym przypływie dobrego nastroju André wziął holofon i wyszedł na balkon. Spojrzał jeszcze w piękne, kosmiczne niebo, i już chciał wybrać numer do Wiszniewskiego, kiedy usłyszał to.

Holofon wypadł mu z dłoni.

– Ratunku!!!

Trzęsąc się ze strachu André zauważył w dole parę młodych ludzi jadącą ruchomym chodnikiem.

– Halo! – zawołał. – Proszę państwa!

Podnieśli głowy.

– Pan nas woła?

– Tak, chciałbym, żebyście powiedzieli, czy słyszycie jakiś krzyk.

– Oprócz pańskiego?

– Oprócz mojego.

Chwilę nasłuchiwali, a ruchomy chodnik unosił ich dalej w głąb osiedla.

– Ratunku!!!

– O, teraz! – krzyknął André

– Nie, proszę pana, niczego nie słyszymy.

– Na pewno?

Roześmiali się i powrócili do rozmowy.

– To chyba jakiś… no wiesz… – mówiła dziewczyna.

– Cicho… nie wiadomo, co takiemu strzeli do głowy – odpowiedział chłopak.

Chodnik zakręcał i wkrótce młodzi znikli  za rogiem.

– Ratunku!

André wpatrywał się w ciemność okien mieszkalni naprzeciwko. To było obok kwartału Starowiejskiej.

Coś mignęło w tamtym oknie. Twarz? Dopiero teraz André spostrzegł, że jest otwarte.

Po omacku odszukał na balkonie upuszczony holofon. Wbiegł do mieszkalni, ale nie zamykał już okien ani balkonu. Bał się, ale chciał mieć kontrolę. Drżącymi palcami wystukał numer do Paris. Nie odbierała, ale André ponowił wybieranie sześć razy.

W końcu w przestrzeni ukazała się jej gniewna twarz, bez makijażu, z włosami ukrytymi pod kapturem szlafroka.

– Mam nadzieję, André, że zdołasz się jakoś wytłumaczyć z tej napaści, ponieważ, co od razu muszę ci powiedzieć, strasznie mnie wkurzyłeś!

André z zafascynowaniem spoglądał na znikające w błyskawicznym tempie zmarszczki wokół jej oczu. Zrozumiał dlaczego Paris tak długo nie odbierała. Nie przypuszczał nigdy, że jest baxtersonowa. „Do cholery, to wszystko mnie przeraża!”, pomyślał. Paris zreflektowała się i szybko sięgnęła po czarne okulary.

– Paris, powiedz mi, proszę, czy wtedy, no wiesz, kiedy byłaś u mnie, słyszałaś ten głos?

– Ty naprawdę zaczynasz mnie coraz bardziej… – zaczęła, ale przerwał jej szybko.

– To ważne, Paris, przysięgam

– Dlaczego niby to ma być takie ważne?

– Ponieważ… tylko błagam, nie rozłączaj się, ponieważ… nikt inny oprócz nas dwojga, mnie i ciebie, tego głosu nie słyszy.

– Chcesz się ze mną bawić w horrory, André? – syknęła z wściekłością, sięgając do wyłącznika poza ekranem. – Z ciebie jednak jest straszny gnojek! – Wyłączyła się.

– Ratunku!!! – rozległo się bardzo blisko. Jakby…

André drgnął ze strachu. Spojrzał na otwarty balkon.

Coś tam przebiegło w ciemnościach.

– Balkon i okna sto procent! – krzyknął przerażony.

Trzasnęły zamki. Został odgrodzony od świata zewnętrznego.

Na balkonie z brzękiem przewróciła się butelka piwa, którą tam zostawił. André poczuł ciarki na karku. Jednocześnie jednak jego druga – bardzo racjonalna – strona kazała mu myśleć i nie poddawać się całkowitej panice. Duchy nie przewracają butelek, przemknęło André przez głowę. A może – po raz pierwszy zaświtała mu ta myśl – może ktoś chce mnie nastraszyć?

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!