Julij Burkin „Diamentowy chłopiec”

Opowiadania Julij Burkin - 22 listopada 2013

Jak tylko go zobaczyłem, poczułem się nieswojo. Nie to, żeby mi się nie spodobał… Co on – dziewczyna, żeby się mi podobać? Nie, po prostu coś było z nim nie tak. W czym rzecz – zrozumiałem później. Przyciągnął go starszy pomocnik Filippow, dosłownie pod sam koniec załadunku.

– Ten – mówi – poleci z nami.

Chłopak z wyglądu miał siedemnaście lat, nie więcej; Mulat albo Kreol.

– A u ciebie w domu wszyscy zdrowi, Fil? – pytam. – Jaki z niego będzie pożytek? Waży z osiemdziesiąt kilogramów! Przemnóż to przez jedenaście tysięcy trzysta dwadzieścia dwa i zobaczysz, ile baksów tracimy z powodu takiej rozrzutności. Przecież on staje się dla nas złoty! Co ja mówię, złoty? Diamentowy! Nawet nie pytam o zapłatę za przejazd, bo skąd on w ogóle może mieć kasę, chyba nawet szkoda o tym mówić?

Proste: jeśli weźmie się pasażera, to o tyle, ile on waży, załaduje się mniej pyłku. Droga sztuka ten pyłek centauryjskiego papirusu. A jak może być tani, skoro leczy raka, mięsaka i AIDS, a wlec go trzeba aż z samej Alfy?

– Przestań, dowódco, nie bądź pazerny – odparował Fil. – Skąpy dwa razy traci, słyszałeś o takim powiedzonku? Pieniędzy chłopiec oczywiście nie ma, ale w razie czego może nam pomóc. Tylko nie pytaj jak, dałem mu słowo, że bez wyraźnej potrzeby nie powiem. Weźmy go. Jako amulet.

To się nazywa „brać na lep”. W naszych sprawach „bezcłowo-handlowych” naród jest przesądny i przed żadnymi talizmanami-amuletami się nie wzbrania. Jeden ma pierścień czarodziejski, drugi – osobliwy zwyczaj, na przykład, obsiusiać przed startem poszycie, inny – woreczek z ziemią rodzinną na piersi, a ktoś kota albo papugę za sobą ciąga. Ale żeby w tym charakterze smagłolice, centauryjskie chłopisko występowało – o czymś takim jeszcze nie słyszałem.

Chciałem już zapowiedzieć Filowi, że jeśli nie będzie z chłopaka pożytku, to stratę odejmiemy z jego doli, już nawet gębę otworzyłem, ale napotkałem spojrzenie chłopca i paszcza mi się zatrzasnęła. Co takiego szczególnego było w tym spojrzeniu? A to posłuchajcie dalej.

Wołano na chłopaka Lijecho, naszej mowy nie rozumiał albo udawał, że nie rozumie. Fil porozumiewał się z nim po hiszpańsku, a oprócz niego na pokładzie nikt tym językiem nie władał. Wystartowaliśmy. Weszliśmy w zerówkę. Tu, według subiektywnych obliczeń, powinniśmy lecieć około tygodnia. Nasza załoga standardowo obcięta – sześciu ludzi. Lijecho nadliczbowy na pokładzie. Lecimy. Ale to tylko tak się mówi: „lecimy”, a według odczucia –  po prostu życie z nas ucieka. Wiecie o tym sami, bo dużo się pisze na ten temat i opowiada.

Lecimy. Zęby ćmią, skóra się łuszczy, mdli ciągle, biegunkę tabletkami dusimy, jeden drugiego nienawidzimy jak cholera. Do siebie obrzydzenie się czuje, a do innych tym bardziej. Męczymy się straszliwie, tylko Lijecho jakby się w zerówce urodził – herbatkę popija, stereo słucha, podśmiechuje się, widocznie jest tam jego ścieżka językowa. Moich pomału na jego widok zaczyna trząść. Dzień, dwa, trzy… Modest – pilot-nawigator – pewnego razu wpadł we wściekłość. W porze obiadu. Nic nie mógł przełknąć, a nasz pasażer przeciwnie: pałaszował, napychając sobie policzki jak chomik. Modest długo mu się przyglądał i w pewnym momencie się rozdarł:

– A my co, kapitanie, najęliśmy się do wożenia tej małpy?! Czyżbyśmy, taka twoja mać, mieli jacht wycieczkowo-rozrywkowy?!

Chciałem się odezwać, ale nie zdążyłem, ponieważ Lijecho tylko na niego spojrzał i Modest natychmiast się zatkał. Pomyślałem: czy ten Mulat na pewno nie zna naszego języka? Ale Modest ucichł nie na długo. To nie to, co ja. Modest nawet w dobrych czasach to perfidna i złośliwa bestia. Posiedział chwilę, popatrzył, jak chłopak żre, potem nagle pochylił się i trzepnął go leciutko po policzku. Ot tak, po prostu. Chyba z jakiejś drapieżnej ciekawości spowodowanej niezdrową atmosferą. Widocznie słyszał o Aborygenach to samo, co i ja.

Lijecho przestał żuć, odłożył widelec na stół, odczekał i wziął w prawą rękę nóż. Zamarliśmy w oczekiwaniu: bez tego pasażera dotrzemy jakoś do celu, ale bez nawigatora – czapa. Ale Mulat nie rzucił się na sprawcę obelgi. Wprost przeciwnie. Lekko odchylił się na oparcie fotela, a koniuszki trzech palców lewej ręki, bez serdecznego i małego, położył na brzeg stołu. Potem popatrzył Modestowi w oczy, i nie odwodząc wzroku, machnął nożem i odciął sobie te palce.

Co tu się działo! Jucha chlaszcze z kikutów, my w panice, Fil rzucił się do chłopaka, rękę mu do góry podniósł i krzyczy: „Bandaż! Szybko dajcie bandaż!..”. Hassan i Fat rzucili się do latryny rzygać, ja popędziłem po apteczkę… Jeszcze kątem oka dostrzegłem, jak Modest pada bez świadomości, uderzając przy tym głową o stół, a jego przyjaciel Kopysz rzuca się mu na ratunek.

* * *

Oto jak wesoło lecieliśmy do celu. W tym czasie zacząłem przypominać sobie opowieści o Aborygenach. Chociaż jacy z nich Aborygeni, to potomkowie zwykłych uchodźców. Generator zerówek został wynaleziony w czasie wojny i wielu Ziemian rzuciło się wtedy w odległe zakątki kosmosu. Bez nawigacji, bez gwarancji, że znajdą tam coś nadającego się do życia, bez możliwości powrotu na Ziemię, bez pewności, że może jeszcze ktoś do nich dołączy. Z jedną tylko nadzieją, że nowe światy będą gościnniejsze niż rodzimy, objęty pożogą. Wielu zginęło, ale niektórzy znaleźli jednak swoją Ziemię Obiecaną i teraz od czasu do czasu na nich natrafiamy. Najczęściej zdziczałych, czasami – bytujących w żałosnych, feudalno-chłopskich społecznościach. A już niezmiernie rzadko na tych, którzy zbudowali coś przyzwoitego.

Na Alfie Aborygeni niczego sensownego nie zbudowali. Drewniane domy na palach pośrodku bezgranicznych bagien i prymitywne, ubogie gospodarstwa. Ale słyszałem bajki, jakoby oni zupełnie nie bali się bólu. Nie to, że go nie czują, ale po prostu nie boją się i tyle. I śmierci się nie boją, jakby ich instynkt samozachowawczy całkiem zaniknął. Pamiętam, kiedy mi o tym opowiedziano, nie uwierzyłem, mówiąc: „Niemożliwe! Przecież oni dawno by już wymarli. Taki w bagnie będzie tonąć, nie starając się wydostać, albo ktoś podejdzie do niego i zadusi gołymi rękami, a on nawet nie piśnie”. „Nie – mówią mi – źle myślisz. Oni są bardzo dumni. Wszystko u nich opiera się na dumie i uczciwości”.

Nie twierdzę, że nie uwierzyłem, ale było mi to po prostu obojętne. No jeśli dumni, to ich sprawa, mnie nic do tego. Teraz, kiedy na własne oczy zobaczyłem historię z palcami, przypomniałem sobie całą tę gadaninę. Mówią, że nie biorą ich do wojska, ponieważ nie słuchają rozkazów, i że wszystkiemu winny jest pyłek papirusowy, którym ich w dzieciństwie na równi z mlekiem macierzyńskim napychają, przy czym normalny człowiek od dawki niewiele wyższej od leczniczej może wyciągnąć kopyta… Ale nadszedł czas, by powiedzieć, co zobaczyłem wtedy w spojrzeniu Lijecha. Było takie głębokie i puste jak próżnia, obojętne, że aż ciarki po skórze przebiegły…

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Aleksander Rudazow „Arcymag cz.2”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 16 kwietnia 2008

ARCYNOWINA! To polski debiut rosyjskiego fantasty. ARCYPRAWDA NR 1. Nic tak nie ożywia jak zmartwychwstanie. ARCYPRAWDA…

Spotkanie z Andrzejem Sapkowskim
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 listopada 2005

Biblioteka Publiczna nr 90 Dzielnicy Warszawa Praga Południe zaprasza na spotkanie z ANDRZEJEM SAPKOWSKIM, które odbędzie…

Sarah Fine „Rozłąka”
Ksiażki fantastyczne MAT - 24 kwietnia 2017

Autor: Sarah Fine Tytuł: Rozłąka (Fractured) Cykl: Strażnicy z Krainy Cieni (Guards of…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!