Nie lubię niedosytu

kompleksTytuł: „Kompleks 7215”

Autor: Bartek Biedrzycki

Wydawca: Fabryka Słów 2014

Stron: 328

Cena: 37,90 zł

 

Jestem dzikim fanem książki Arkadija i Borysa Strugackich „Piknik na skraju drogi”. Powieść ta, a zwłaszcza wymyślony na jej użytek fach stalkera, stały się inspiracją dla innych autorów. I tak powinno być, dobry pomysł zasługuje na to, by rozmaicie go interpretować i czerpać zeń pełnymi garściami. Jak to jednak z interpretacjami bywa, jedne wychodzą gorzej, inne lepiej. W przypadku Bartka Biedrzyckiego i jego „Kompleksu 7215” wyszło gorzej. Wielka szkoda.

Początek wygląda obiecująco. Dwadzieścia jeden lat po atomowo-biologicznej zagładzie w tunelach warszawskiego metra mieszkają ludzie, zorganizowani w kilka niekiedy zwalczających się sojuszy. Na powierzchni panuje atomowa zima, panoszą się mutanty. Borka, młody mężczyzna urodzony cztery lata przed wojną, jest dowódcą grupy stalkerów – ni to żołnierzy do wynajęcia, ni to strażników sojuszu Kryształowy Pałac, zasiedlającego stacje Politechnika i Pole Mokotowskie. Pewnego dnia do grupy Borki dołącza Dziadek, mężczyzna w okolicach czterdziestki, który zna położenie wojskowego kompleksu o numerze (kryptonimie?) 7215, położonego w lasach Kampinosu. Borka i jego ludzie podejmują niebezpieczną wyprawę, pragnąc spenetrować tajemniczy obiekt. Ponadto szef stalkerów żywi nadzieję, że może dowie się tam czegoś o ojcu, przed wojną oficerze w randze porucznika, zatrudnionym gdzieś pod Warszawą przy ściśle tajnym projekcie.

Wygląda wspaniale – i do połowy równie wspaniale się czyta. Autor zatroszczył się i o miejscowy folklor, i o zróżnicowanie poszczególnych zamieszkujących metro wspólnot, a nawet o nowe spojrzenie na wiarę. Rzeczywistość dwadzieścia jeden lat po wojnie jest skomponowana perfekcyjnie, niemal można ją zobaczyć. Pole Mokotowskie zarośnięte zmutowanymi chaszczami, skrzydlaty drapieżnik gnieżdżący się na trzydziestym piętrze Pałacu Kultury i Nauki, las wdzierający się na tereny, gdzie kiedyś były ruchliwe ulice. I w takim świecie…

… ano właśnie.

Jedyne (ale za to bardzo poważnie) moje zastrzeżenie dotyczy konstrukcji akcji. Borka i jego żołnierze wyruszają w drogę. Wędrują, wędrują, negocjują, walczą, wspominają, wędrują, potem jeszcze trochę walczą, coś tam znajdują… i koniec. A gdzie finał? Bo stwierdzenie: „Oni byli tu przez cały czas, doskonale zaopatrzeni, a potem poszli sobie i zostawili nas na pastwę losu.” nie jest dla mnie godziwym zakończeniem, pozostawia potężny niedosyt. Zwieńczenie akcji – jeśli w ogóle można tu mówić o jakimkolwiek zwieńczeniu – jest tak bezbarwne, że cała pierwsza opowieść zdaje się tylko prologiem do czegoś więcej.

Owszem, jest coś więcej… i jednocześnie nie ma. Książka nosi podtytuł „Opowieści z postapokaliptycznej aglomeracji” i rzeczonych opowieści jest trzy, z których pierwszą omówiłem powyżej. Oprócz niej dostajemy dwie historie, z grubsza nazwijmy je obyczajowymi, opowiadające o ludzkiej egzystencji po zagładzie. Rozumiem, że autorowi zależało na ukazaniu rozmaitych ludzkich postaw w obliczu ogólnoziemskiego kataklizmu – i to udało mu się znakomicie. Jednak doskonale skonstruowane tło i pełni życia bohaterowie to tylko połowa opowieści. Drugiej połowy, czyli dobrze poprowadzonej i pomysłowo zakończonej akcji, niestety zabrakło. A szkoda.

„Kompleks 7215” nie jest książką dobrą. Nie jest również książką złą – jeśli wziąć pod uwagę wszystkie plusy i minusy, jest książką nijaką. Ma świetne, klimatyczne momenty, jak choćby ten, w którym Borka odwiedza mieszkanie, w którym jego rodzina mieszkała przed wojną, i oddaje się wspomnieniom, spoglądając na zdewastowane sprzęty i wybite okna. Niestety, świetne momenty to trochę za mało. A mogło być tak pięknie.

Kazimierz Kozłowski

Ściągnij tekst: