Adam Namięta „Droga do gwiazd – droga do zapomnienia”

Kilkadziesiąt lat życia na drugim planie, by nie powiedzieć wręcz – w zapomnieniu. To jeden z tych twórców, o których pamiętają co prawda niektóre leksykony filmowe i internetowe wyszukiwarki, ale ludzie już niekoniecznie. Prawdopodobnie urodził się w niewłaściwym czasie, przede wszystkim zaś po niewłaściwej stronie oceanu, w gronie tych, którzy przegrali w latach 60. międzymocarstwowe „gwiezdne wojny”. Jego talent i pasja zostały osierocone przez ideologię wówczas, gdy były jej już niepotrzebne. A przecież z jego twórczości czerpali i Kubrick, i Lucas, i Cameron, a więc ci twórcy, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii amerykańskiego (i zarazem światowego) kina. Znają ich wszyscy, a kto dziś kojarzy Pawła Kłuszancewa?

Paweł Kłuszancew, urodzony w Petersburgu, w częściowo szlacheckiej rodzinie (ze strony matki), poznał prędko gorszą stronę – załóżmy optymistycznie, że były jakieś lepsze – Związku Radzieckiego. U Kłuszancewów nie przelewało się po rewolucji, matka zajęła się nauczaniem, a ojciec, który za cara uzyskał nobilitację szlachecką za działalność w Ministerstwie Handlu i Przemysłu, po zdobyciu władzy przez komunistów sprzedawał przez niedługi czas, aż do śmierci w 1919 roku, bilety na stacji kolejowej. Przyszłemu twórcy „Drogi do gwiazd” i jego bliskim cały czas groziły represje z powodu niewłaściwego pochodzenia. W latach 30., podczas tzw. wielkiej czystki, niebezpieczeństwo przybrało realne kształty – brat matki Kłuszancewa, były oficer Białych, został po procesie związanym ze śmiercią Siergieja Kirowa zesłany do obozów. Terror nie ominął też studia filmowego, w którym pracował przyszły reżyser, wówczas jeszcze technik i operator. Jednemu z kierowników, niejakiemu Ażoginowi, wytoczono proces o sabotaż, mimo że – jak pisał w swoich notatkach Kłuszancew – popełnił on tylko nieumyślnie pewne błędy w administrowaniu, wynikające zresztą bardziej z zaniedbań poprzedniego kierownictwa. Większość pracowników potwierdziła jednak oskarżenie, niektórzy milczeli, nielicznych, którzy się z nimi nie zgodzili, nazywano ślepymi albo niebezpiecznymi. Kłuszancew napisał – nie bez strachu, jak przyznał – list do jednego ze współpracowników Stalina, Andrieja Żdanowa, w którym nazwał całą sytuację politycznym błędem. Nie odpowiedziano mu, oskarżyciela zwolniono jednak ze stanowiska po niedługim czasie, a Ażogina po procesie sądowym, którego nie uniknął, uniewinniono. Ostatecznie niedawny kierownik pracowni filmowej i tak niebawem zmarł na zawał, być może z powodu przeżytego stresu.

Życie w niepewności, wcale nieobce przecież Sowietom również przed latami 30. i później, w czasie wielkiego terroru stało się doświadczeniem o najszerszym zasięgu, masowym, dzielonym tak przez niedawnych piewców czerwonej ideologii (stąd też poniekąd jego historyczne wyeksponowanie), jak i dawnych „podejrzanych”, rekrutujących się z klas czy grup od początku niegodnych zaufania. Jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń dla Kłuszancewa, petersburżanina z urodzenia, przez lata mieszkającego w grodzie nad Newą, była jednak prawdopodobnie ponad dwuletnia blokada tego miasta po ataku na ZSRR niedawnego sojusznika, niemieckiej III Rzeszy. Śmierć, która zabrała setki tysięcy mieszkańców ówczesnego Leningradu, czy to z braku żywności i z zimna, czy z powodu chorób, czy też w wyniku ataku nieprzyjaciela, stała się dla oblężonych codziennością. Paweł, jedną nogą już po drugiej stronie, złożony dystrofią, został uratowany przez żonę, dopiero co poślubioną Nadię Kalininę. Sama daleka od pełni zdrowa, plująca krwią i cierpiąca głód jak jej mąż, zaciągnęła go sankami do polowego szpitala – 12 kilometrów w jedną i drugą stronę. Śmierć nie ominęła jednak rodziny Kłuszancewów. Paweł nie namówił matki do ucieczki podczas zorganizowanej później ewakuacji, kobieta była bowiem przekonana, że i tak nie podoła trudnej podróży. Kłuszancew poszedł z żoną i dzieckiem. Matka i jej bracia nie przeżyli blokady Leningradu.

Wspomnienia o wojnie czy mniej lub bardziej zawoalowane wzmianki o terrorze komunistycznym nie pojawiają się często w skromnej autobiografii Kłuszancewa (skompilowanej z przedwojennych notatek reżysera przez jego córkę), zainteresowanego przede wszystkim techniką i pracą w studio filmowym, dają jednak wyobrażenie o warunkach, w jakich rozwijały się talent i pasja twórcy „Drogi do gwiazd”, warunkach jakże innych od tych, w których dojrzewali twórczo amerykańscy pionierzy kina science fiction. Kłuszancew od najmłodszych lat majstrował, tworzył miniatury okrętów, w czasach studenckich zaczął przygodę z filmem, najpierw wyłącznie od strony technicznej, ale z czasem zaczął łączyć – a przynajmniej chciał – to zainteresowanie z pragnieniem tworzenia czegoś własnego, z opowiadaniem historii. Niestety, tej symbiozy nie sposób było wcielić w życie w ZSRR bez uwzględnienia pasożyta – ideologii.

Kłuszancew nie był typem artysty z zapałem wysługującego się władzy, daleko mu było np. do niektórych literatów, takich jak Maksym Gorki czy Aleksy Tołstoj, niemniej podkreślone przez Lenina pierwszeństwo kina przed innymi sztukami było zobowiązujące w realiach sowieckich. Orbita, po której biegł talent przyszłego reżysera „Planety burz”, przecięła się z tą wyznaczoną przez czerwoną ideologię. Kłuszancew pierwsze kroki jako reżyser stawiał przy „Aurorze”, ale to „Meteoryty” i „Droga do gwiazd” zwróciły uwagę Kremla. Ostatnie z wymienionych dzieł powstało u progu „złotej ery” Sowietów, której tło stanowiły „gwiezdne wojny” między dwoma mocarstwami. Początkowo idea filmu nie wzbudziła entuzjazmu ani władz, ani zideologizowanego filmowego środowiska, wydawała się bowiem zbyt niepoważna, zbyt odległa od tego, co powinno interesować twardo stąpającego po ziemi człowieka sowieckiego, ale gdy tylko pierwszy sputnik został z powodzeniem wystrzelony w przestrzeń kosmiczną, klimat zmienił się o 180 stopni i postanowiono wykorzystać pomysł reżysera. Kłuszancew, którego do stworzenia dzieła z 1957 roku popchnęły pasja i fascynacja tym, co znajduje się poza naszą planetą, podsycił mimowolnie kosmiczną gorączkę w ZSRR. Optymizm i wiara w postęp, którymi pulsuje ten pół dokument, pół fabuła, mogą zmylić odbiorcę, ponieważ wydają się charakterystyczne dla sowieckiej propagandy, tymczasem są w tym dziele obecne także zapał i entuzjazm samego Kłuszancewa, w znacznym stopniu niezależne od czerwonej ideologii.

O tym, że innej jakości i proweniencji były te uczucia u Kłuszancewa niż w przypadku rządzących Sowietami genseków, może wymownie świadczyć odrzucenie jego kolejnego pomysłu – filmu „Moonstone”. Reżyser niedawnej „Drogi do gwiazd”, w której już dyskretnie dawał do zrozumienia, że kosmos jest dla niego nie tyle przestrzenią rywalizacji, ile potencjalnym nowym domem człowieka, w projekcie nowego dzieła nieszczęśliwie popełnił grzech uniwersalizmu i defetystycznego pacyfizmu. Trzy grupy kosmonautów z różnych krajów (USA, ZSRR i RFN) miały wylecieć w przestrzeń kosmiczną oddzielnie, współzawodnicząc ze sobą, ale w wyniku kłopotów technicznych – wrócić wspólnie. Taki scenariusz był dla czerwonej władzy nie do zaakceptowania, dlatego jedyna pełna fabuła Kłuszancewa, „Planeta burz”, była skromniejsza w promowaniu idei budowania, a nie burzenia mostów. Sowieccy kosmonauci polecieli w niej na Wenus tylko z amerykańskim robotem Johnem i czuwającym nad nim Amerykaninem – Kernem. Maszyna została przedstawiona niejednoznacznie. Gdyby nie antagonizm między dwoma mocarstwami w tle, można by powiedzieć, że „Planeta burz” antycypowała popularny do dzisiaj (a raczej – szczególnie dzisiaj) wątek niepewnej relacji między człowiekiem a sztuczną inteligencją, tyle że tutaj nie jest to jeszcze jej świadomy bunt, ale przede wszystkim zwyczajna awaryjność sympatycznego skądinąd (i lubianego również na planie filmowym) Johna. Ot, prztyczek w nos Amerykanów, których myśl technologiczna została przedstawiona w filmie może nie  jadowicie krytycznie, ale z wyraźnie widoczną ambiwalencją. I ten film Kłuszancewa nie uniknął jednak pomruków ze strony niektórych urzędników Kremla. Masza, kosmonautka, która została na orbicie, podczas gdy mężczyźni wylądowali na Wenus, roni łzy, zbyt niestosowne jak na standardy sowieckiej wrażliwości. Kobieta sowiecka, a szczególnie kosmonautka, nie powinna się mazgaić. Zapatrzony w kosmos reżyser raz jeszcze okazał się zbyt ludzki dla budujących raj na ziemi komunistów.

Ściągnij tekst: