Natalia Turczaninowa, Jelena Byczkowa „Śnieżny tygrys”

Miękkie płatki śniegu, kręcąc się powoli w świetle ulicznych latarni, padały na jezdnię. Białe płatki, podobne do cichych, nocnych motyli… Śnieg zawsze był pożądanym dodatkiem do miejskiego krajobrazu i mojego romantycznego nastroju – czas śnieżnych ogrodów i cichych wieczorów.

Ale teraz wszystko jest zupełnie inaczej. Nie ma ażurowych śnieżynek, tańczących dookoła latarni. Nie ma niczego. Nawet nieba nie widać w tej szalonej zamieci. Śnieg i wiatr jakby zwariowały, współzawodnicząc w jednym jedynym dążeniu – zwalić mnie z nóg, ogłuszyć, oślepić, pogrzebać w białych zaspach.

 

Brnąłem na oślep.

Podtrzymywało mnie tylko instynktowne pragnienie – utrzymać się na nogach. Jeśli upadnę, to już się nie podniosę. Zmarzłem śmiertelnie, zmęczyłem się niemiłosiernie, ale śnieżyca, która zrzuciła w przepaść mój namiot, musiała dokończyć zaczętą pracę i bawiła się mną już kilka godzin. Najpierw tylko leciutko popychała w plecy, rzucając w twarz garści kłującego śniegu, potem zakurzyła po bezkresnych zaspach, zawyła mocniej, zbijając z nóg. A dalej ta gra jej się sprzykrzyła. Runął śnieg zwartą ścianą i w głuchej ciemności ostatecznie zgubiłem drogę. Wcześniej czy później… nie wystarczy mi sił do zrobienia jeszcze jednego kroku. Znów naszła zdradziecka myśl o słodkim spokoju i miękkości tych zasp. Trzeba tylko zamknąć oczy i pozwolić wiatrowi ostrożnie ułożyć się w głębokiej, śnieżnej pościeli. Nogi jak ołowiane, rękawiczki zniknęły razem z namiotem i już od dawna nie czuję rąk.

Śnieżne motyle krążą dokoła ulicznych latarni.

Wielka ulga, prawie błogość, spłynęła na mnie, kiedy zrozumiałem wreszcie, że nie ma sensu walczyć dalej i sił też już nie odzyskam. Kolana ugięły się i upadłem powoli w głęboki śnieg jak w puchowy piernat, żeby usnąć. Gdzieś daleko huczał wiatr, przed oczyma kręciły mi się nocne motyle, a pyłek z ich skrzydeł zasypywał moje zmęczone, zamarzające ciało.

 

Obudziłem się, od razu sobie uświadamiając, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Niski, groźny ryk jeszcze bulgotał mi w gardle, a ciało naprężyło się do skoku, który wyrzucił mnie ze świata snów. Po chwili ryk zamilkł samoistnie, a sierść, podnosząca się na dolnej części grzywy, opuściła się. Słoneczny promień, ślizgający się po dnie jaskini, podkradł się do samych łap i leżał na ziemi niebieskawym, cienkim pasem. Było ciemno i cicho, tylko delikatnie szeleściła sucha trawa pod moim ciałem.

Sen… Sen, który ostatnio śnił mi się zbyt często. Napinając i rozluźniając wszystkie mięśnie, leniwie przeciągnąłem się, a potem powoli skierowałem się do wyjścia. Przez noc znów je zasypało, ale śnieg z łatwością poddał się łapom i w oczy uderzył snop porannych promieni. Trudno było powstrzymać się od zachwyconego prychania. Potrząsałem głową, strząsając resztki puszystego śniegu z uszu, i wyskoczyłem na spotkanie poranka.

Stąd, z wąskiego gzymsu, otwierał się niesamowity widok na zaśnieżony świat. Ostre zęby skał wbijały się w olśniewająco błękitne niebo. Góry, śnieg i niebo były i są moim światem – i moim domem.

Zacząłem schodzić, ostrożnie stąpając po wąskiej, kamiennej ścieżce. Nocą przeszła zamieć i odciski moich łap miarowo pojawiały się na świeżym śniegu. Skacząc z kamienia na kamień, jak zwykle plątałem ślady, chociaż szczególnej konieczności w tym nie było – przyzwyczajenie.

Zrobiło się wyraźnie cieplej i zamarłem na sekundę, złapawszy w powietrzu ścieżkę zapachów z doliny. Pachniało karibu. Jelenie pasły się zupełnie blisko, wyrywając spod śniegu ubiegłoroczną trawę. W zamyśleniu oblizałem się, ale w tym momencie wiatr zmienił kierunek i nowy zapach znów nieprzyjemnie uderzył w nozdrza. Czułem go już od kilku dni i dziwnie mnie wzburzał, a czasem doprowadzał do wściekłości. Lekko gorzkawy, ostry zapach dymu.

Zboczyłem z codziennej ścieżki, skierowałem się w jego stronę i natychmiast, po sam brzuch, zapadłem się w śnieg. Trzeba było skakać – widowisko nie przysparzające mi dostojeństwa. Skok, lądowanie z wysoko uniesioną głową, żeby nie wbić się nosem w śnieg, i znowu skok. Porządnie się zmęczyłem, nim wydostałem się na twardą ziemię, a śnieżna równina z tyłu okazała się zryta, jakby przebiegło po niej stado karibu.

Dym nadal prowadził mnie i wkrótce zobaczyłem mały, osłonięty skałą plac. Krzątała się na nim ludzka figurka, obok niej puszyste kłębki na śniegu – psy – i jeszcze coś, ciemnego i nieruchomego, czego nazwy nie znałem. A w centrum obozu źródło dymu – ogień. To znaczy: jeszcze nie ruszyli dalej, i zamieć też ich nie przestraszyła.

Szorując brzuchem po śniegu i starając się trzymać strony zawietrznej, podkradłem się bliżej. Wyraźniej zapachniało psami, mokrą skórą, dymem i jeszcze czymś, od czego poczułem dziwne podniecenie i strach. Najlepsze, co teraz można było zrobić, to odejść stąd, ale ciekawość wzięła górę. Podpełzłem jeszcze bliżej, wiedząc, że biała sierść doskonale zlewa się ze śniegiem. Teraz plac znajdował się tuż obok.

Psy, nie wyczuwając mnie, gryzły się o miejsce przy ognisku. Człowiek w dziwnej odzieży (omal nie pomyliłem jej ze skórą!) z futra w skupieniu rozłupywał kawałki drewna. Podpełzłem jeszcze bliżej i zobaczyłem na śniegu okropny, znajomy przedmiot – strzelbę. Wydzielając odrażający zapach metalu, stała oparta o wiązkę drewna. Ledwie powstrzymałem podchodzący do gardła ryk, wspominając ostry ból, ogłuszający grzmot i błysk. Przypomniałem też sobie, jak haniebnie uciekałem, śmiertelnie przestraszony, zostawiając na śniegu plamy krwi. Jak bolała przednia łapa i jak długo się goiła.

Człowiek nagle wyprostował się, widząc drugiego, wychodzącego z namiotu. Ten coś powiedział, więc nadstawiłem uszu.

– Dzień dobry, Steve.

– Dobry. Nadal chcesz iść dzisiaj w góry? Nie rozmyśliłeś się? Mogą być lawiny.

– Nie – beztrosko odezwał się drugi, przysiadając się do ogniska. – Mimo wszystko chcę spróbować.

– Nie rozumiem cię, Paul. Czego szukasz w tych górach? Przecież nie jesteś myśliwym.

Człowiek nazwany Steve’em zawiesił nad ogniskiem kociołek napełniony śniegiem i przysiadł obok Paula. Ten zapytał z uśmiechem:

– A ty nadal nie pozbyłeś się nadziei pojmania swojego tygrysa?

– A ty nadal uważasz to za wymysł? Widziałem go na własne oczy, tak jak ciebie. Ogromne zwierzę czysto białego koloru.

– Z błękitnymi oczyma? – roześmiał się Paul.

Steve z rezygnacją wzruszył ramionami i zajął się plecakiem.

– Nie wierzysz, a przecież sam słyszałeś opowiadania o tym, jak obchodzi on pułapki i wykrada przynętę. I ani razu nie skusił się na zatrute mięso.

Teraz ramionami wzruszył Paul.

– Wydaje mi się, że to miejscowa legenda. Nie przeczę, bardzo piękna; o gospodarzu gór. W dżungli byłby lampartem, w morzu potworem. Tu tygrysem, do tego białym.

– Trudno. Uwierzysz, kiedy przyniosę jego skórę.

„Mam nadzieję, że nie przyniesiesz” – mruknął Paul tak cicho, że usłyszałem tylko ja.

– Kawa gotowa. Zjemy śniadanie.

Póki jedli, szybko sprawdziłem jedną z moich kryjówek, gdzie ostatnio zakopałem coś w śniegu i – jak się okazało – do moich zapasów jeszcze nikt nie dotarł.

Kiedy wróciłem, obóz był pusty. Ani psów, ani ludzi. Nie mogło być lepiej! Ostrożnie węsząc nieznane i dziwnie znajome zapachy, wszedłem na udeptaną ziemię. Pierwsza sprawa – plecak. Już dawno czułem do niego sympatię, bo bardzo uwodzicielsko pachniał. Leżał na kamiennym występie, dość wysoko, ale podskoczyłem parę razy, zaczepiłem łapą i ściągnąłem go na dół. Rozerwałem wiązanie, wsunąłem głowę i uchwyciłem pierwsze, na co natrafiłem – wielki kawałek czegoś ostro i przyjemnie pachnącego, białego koloru, z dziureczkami jakby wygryzionymi przez myszy. Smak mi się spodobał. W poszukiwaniu czegoś podobnego przewróciłem plecak na bok. Białego i dziurkowanego więcej nie było, ale za to znalazły się jakieś czarne ziarna o silnym i gorzkim zapachu, i coś drobnego, podobnego do śnieżnej kaszy, bardzo słodkiego. Ziarna rozsypałem, a kaszę kilkakrotnie liznąłem. Jeszcze było dużo twardych, zimnych przedmiotów pachnących żelazem, kawałek suchego mięsa i niezwykle interesująca, przezroczysta sztuka, zwężająca się z jednego końca. Bulgotał i przelewał się w niej bursztynowo przezroczysty płyn. Przeciągnąłem po tym łapą, kombinując, jak dotrzeć do zawartości, potem wziąłem w zęby i przeniosłem do namiotu, obok którego poniewierało się trochę kamieni. Zamierzyłem się i stuknąłem o kamień wąskim końcem, ten ułamał się i płyn wyciekł na śnieg. Pachniał dziwnie, wywołując wstręt i zarazem chęć spróbowania. Liznąłem raz, drugi… Płyn palił język i przyjemnym ciepłem rozlewał się w brzuchu. Łapiąc smak, wylizałem wszystko bez reszty i poczułem się trochę niezwykle. W głowie kłębiła się lekka mgła, śnieg pod łapami się kołysał i wewnątrz gościło bardzo przyjemne uczucie, podobne do delikatnego łaskotania. Chciało mi się skakać jak głupiemu kociakowi i chwytać własny ogon. W figlarnym nastroju do końca wypatroszyłem plecak i zajrzałem do wnętrza ciemnego przedmiotu wyższego ode mnie. Okazał się złożoną ze skór jaskinią – nie było tam nic interesującego, tylko kilka długich kawałków ludzkiej odzieży. Wylazłem z niego i dokończyłem to, co zacząłem – ściągnąłem kociołek i zakopałem w białym puchu niedaleko obozu, podarłem psią uprząż, z przyjemnością wytarzałem się w śniegu, na który wylał się „wesoły” płyn. Na koniec, po zastanowieniu, wyciągnąłem z namiotu wszystkie „skóry” i odciągnąłem na drugi koniec placu. Kończąc dzieło, obejrzałem zniszczony obóz i dumnie oddaliłem się, zadowolony z siebie.

 

Steve miał rację – nie było sensu ryzykować, ale nie mogłem się doczekać, by wypróbować nowy ekwipunek. Dlatego zacząłem wspinaczkę od dostatecznie łatwego występu niedaleko od miejsca postoju. Ten jednak okazał się łatwy tylko z wyglądu; nieźle się spociłem, zanim wlazłem i przysiadłem, by złapać oddech, na naturalnym kamiennym prożku, chronionym od wiatru skałą.

Wokół leżał śnieg. Chyba nie było teraz nic wspanialszego dla mojej duszy od tej bezgranicznej, zaśnieżonej przestrzeni, iskrzącej się w jaskrawym wiosennym słońcu. Wspaniały biały świat, gdzie nie ma miejsca dla człowieka.

Wydostałem z wewnętrznej kieszeni notes i spróbowałem szkicem ołówkowym przekazać dziwne piękno tego miejsca. Załomy niedostępnych skał, bielejące wiecznym śniegiem, i czarne wąwozy… Zafascynowany rysowaniem, nie od razu poczułem na sobie uważne, studiujące w napięciu spojrzenie. Ostrożnie, unikając gwałtownych ruchów, obejrzałem się, ale nikogo nie zobaczyłem. Powtórzyło się to kilkakrotnie – wyraźne odczucie czyjejś obecności, badawcze spojrzenie i nikogo za plecami. Mimo woli przypomniały mi się barwne opowieści Steve’a o miejscowych zjawach i białym tygrysie – dziwnym stworzeniu, ni to wilkołaku, ni to mitycznym „gospodarzu” tutejszych gór. Czasami wierzyłem w niego, czasami nie, ale od początku współczułem zwierzęciu, które na pewno zostanie zabite z powodu pięknej skóry.

Cóż to takiego?! Zdecydowanie ktoś mnie obserwuje. Znów przebiegłem wzrokiem po śniegu i czarnych paskach ogołoconego kamienia. Bez rezultatu, ale, już odwracając głowę, kątem oka zauważyłem delikatny ruch, jak gdyby drgnął jeden z kamyków. Czując, że zasycha mi w gardle i serce zaczyna bić gwałtownie, odwróciłem się.

Leżał zaledwie kilka metrów ode mnie, jego futro, śnieżnobiałe w czarne pasy, całkowicie zlewało się ze śniegiem i kamieniami. Ogromny biały tygrys. Za nic bym go nie zauważył, gdyby nie zdradził się, poruszając delikatnie uchem z czarnym paskiem. Biały tygrys… Z błękitnymi, jasnobłękitnymi jak niezapominajki oczyma. Z zapartym tchem patrzyłem na niego i nie mogłem oderwać spojrzenia od tych zadziwiających oczu, w których świeciło coś niebywałego – zwierzęca mądrość.

Niesamowite! Jednak istniejesz!

Tygrys nagle przywarł do ziemi, sprężył się, jakby przygotowując się do skoku – i głucho zawarczał. Nie ruszałem się, wiedząc, że może rzucić się na mnie, ale nie spuszczałem z niego wzroku. Wtedy podniósł się, powoli cofnął, postawił przednie łapy na kamieniu ledwie wystającym ze skały i znów zamarł, teraz już w pełnej krasie. Ogromne zwierzę. Gospodarz ośnieżonego świata. Stał kilka chwil, jakby niezdecydowany, badając szczyty gór i równocześnie obserwując mnie kątem oka, a potem odwrócił się i ruszył w górę kamiennego osypiska. Przez jakiś czas widziałem jeszcze ciemne pasy na jego skórze, a potem biała sierść zlała się ze śniegiem, jakby rozpłynął się w chłodzie i majestacie gór. Dopiero wtedy podniosłem notes, który spadł mi z kolan.

Dziwne uczucie. Słyszałem, jak skrzypi śnieg pod nogami, widziałem lodowate odblaski dalekich szczytów, ciemne plamy drzew w dolinie, i czułem dziwną pustkę w sobie. Spóźniony strach? Po raz pierwszy w życiu poczułem się słaby, absolutnie bezradny, zależny od woli dzikiego zwierzęcia, które mogło zabić jednym uderzeniem szponiastej łapy. A on leżał i patrzył na mnie z wyrazem władczego spokoju – prawie pychy – w błękitnych oczach. Po tym niespodziewanym spotkaniu już prawie uwierzyłem w mistyczną naturę wspaniałego zwierzęcia. Tylko cienie albo zjawy umieją tak bezszelestnie pojawiać się i tajemniczo znikać. Opowiem Steve’owi o nadludzkiej mądrości błękitnego spojrzenia, o srebrzystym lśnieniu puszystego futra ozdobionego strzałami ciemnych pasów. I o zapachu whisky, który od pewnego czasu wyczuwam w mroźnym powietrzu?…

 

Steve wybiegł mi na spotkanie, zasapany i mocno wzburzony, wymachując resztkami psiej uprzęży.

– A nie mówiłem! Nie wierzyłeś!.. Przecież mówiłem!

– Steve, co się stało?

Ściągnij tekst:

P O W I Ą Z A N E   A R T Y K U Ł Y:

  • Brak powiązań. Teczki musiały zostać spalone.
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź


*

*

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

A pan jest człowiekiem z dziada pradziada. Może pochodzi pan od Rzymian? Może od Wilhelma Zdobywcy? A ja wiem na pewno, że pochodzę od małpy.

— A.Czechowski, Człekokształtny

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

21. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie
od do
Aktualności
Międzynarodowe Centrum Targowo-Kongresowe EXPO Kraków
Soundedit ’17 – I ty zostaniesz Numanoidem
od do
Aktualności
Klub Wytwórnia w Łodzi
The Symphony of Heroes - Music from Heroes of Might and Magic©
Aktualności
Narodowe Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego we Wrocławiu (Plac Wolności 1)
Opolcon 2017
od do
Aktualności
Zespół Szkół Elektrycznych i Zespół Szkół Ekonomicznych w Opolu przy ulicy Tadeusza Kościuszki
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!