O romansach dla kucharek

Recenzje fantastyczne Fahrenheit Crew - 28 kwietnia 2012


Ju Honisch

Obsydianowe serce, t. 1,2

Tłum.: Robert Kędzierski

Fabryka Słów 2011

Stron: t. 1: 449, t. 2: 397

Cena: t. 1: 37,80 zł; t. 2: 37,80 zł

 

 

 

 

W szalonych latach 20. i 30. XX w. Jadwiga Courths-Mahler napisała kilkadziesiąt powieści. Były to ówczesne harlequiny – niezmiennie pojawiało się w nich skromne, cnotliwe dziewczę z nieciekawą przeszłością rodzinną, które rozpaczliwie potrzebowało męża. Ten zawsze się pojawiał – zazwyczaj był nim przystojny potomek arystokratycznego rodu, z wielkim zamkiem, jeszcze większym kontem w banku i dorównującym mu zniewalającym męskim magnetyzmem. Niewinna dziewica ujmowała go swą naturalnością i świeżością oraz umiejętnością myślenia (to, że była przy tym piękna, rozumie się samo przez się), a hrabią zaczynały targać namiętności. Bohaterka poznawała smak prawdziwego pocałunku, po czym następował nieuchronny ślub. Książki Courths-Mahler były popularne wśród niezbyt zamożnych kobiet z zerowymi perspektywami na awans społeczny, stąd też zyskały miano romansów dla kucharek.

Po co ten nieco przydługi wstęp?

W ręce moje białe wpadła książka Ju Honisch „Obsydianowe serce”. Tekst okładkowy reklamuje ją jako powieść gotycką z dozą czarnego humoru i szczyptą steampunku. Zachęcona – sięgnęłam. I to był mój błąd. Bo w miarę czytania z rozczarowaniem konstatowałam, że nie znajduję w niej ani gotyku, ani czarnego humoru, ani steampunku, a jedynie romans dla kucharek.

Jest w niej wszystko, co trzeba, przede wszystkim naiwna, cnotliwa dziewica szukająca męża. Jest też bogaty, doświadczony, muskularny pułkownik o dzikim wejrzeniu, który budzi w niej osobliwe, nieokiełznane żądze. Jest przyzwoitka, co chwila perorująca o tym, co młodej pannie wypada, a co nie wypada. Podobnie istotnymi dylematami pochłonięci są wszyscy bohaterowie, nieważne, czy chodzi o zalotną pokojówkę, pięknego podporucznika czy niegodziwego mnicha. Powaliła mnie absurdalność sceny, w której kilkoro bohaterów urządza w hotelu polowanie na widmowego krwiożerczego potwora, czyhającego, by zawładnąć naszym światem, a z polujących wypuścić wątpia. Atmosfera gęstnieje, towarzystwo jest świadome, że starcia może nie przeżyć, a jeden z polujących na widok odsłoniętej podczas biegu kostki damy w stu procentach poważnie snuje niekończące się dywagacje, czy to aby uchodzi, i czy przypadkiem dziewczę dozgonnie nie zniszczy sobie reputacji. Przesadna egzaltacja i pruderia nie stanowią jedynych cech epoki wiktoriańskiej, w której zazwyczaj umiejscawia się utwory steampunkowe. I dobrze byłoby, gdyby autorka o tym pamiętała. Niestety, nie tym razem.

Nawet istoty nadprzyrodzone, dzięki istnieniu których książka rości sobie prawo do bycia fantastyczną, są jakieś takie… kucharkowate. I zniewalająco urodziwy, szarmancki i śmiertelnie niebezpieczny wampir (z tytułem grafa, rzecz jasna) zakochany bez pamięci w ludzkiej kobiecie, i potwór z cienia, lubieżnie obmacujący widmowymi mackami naszą cnotliwą dziewicę (która wzdraga się, targana mdłościami). Rozumiem, że konwencja zakłada pewną naiwność wizji, ale – jak na mój gust – owa naiwność jest tak olbrzymia, że zamieniła się w karykaturę siebie samej.

Rzadko zdarza się, bym podczas czytania zwracała uwagę na język. Jeśli rzecz jest interesująca i potrafi mnie wciągnąć, daruję wiele – i autorowi, i tłumaczowi. Niestety, nie w tym przypadku. Nader często trafiały się fragmenty pełne krótkich, rąbanych zdań, sprawiających, że podczas czytania wzrok podskakiwał mi jak wóz na drewnianych kołach jadący po bruku. Książkę tłumaczył Robert Kędzierski – traf chciał, że dopiero co czytałam inną powieść w jego przekładzie. Zaserwował nam tam piękną, potoczystą narrację, zdania doskonale łączące się w harmonijną całość. Co doprowadziło mnie do smutnego wniosku, że książka Ju Honisch jest po prostu tak napisana – momentami nieporadnie, momentami nadmiernie kwieciście. I trudno jest mi szukać wytłumaczenia w języku oryginału, czyli w niemieckim. To język poetów – tylko trzeba umieć go używać.

Z notki okładkowej mogę wyczytać, że autorka poświęciła się fantastyce, bo dobrze czuje się z dala od głównego nurtu literackiego. Bardzo mi przykro, ale jestem zmuszona potraktować to jako ostrzeżenie – bo jeśli jeszcze kiedykolwiek napotkam książkę sygnowaną nazwiskiem Ju Honisch, będę trzymać się od niej z daleka.

Hanna Fronczak

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

O poszukiwaniu nowego domu
Recenzje fantastyczne Jacek Falejczyk - 3 sierpnia 2018

Recenzja książki „Hajmdal. Początek podróży” Dariusza Domagalskiego. Klasyczne space opery rządzą się…

Strażak Stephanie
Recenzje fantastyczne A.Mason - 17 grudnia 2013

David Weber, Jane Lindskold Czas ognia Rebis 2013 Stron: 285 Cena: 29,90 zł…

Lichotka czyli niezwykłe studium językowe
Recenzje fantastyczne Fahrenheit Crew - 28 marca 2012

Marta Kisiel Dożywocie Fabryka Słów, 2010 Stron: 376 Cena: 31,90 zł   Zaczyna…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!