Milena Wójtowicz „Zanim mchem obrosły trolle”

Redakcja uczciwie uprzedza, że niniejszy tekst stanowi część trzecią i ostatnią cyklu Mythpeace. W związku z powyższym, tym, którzy nie mieli jeszcze okazji poznać Kruczej zalecamy lekturę: na początek opowiadania „Skąd odeszły bazyliszki”, na środek „Gdzie wymarły wszystkie smoki”, by wreszcie na koniec dowiedzieć się, co z tymi trollami.

RedAkcja

 

Ilustracja: John Bauer

Ilustracja: John Bauer

Łowczyni spokojnym, beznamiętnym głosem, patrząc prosto w obiektyw kamery, mówiła o tym, jak użyła szarego pyłu Zawiszy, żeby obezwładnić bazyliszka. Nawet się nie zająknęła, relacjonując, jak Paweł Strzelecki, podekscytowany widokiem potwora, wszedł prosto w unoszącą się w kanale chmurę. O tym, że podczas łowów kazała mu się trzymać z daleka, wspomniała tylko raz. Nie próbowała nikogo do niczego przekonać, nie broniła ani siebie, ani Strzeleckiego. Tylko relacjonowała fakty. Słuchający jej ludzie kiwali smętnie głowami – no trudno, nic nie dało się zrobić, nieszczęśliwy wypadek, należało się z tym liczyć…

Nawet im do głowy nie przyszło, że dziewczyna kłamie. Bardzo dobrze zresztą, Tomasz Marczyk, sam często i bez skrupułów mijający się z prawdą, umiał docenić kunszt łgarza. Krucza siedziała cały czas wyprostowana, nie zacinała się, ani nie zastanawiała zbyt długo nad tym, co mówiła, oddech miała spokojny, spojrzenie zdecydowane. Zdanie raportu było częścią misji, a łowczyni znana była z tego, ze wyjątkowo skrupulatnie wypełniała swoje obowiązki.

O tym, że przy okazji wykańczała wysłanych z nią naukowców, w jej referencjach nie wspomniano.

Może to był pierwszy raz.

A może, co równie prawdopodobne, po prostu nikt nie znalazł żadnych nieścisłości w składanych przez nią raportach.

Tomasz patrzył na słuchających jej zaspanych ludzi. Kobieta z pionu badawczego, dwóch facetów z pionu kryzysowego. Ściągnięto ich tu na gwałt, kiedy łowczyni zadzwoniła do centrali i poinformowała o „drobnej komplikacji”. Mieli wysłuchać sprawozdania, ocenić jego wiarygodność i wymyślić jakieś w miarę bezbolesne dla firmy rozwiązanie – przecież nikt nie powie rodzinie, że doktor Strzelecki wskutek nieszczęśliwego wypadku przy polowaniu na bazyliszka zmienił się w warzywo…

Już myśleli o tym drugim, widział to po ich twarzach. Wiarygodności Kruczej ani myśleli podważać – po pierwsze, łowcy mieli opinię prostolinijnych i uczciwych , po drugie, historia była spójna, po trzecie, nikt zebranych nie miał pojęcia, że kto jak kto, ale ta łowczyni z całą pewnością nie użyłaby szarego pyłu Zawiszy przeciw legendziakowi…

Nikt z nich nie brał prywatnych lekcji u Błażeja Bykomłota.

Tomasz sam nie wiedział, co go podkusiło, żeby pobierać nauki u starego mistrza. Wiedza o łowach na potwory nie była mu do niczego potrzebna – w przyszłości miał zająć miejsce ojca i zarządzać Aucturiusem, a nie ganiać po lasach i bagnach za jakimiś zwierzaczkami na wymarciu. To był kaprys, o dziwo przyjęty wyjątkowo przychylnie przez starego. Ojciec zawsze był zdania, że władza jest wszystkim. A wiedza była jedną z dróg do niej prowadzących, którą tylko głupiec zaniedbywał.

Gorzej poszło z sędziwym łowcą. Krzywo na Tomasza patrzył, jakby nie wierzył w jego gadkę o „chęci poszerzenia horyzontów”. Ale w końcu dał się przekonać, Marczyk wciąż nie był pewien, czy decydującą rolę odegrał w tym jego upór, czy pieniądze. To zresztą nie było aż takie istotne. Grunt, że przez dwa tygodnie, co wieczór, zachodził do ponurego domku Bykomłota, wyglądającego jak skrzyżowanie chatki ze skansenu ze scenografią z „Władcy Pierścieni”. Całkiem niezłe miejsce do zdobywania wiedzy o polowaniu na potwory.

A wiedzę to Błażej miał, i to jaką. Dwa tygodnie wystarczyły zaledwie na liźnięcie podstaw, gdyby Tomasz chciał nauczyć się wszystkiego, musiałby poświęcić na to lata. A może i to by nie wystarczyło. Czas szybko płynął, stary łowca był świetnym gawędziarzem, choć odrobinę pryncypialnym i ze skłonnościami do tyraństwa. I strasznie łatwo wpadał w złość. Prowokowanie go byłoby może nawet zabawne, ale Tomasz nie przychodził do małej chatki dla zabawy. Więc starał się trzymać język za zębami, nie ulegać pokusie i grzecznie słuchać, co mistrz gadał. Oczywiście, czasami z tym językiem mu się nie udawało. Zwłaszcza, gdy słowa Bykomłota stały w sprzeczności z tym, co jacyś od dawna martwi mędrcy napisali w księgach traktujących o łowach. Zawsze, kiedy Tomasz powtórzył jakiś fakt z tych książek, który zadaniem Błażeja był oczywistą bzdurą, ten ostatni dostawał niemal piany na ustach. Tak było i tamtego wieczoru, kiedy rozmawiali o Zawiszy i jego wynalazku.

– Nie! – ryknął mistrz, kiedy zaczęli omawiać działanie proszków. – Źle!

– Ale w książkach jest napisane… – zaprotestował Tomasz, podsuwając mu otwarty na właściwej stronie „Traktat o substancyjach otumaniających, odbierających zmysły i uśmiercających, w łowach na potwory przydatnych wielce”.

– Gdyby łowów można się było nauczyć z książek, nie potrzeba by było terminu! – warknął z furią Błażej, chwytając księgę i cisnął nią przez cały pokój. Skórzana okładka walnęła w przeciwległą ścianę i odłupała kawał tynku. Całkiem niezły rzut, ocenił Tomasz.

Mistrz był cały czerwony na twarzy, przypominał starą brodatą rzodkiewkę. Starą brodatą rzodkiewkę, która właśnie wyrwała sobie pęk włosów z czubka głowy.

– Ale… – chciał dodać, że „to wcale nie znaczy, ze zabytkowymi, wartymi kupę szmalu książkami należy rzucać jak piłką”, ale nie zdążył.

– Książki piszą tacy jak ty, co nigdy w życiu nie stali naprzeciw smoka! – mistrz nadal mówił podniesionym głosem. Gorączkowo wymachiwał rękami, strącając przy tym ze stolika resztę ksiąg i papierzysk. – Nigdy nie mierzyli strzałą w błędny ognik! Siedzą tylko na swoich rosnących dupach w miękkich fotelach i nastawiają uszu, co tacy jak ja im powiedzą! Jakby przed nimi postawić myciaka i legendziaka, to bez rycin w książkach by ich nie odróżnili. Gówno wiedzą, gówno! Krucza! – krzyknął w stronę drzwi prowadzących najpewniej do kuchni.

Kiedy przychodził do mistrza, jego uczennica zachowywała się niczym duch. Czasem podawała coś do picia, a potem znikała. Diabli wiedzą gdzie – chodziła bezszelestnie, mimo że podłoga skrzypiała i uginała się pod nogami.

Szczerze mówiąc, na początku był nawet jej ciekawy – nie codziennie spotyka się łowczynię. Spodziewał się… cóż, młodociana fantazja, wstyd przyznać, podsuwała mi wizję młodszej wersji Xeny. No i jeszcze pamiętał, jakie plotki krążyły po szkole, kiedy ucząca się na opiekunkę jednorożców dziewczyna nagle wyjechała z Błażejem, żeby odbyć przyśpieszony kurs łowiectwa. Jedni szeptali, że Bykomłot nie zdzierżył koni, inni, że mała straciła kwalifikacje… Na temat tego z kim, plotkowano jeszcze energiczniej. Jak było naprawdę, nikt się nigdy nie dowiedział.

Z plotkami i fantazjami było niestety tak, że do prawdy często miały się jak piernik do wiatraka. Krucza ani nie przypominała Xeny, ba, nawet do Gabrieli jej było daleko, ani na demona seksu, który nie dał rady powściągnąć swych żądz w imię wyższego celu, też nie wyglądała. Była idealnie nijaka, bezbarwna i totalnie przygłuszona. Nie odzywała się niepytana, nie reagowała na powarkiwania mistrza i bardziej przypominała Kopciuszka niż przyszłą pogromczynię smoków. A, poprawka. Kopciuszek po zmyciu brudu z twarzy okazał się niezłą laską. Krucza twarz miała zawsze czystą i widać było jak na dłoni, że do niezłej laski jej daleko.

– Tak, mistrzu? – powiedziała tym swoim obojętnym, monotonnym głosem, stając w drzwiach.

– Cisnęłabyś szarym pyłem Zawiszy w bazyliszka? – zapytał mistrz. I w jego słowach i we wbitym w Tomasza spojrzeniu czaił się triumf, tylko czekający, by wypłynąć na powierzchnię.

– Nie, mistrzu – cholera, mówiła tak grzecznie, że tylko dygnięcia po każdym słowie brakowało.

– A czemu? – Mistrz już nie krył triumfu. Uśmiechał się szeroko, ukazując szczerby między zębami.

– Szary pył nie działa na legendziaki. Powoduje konfuzję myśli, a myślą tylko istoty o rozumie ludzkopodobnym. Na legendziaki używa się pyłu białego, który wprowadza chaos wśród zwierzęcych uczuć i instynktów – wyrecytowała bez zająknięcia. Kiedy skończyła, spojrzała na mistrza, a że ten już na nią całkiem nie zwracał uwagi, wróciła tam, skąd przyszła.

Dopiero kiedy dziewczyna znów znikła za drzwiami, ośmielił się zapytać szeptem mistrza:

– A ona? Będzie dobrym łowcą?

Błażej spojrzał najpierw na niego, potem na drzwi prowadzące do kuchni. Milczał dłuższą chwilę.

– Będzie – powiedział wreszcie, ociągając się lekko. W jego głosie było coś dziwnego, czego wtedy Tomasz nie umiał zidentyfikować. Teraz wiedział, że w słowach starego czaiło się kłamstwo. – Ale nigdy nie będzie tak dobra jak mogłaby być, przez te trzy lata zmarnowane na jednorożce i tą jej… – urwał.

Tomasz dyplomatycznie nie pytał dalej. Obiło mu się co nieco o uszy – w końcu okoliczności rezygnacji mistrza z nauczania swojej terminatorki opieki nad jednorożcami były tak sensacyjne, że nie mogło obejść się o plotkach. Mówiono o pijackim szale, w jaki wpadł pewnego dnia mistrz. Niektórzy, płonąc przy tym mniejszym lub większym rumieńcem, wspominali coś o tym, ze niedoszła opiekunka „straciła kwalifikacje”. Co mniej lotni dopytywali się, jakie.

Jak było naprawdę, nie wiedział nikt – poza samym mistrzem i jego uczennicą. Ale im tylko kompletny głupiec zadawałby pytania.

Zresztą, prawdę mówiąc, uczennica Błażeja w plotkach i opowieściach prezentowała się całkiem inaczej niż w rzeczywistości. Co tu ukrywać, lepiej. Prawdziwa – cholera, jak jej było na imię? – była zwyczajnie nieciekawa. I już.

Trochę się to zmieniło.

Wyrosła od czasu, gdy widział ją po raz ostatni. Była wysoka, szczuplutka, prawie jak modelka. Z twarzy jej do modelek było co prawda daleko, ale Tomasz lepiej od innych wiedział, jaką ważny jest makijaż i photoshop. Często zdarzało mu się spotykać oszałamiającą piękność, a potem budzić się rano obok panienki, za którą nie obejrzałby się na ulicy.

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Cordeliane

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Mężczyźni kochają wiele razy, ale zawsze w istocie tylko siebie.

— Patrick White, Voss

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

7 Salon Ciekawej Książki
od do
Aktualności
Hala Expo - Łódź (Łódź, al. Politechniki 4)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!