A. Kosel „Quis custodiet”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 29 lipca 2012

Bezczas

Trzeci dzień czasu okrętowego. Tam, na zewnątrz, nie minęła nawet sekunda. Tutaj – trzeci dzień. Dokładnie – szósta godzina trzeciego dnia. Do końca jeszcze dwanaście godzin. Do tego czasu nie mam praktycznie nic do roboty. Oprócz myślenia. Szare ściany kajuty nie nastrajają optymistycznie. Nigdy nie miałem pojęcia, dlaczego wszystko na statku ma być szare. Zapewne jakiś mądry człowiek dowiódł, że w ten sposób nic nie będzie rozpraszało myśli. Bo, dopóki nie dotrę, mam tylko jedno zadanie. Myślenie.

 

Ziemia. Memo 24031

Siedzę w gabinecie Szefa. „Moja” część to fotel i niewielki stolik. Puste ściany w nieskazitelnie kremowym kolorze. Z lewej okno z widokiem na kopuły miasta. Oczywiście holo. Żadnego okna być tu nie może. Za głęboko po ziemią. Przede mną matowo czerni się płyta. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jak wygląda „jego” część gabinetu. Nikt też nie wie, jak wygląda sam Szef, ani nie słyszał jego prawdziwego głosu. Tylko zmieniony przez modulatory. Zawsze taki sam.

– Polecisz.

Polecę, oczywiście że polecę. Inaczej… po co by mnie tu wezwał.

– Daleko? – pytam.

– Niecałe trzy dni w jedną stronę – odpowiada.

Trzy dni? Niecałe trzy dni?

– Blisko – zauważam, żeby tylko coś powiedzieć.

– Najbliżej jak tylko można.

 

Bezczas

To mój trzeci lot. A zatem, zgodnie z procedurą, ostatni. Leżę, gapię się w sufit kajuty. Gdy zaczynano loty, nikt nie wiedział, jak będzie zachowywał się ludzki organizm w takich warunkach. Podejrzewano wszystko – od rozstroju nerwowego do katatonii. Kiedy pierwszy raz wysłano człowieka w Bezczas, wszystkie służby Projektu postawiono w stan pogotowia. Po powrocie na pierwsze standardowe pytanie jak się czuje podróżnik wzruszył tylko ramionami i powiedział: „Wynudziłem się”.

 

Ziemia. Memo 24032

Poprawiam się w fotelu. Najbliżej jak tylko można?

– Proxima? – zgaduję. – Co tam wykryto?

– Nic – odpowiada Szef. – Tam jest absolutnie czysto.

Zaczynam czuć się nieswojo. Szef nigdy nie bawił się w zgaduj zgadulę. Co może być bliżej niż Proxima? Zaczyna we mnie kiełkować paskudne podejrzenie. Pochylam się, chrząkam.

– Tak – mówi Szef. – Ziemia.

 

Bezczas

Tak naprawdę to nie jest lot. Statek nie jest statkiem. Te nazwy przyjęto trochę ze względów bezpieczeństwa, a trochę ze zwykłego powodu, żeby nie utrudniać sobie życia. Podobnie komorę wykutą głęboko w korzeniach Andów nazywano Kosmodromem. Tam znajdowało się wszystko, co było związane z Projektem Grendel.

 

Ziemia. Memo 24033

Czuję, że mam sucho w ustach.

– Od dawna? – mój głos brzmi chropawo.

– Pół roku temu – głos Szefa, przetworzony przez elektronikę, jest jak zwykle beznamiętny.

Sporo czasu. Na pewno wiedzą już wszystko. Przez chwilę wyobrażam sobie, ile musieli wypuścić tam sond.

– Jaka zbieżność? – nie mogę się powstrzymać od pytania.

– 99% – brzmi odpowiedź.

 

Bezczas

Początek Projektu sięga czasów, gdy uporano się z problemami energetycznymi. Najpierw zimna fuzja, potem energie czarnych dziur. Narodziny ery kosmicznej. Bezpieczny napęd jądrowy, a później fotonowy, otworzyły drogę do gwiazd. Może nie do wszystkich od razu, ale można już było realnie myśleć o dotarciu do celu w rozsądnym czasie, z wykorzystaniem hibernacji. Setki tysięcy sond wysyłanych w głąb wszechświata w każdej milisekundzie przesyłały na Ziemię petabajty informacji, wykorzystując tachionowe strumienie jako nośniki. Mając takie dane, można było pokusić się o wysłanie wypraw załogowych. Można było nawet myśleć o kolonizacji innych układów. Pomyślano o tym – i robiono to.

A potem powstał Projekt Grendel. Błogosławieństwo ludzkości. I wrzód na jej ciele.

 

Ziemia. Memo 24034

Przez chwilę siedzę nieruchomo, trawiąc informację. 99% zbieżności. To prawie my. Druga Ziemia, druga ludzkość. Drugi ja.

 

Bezczas

Jak to często bywa, podwaliny Grendela były dziełem przypadku. Grupa naukowców pracująca nad ostatecznym obaleniem teorii Everetta, zakładającej multiplikację wszechświatów wskutek oddziaływania efektu kwantowego, odkryła coś dokładnie przeciwnego. Obok naszego wszechświata istniały inne. Co więcej, przy wykorzystaniu dostępnych nam energii można było robić przejścia.

Tak błyskawicznego utajnienia prac i w tak głębokim stopniu (dosłownie i w przenośni) w swej historii ludzkość jeszcze nie notowała. Oprócz naukowców, którzy dokonali odkrycia, wiedzę o projekcie posiadało może ze trzydzieści osób na całej planecie. A jednocześnie połowa instytucji naukowych pracowała na jego rzecz. Nie mając o tym najmniejszego pojęcia.

 

Ziemia. Memo 24035

Przerywam milczenie.

– Dostanę materiały? – Ni pytanie, ni stwierdzenie z mojej strony.

– Nie tym razem. – W wyobraźni widzę niemalże, jak Szef wzrusza ramionami. – Znasz przecież Ziemię.

Powinienem się tego spodziewać. Po co mi materiały. Znam Ziemię. Znam jej góry i oceany, wiem jak wygląda niebo, jak smakuje woda, jak pachnie powietrze. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach.

– A ten jeden procent? – próbuję. – Jakie są różnice?

– Niewielkie – pada odpowiedź. – Kilka gatunków zwierząt, parę nowych roślin. Geografia praktycznie bez zmian.

– A ludzie?

– Tacy sami.

 

Bezczas

Wstaję, robię kilka kroków po kabinie i kładę się z powrotem.

Przejścia były możliwe, ale powroty nie zawsze. Na kilkaset wygenerowanych koordynatów wracała jedna, czasami dwie sondy. Te, które natrafiły na wszechświaty o tej samej fizyce. W innych nie miały prawa przetrwać – ale to już nie leżało w kręgu zainteresowania Projektu Grendel. Skoro nic z naszego wszechświata nie mogło tam przetrwać, to było też odwrotnie – nic stamtąd nie mogło się przedostać tutaj. Grendel zajmował się tylko tymi, gdzie sam mógł dotrzeć. I skąd dotrzeć można było do nas. Do ludzi.

 

Ziemia. Memo 24036

– Tacy sami? A technologicznie?

Chwila milczenia. A potem pada odpowiedź.

– Pół kroku przed ekspansją w kosmos.

 

Bezczas

Początkowo próbowano wykorzystać technologię przejścia do podróżowania w naszym kosmosie. Okazało się to niemożliwe. Transferu można było dokonać w dowolny punkt przestrzeni innego wszechświata, nieważne, jak odległy. Ale wracało się zawsze do miejsca startu. Nie można było także trafić w inny moment trwania uniwersum. Marzenia o podróżach w czasie pozostały marzeniami. Czas w wymiarach, pomiędzy którymi były możliwe przejścia, biegł tak samo.

 

Ziemia. Memo 24037

Zaciskam pięści, aż bieleją mi kostki. Nie pytam, czy Rada pojęła już decyzję. Inaczej by mnie tu nie było.

Tuż przed ekspansją. Czyli mają już wystarczające źródła energii. A odkrycie technologii przejścia było, przynajmniej u nas, sprawą przypadku. Równie dobrze mogą odkryć ją jutro.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Elif Şafak „Bekart ze Stambułu”
Ksiażki fantastyczne - 31 marca 2010

Wydawnictwo Literackie Dwa miasta: Stambuł i San Francisco, dwie rodziny: turecka i ormiańska, jeden…

www.acclarke.pl
Aktualności - 13 grudnia 2005

16 grudnia swoje 88. urodziny obchodzić będzie sir Arthur C. Clarke, brytyjski pisarz…

Charles Dickens „Tajemnica Edwina Drooda”
Ksiażki fantastyczne - 3 lipca 2010

Replika Rozwiąż zagadkę Dickensa! Jedyna napisana przez Dickensa powieść kryminalna Tajemnica Edwina Drooda.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!