Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Bartłomiej Sztobryn „Wiara Róży”

Opowiadania Bartłomiej Sztobryn - 21 października 2020

Fahrenheit objął patronatem tegoroczną edycję konkursu literackiego „Jaskier” organizowanego przez Cech Fantastyki SkierCon. W tym roku napłynęło rekordowo dużo prac a jury miało niełatwe zadanie wyboru tych najlepszych. Po burzliwych obradach przyznano nagrody główne w dwóch kategoriach wiekowych a wyróżnienia aż w trzech. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować ich prace na łamach naszego portalu. Dzisiaj przedstawiamy opowiadanie wyróżnione w kategorii wiekowej 20+ oraz jego autora, Bartłomieja Sztobryna.

 

Bartłomiej Sztobryn: z zamiłowania fantasta, z wykształcenia filozof, z duszy buntownik. Niepokorną naturę poskramia za pomocą słów. Myślom pozwala szaleć, rozwijając je w powieściach, opowiadaniach i scenariuszach. Marzy, by pewnego dnia jego opowieść odmieniła czyjeś życie. Koneser gier z treścią, zarówno tych „bez prądu”, jak i takich, co trochę go potrzebują.

Ilustracja na podstawie fotografii Sebastiana Palomino z Pexels

WIARA RÓŻY

 

Genewa, dnia 31 grudnia 1832 r.

 

Teofilu!

Piszę do Ciebie, gdyż nie miałem serca narażać mojej biednej mamy i cioci, na tę opowieść. Opowieść tak straszną, że siedzę teraz i w środku nocy układam ten list, albowiem zdarzenia, jakie stały się moim udziałem, ożyły ponownie w mych snach. Sprawiły, żem zerwał się zlany zimnym potem. Z drugiej strony nie mogę stwierdzić, bym w tej przygodzie spotkał zło w najczystszej postaci. Dlatego bacz, drogi Filu. Zaklinam cię, miej baczenie i jeśli nie chcesz poznawać tej historii, spal niniejszy list. Piszę bowiem do Ciebie w nadziei, że przelanie na papier tych wszystkich rzeczy, którem przeżył, pozwoli mi wreszcie pojąć i rozsądzić to, czegom się dowiedział. A nade wszystko, że uwolni to mnie od zdarzeń, którem widział na własne oczy, a które teraz nawiedzają mnie w koszmarach.

Otóż, jak wspominałem w liście oficjalnym adresowanym zwłaszcza do mamy, w trakcie jednostajnej podróży dyliżansem z Paryża do Genewy wraz z innymi pasażerami opuszczałem zaprzęg i wędrowałem po górach. Moi kompani dość szybko poniechali tej rozrywki. Zaraz więc, w czasie kolejnych samotnych spacerów, zacząłem odczuwać potworną nudę. Milczenie doskwierało, a słuchanie powiewu wiatru i szumu górskich potoków razu pewnego sprawiło, że zasiedziałem się na kamieniu. Zmarzłem na kość, a dyliżans wyprzedził mnie tak bardzo, że musiałem iść pieszo do naszego kolejnego postoju. Obawiałem się, że następnego dnia nigdzie nie pojadę i zostanę chory w zajeździe. Szczęśliwie tak się nie stało.

Od tamtego zdarzenia usilnie poszukiwałem partnerów do swoich wędrówek. Bałem się jednak pytać wprost, żebym nie został odebrany jako ten, który chce się popisywać tężyzną. Jak na przykład ów szybkobiegacz, co w Paryżu zachwalał swą kondycyę, a któremu żem kroku w górach dotrzymał.

Spostrzegłem wkrótce, że pewna para moich współpasażerów upodobała sobie górskie spacery tuż po tym, jak słońce chowało się za górami, gdy niebo mieniło się barwami od pomarańczy przez róż, fiolet aż po granat na wschodzie. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że wychodzili najchętniej, gdy chmury zasłaniały wielobarwny nieboskłon. Tak strasznie mnie zaciekawiło to ich upodobanie do późnej pory i ponurej pogody, żem jednego dnia postanowił nie udawać się na poranną włóczęgę, jeno poczekać w dyliżansie aż oni wyjdą.

Pozwól mi tu, drogi Filu, na wtrącenie ich opisu. Gdybyś ich zobaczył, z pewnością dałbyś się zwieść, że oto siedzi przed tobą zwyczajna para małżonków. Jegomość wysoki, z bujną czupryną oraz brodą. Nie tak stary, by siwieć, ale widoczne zakola zdradzały, że nie był już młodzieniaszkiem. Do tego jeszcze tajemnicze spojrzenie szarozielonych oczu. Odniosłem wrażenie, że gdyby zdarzyło mi się zamieszkać w jego włościach nawet na całe trzysta sześćdziesiąt pięć dni, poznałbym ledwie pięćdziesiąt ze wszystkich jego oblicz.

Jego towarzyszka zaś… Drogi Filu, oto siedział przede mną nobliwy posąg. Skórę miał białą niczym alabaster. Usta niezbyt duże, acz wielce kształtne i niemal czerwone. Czerwono-czarna suknia doskonale dopełniała ich barwę. Spod czepka, całego czerwonego, wystawały złote pasma włosów. Drobnej była budowy owa istotka i piersi też nie miała wielkich, choć kształtnie uwypuklały aksamitny przód sukni. Nie mogłem napatrzeć się na to, com widział, choć broniłem się przed samym sobą jak mogłem. Nie godzi się przecież gapić na damę jak jakiś łapserdak, nieważne jak piękną. Przyznam ci się jednak, że zawiodłem. W dniu, w którym postanowiłem nie wychodzić na poranną wędrówkę i pierwszą część podróży wraz z parą odbyć dyliżansem, moje oczy spotkały się z jej spojrzeniem. Jestem pewien, że trwało to krótką chwilę, acz w tamtym momencie odniosłem wrażenie, że czas dziwnie zwolnił. Sekundy stały się minutami, a potem rozciągnęły się do kwadransów. Drogi Filu, jam w tamtej chwili niemal utonął w jej spojrzeniu. W oczach niebieskich jak bezchmurne niebo.

Kiedym się obudził, bo chyba spałem, acz może byłem nieprzytomny, zahipnotyzowany magią pięknych oczu, tych dwojga już nie było.

Chwilę trwało, nim odgadłem, że musi być naprawdę późno. Dyliżans zatrzymał się nagle, a woźnica ogłosił koniec trasy na dany dzień. Drogi Filu, nie mam pojęcia, jakim sposobem przespałem taki kawał drogi. Co mi się śniło w tym czasie – nie pamiętam.

Opuściłem dyliżans. Rozejrzałem się. Austeryę urządzono w starym budynku, długim jak stajnia. Obok niego stała niewysoka, okrągła wieża. Wyraźnie nadgryzł ją ząb czasu i piszę to dosłownie, gdyż jej wierzchołek pochłonęły żywioły. Wiał przejmujący wiatr, tak silny, że zdawało się, iż to nie on, a duchy z tejże zniszczonej wieży wyją do wtóru odgłosów z zajazdu.

Po chwili jednak wśród dźwięków rozróżniłem specyficzny jęk. Rytmiczny i powtarzalny. Dobiegał z najniższego okna wieży. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Czemu moja ciekawość powiodła mnie bezmyślnie dalej?!

Znalazłem nadwątlony kawałek ściany. Odrapane cegły wystawały niczym drabina czy ukryte schody. Stopnie prowadziły wprost do pierwszego okna. Wyglądały jak połamane, wystające zęby olbrzymiego żebraka, które po jego śmierci wykorzystano jako budulec. Wspiąłem się, jakbym w transie był. Skąd ta ciekawość się we mnie zbudziła?! Teraz zdaje mi się, że sam diabeł, chcąc zakpić z ułomności ludzkich, wybrał na ofiarę swego żartu właśnie mnie. Ogłupił czarami swemi.

Wszedłem do środka przez okno. Naraz ujrzałem dziewczynę o złotych włosach i alabastrowej skórze. Leżała na własnej sukni, naga niczym Ewa w raju. Jednak to było piekło, Filu!

Jedynym co miała, były więzy na nadgarstkach. Czarna postać w pelerynie leżała na niej, dociskając ją do sukni rozłożonej na podeście podniszczonych schodów. Wielką dłonią kneblowała jej usta. Biodrami poruszała się bestialsko między jej udami. Z każdym pchnięciem łajdaka w czerni dziewczyna wydawała stłumiony, płaczliwy jęk. Drogi Filu, czy każdy postąpiłby tak jak ja? Czy może wspiąłem się wtedy na wyżyny swojej głupoty?

Z krzykiem rzuciłem się na zwyrodnialca. Odskoczył. Dziewczyna z przestrachem spojrzała w moim kierunku. Oczy jej błysnęły. Naraz zaszły krwią. W następnej chwili była już na nogach. Rozerwała więzy. Chwyciła… moje gardło! Dziewczyna, Filu! Dziewczyna! Podniosła mnie! Sznury, które ją krępowały jeszcze chwilę wcześniej, wisiały na jej nadgarstkach rozerwane niczym stare szmaty.

Odrzuciła mnie na bok, jakbym nic nie ważył. Przeleciałem w powietrzu dobry metr. Głową uderzyłem o ścianę wieży. Błyskawice bólu przeszyły me ciało. W ciemności ujrzałem ruch. Dziewczę pełzło po ścianie. Zwinne niczym pająk, a szybkie jak wilk ścigający ofiarę. Skoczyła na ziemię. Nogi rozstawione miała równie szeroko jak ramiona. Skoczyła do mnie. Zasłoniłem się ramieniem przed jej obnażonymi kłami. Kły przebiły się przez ubranie, a potem przez skórę. Ujrzałem błysk jej przekrwionych oczu. Potem stało się coś, czego do tej pory nie potrafię sobie wyjaśnić. Bóle wszelkie nagle zniknęły. Zastąpiła je błogość. Jakbym upił się najwspanialszym winem azali otumanił najczystszym opium. Jakby kochanka z mych najskrytszych snów dawała rozkosz płynącą z grzechu. I mimo że wiedziałem, że ona się mną posila… Filu, byłem strawą tego blondwłosego stwora, a podobało mi się to!

– Różo! Przestań! – usłyszałem nagle.

Tym razem zemdlałem. Nie mam pojęcia, jak długo byłem nieprzytomny. Gdy się zbudziłem, z trudem otworzyłem oczy. Poraziło mnie światło pochodni, więc je osłoniłem. Pierwszym, com ujrzał, był opatrunek z białego materiału na moim przedramieniu.

Spojrzałem nieco w górę. Stał nade mną mężczyzna, mąż stwora, postać w czerni i mój wybawiciel w jednym. Miał podarty rękaw koszuli. Obok niego tkwiła drobna potworzyca, ponownie odziana w suknię. Założona była niechlujnie, spod materiału wystawało alabastrowe ramię.

– Po co ci to było? – rzekł mężczyzna. – Wszystko żeś źle odczytał i źle byś przez to skończył. Ledwiem zatamował krwawienie. I zanim zapytasz: nie, nic ci nie będzie.

– Puśćcie… – powiedziałem przerażony.

– Nie – odrzekł krótko. – Zaraz byś pobiegł do zajazdu i rozpowiedział wszystko.

Spojrzał na swą demoniczną wybrankę. Ta podeszła i objęła jego ramię. Wtuliła weń twarz. Jakby bała się… Mnie?!

Jemu okazywała czułość niczym wierna psina wobec ukochanego właściciela. Wyraźnie była bez pamięci zakochana w tym człowieku. Pomyślałem, że musi darzyć go afektem tak wielkim, że aż chorym, ale godnym uwiecznienia w niejednym wierszu. Drogi Filu, jak bardzo nie pasowało mi to do więzów i zasłoniętych dłonią ust jej, które żem zobaczył na początku. Choć zaraz potem przypomniałem sobie, że przecież nie stoi przede mną anioł, lecz potwór. Pozwalała mu na takie rzeczy, a mną cisnęła niczym szmacianą lalką i omal nie zagryzła.

– Co ze mną zrobicie? – odważyłem się zapytać. – Wszak mnie opatrzyłeś, drogi panie.

– Co zrobię? Opowiem naszą historię. A ty, wedle swego uznania, rozgrzeszysz nas lub potępisz.

– A co potem?

– To już od ciebie będzie zależało. Wpierw przedstawię siebie. Imię Róży już znasz. Jestem Stanisław Mortier. W Paryżu mówią mi Tasław, niezdolni wypowiedzieć w pełni polskiego imienia.

– Tasław! – przypomniałem sobie. – Lekarz. Szalony geniusz uganiający się po świecie za zarazami!

– Takim znany? Cóż, zacznę więc bez dalszej zwłoki.

Oto co mi rzekł:

Masz rację, młodzieńcze. Od dawna ścigam śmierć. Choroby zabrały moich rodziców zbyt wcześnie, bym mógł łatwo poradzić sobie bez nich, ale też zbyt późno, by dalsza rodzina uznała, że należy roztoczyć nade mną opiekę. Zostałem sam. Zapomniany, tak samo jak miasteczka i wsie skażone zarazami. Być może przez to właśnie ciągnęło mnie do nich. Musisz wiedzieć, że w całej swojej karierze, pomimo że dość często zaniedbywałem środki ostrożności, nigdy nie zachorowałem na nic poważniejszego. Nawet gdym odwiedzał w ostatnim czasie ogniska cholery, moi koledzy zaniemogli, podczas gdy ja pozostawałem zdrów. Zupełnie jakby sama śmierć kpiła ze mnie i nie pozwalała połączyć się z najbliższymi. Tak więc wędrowałem dalej, targany kaprysami losu, w nadziei, że za każdym razem udaje mi się odpłacić Tanatosowi pięknym za nadobne, ratując tylu ludzi, ilu tylko zdołałem, dowiadując się więcej o chorobach i dzieląc się tą wiedzą.

Owe kaprysy losu sprawiły, żem pewnego dnia otrzymał list z Wolnego Miasta Krakowa, w którym opisano straszliwy przypadek zarazy, jaka wybuchła we wsi podległej regionowi. Władze bardzo obawiały się rozniesienia owej choroby. Zwłaszcza że – jak pisali – była niepodobna do niczego innego.

W Krakowie opowiedziano mi o wsi zwanej Mały Zdrój. Pięknej, ze starym, małym kasztelem na wzgórzu. Ponoć mieszkał w nim rycerz o łagodnym sercu i bystrym umyśle, którego przodek z dawnymi królami się bratał. Wedle legendy rodzina miała przypisany herb Dratwa. Niestety do dziś nie miałem okazji dowiedzieć się, czy w owej legendzie jest ziarno prawdy, czy to jedynie opowiastka mająca nadać jakikolwiek sens istnieniu tego zameczku i leżącej przy nim wsi. Czas naglił.

W podróż nie chciano mnie puścić bez eskorty wojska… oraz księdza. Zadziwiające dla mię to było, acz nie miałem zamiaru się spierać. Nie znałem panujących tam zwyczajów. Wychowałem się we Francji, i choć zwiedziłem kawał świata, nigdy wcześniej moja noga nie postała w rodzinnych stronach matki.

Gdyśmy zawędrowali do Małego Zdroju, ściemniało się. Ujrzałem miejsce kompletnie różne od tego, jakie mi opisywano. Wieś była w kompletnej ruinie. Domy pobudowane na pagórkach znajdowały się w opłakanym stanie. Pozrywane strzechy, powybijane okna, powyważane drzwi… Upiorności dodawała mgła, która snuła się między zabudowaniami.

– Co tu się stało? – Spojrzałem na dowódcę towarzyszącego mi oddziału. – Któż to zrobił?

– Zapewne tutejsi – odpowiedział mi spokojnie oficer. Jego gęsty wąs poruszył się nieznacznie. Zobaczyłem, że ksiądz wykonuje pospiesznie znak krzyża.

Niezwłocznie sięgnąłem do swojego przybornika. Człowiek, który widywał choroby takie, jak ja widywałem, musi wierzyć. Bez wiary nie byłbym w stanie wyściubić nosa z domu. Bez wiary, że pośród całego zła świata gdzieś tlą się boskie iskierki czystego dobra.

Cóż to za przybornik, spytasz? Och, mam ich kilka. Właściwie nigdy nie rozstaje się ze swą torbą lekarską. Pod płaszczem trzymam też pewne zawiniątko. Zaraz się dowiesz dlaczego.

Nie zdążyłem zażądać od oficera dokładnych wyjaśnień, kiedy usłyszeliśmy wrzask. Hałas, odbity od ścian domostw, poniósł się wzdłuż wąskiej piaszczystej ścieżki. Konie, na których przyjechaliśmy, stały się niespokojne. Większość z nas próbowała okiełznać swoje wierzchowce.

Wszystko ucichło. Nie słychać było ni ptasząt, ni szumu liści, jeno konie od czasu do czasu nerwowo parskały i tupały kopytami. Rozglądałem się wciąż. Zza pazuchy wyciągnąłem pistolet. Towarzyszący mi żołnierze trzymali muszkiety w pogotowiu.

Naraz dało się słyszeć szuranie od jednej z chat. Coś skoczyło z krawędzi dachu, wylądowało na księdzu. Ujrzałem to, co ty niedawno, mój drogi. Człowieka wściekłego jak sam diabeł. Poruszającego się w sposób nienaturalny. W poszarpanych łachmanach, toczącego pianę z ust. Rozwarł szczęki szeroko, ukazując kły większe od tych, jakie ty widziałeś przed chwilą. Wbił je w kark duchownego. Łapczywie wysysał krew.

Naraz stwora, bo nie mógł być to do końca człowiek, dosięgły kule z żołnierskich muszkietów. Zsiadłem z konia i podbiegłem do księdza, chcąc zatamować krwawienie. Nie żył. Zasłoniłem mu oczy i podszedłem do napastnika, mierząc do niego z mej broni.

Wciąż się wił. Charczał. Z ran po kulach ledwie sączyła się krew. Zupełnie jakby ów osobnik miał jej zdecydowanie mniej od zdrowego człowieka.

Tedy stwór wstał i ruszył na mnie. Pistolet zakupiony dawno temu w Irlandii wypalił bestii w twarz. Kula poleciała z krótkiej i grubej lufy, głowa rozbryzgła się niczym zrzucona z wysokości dynia.

– Musimy znaleźć żywych – stwierdziłem.

Nie spotkało się to z aprobatą moich kompanów.

Puściłem mimo uszu protesty oficera. Nabiłem szybko pistolet i ruszyłem w głąb wsi. Wyciągnąłem wielki myśliwski nóż. Zgodzę się, że nie są to atrybuty typowe dla lekarza, ale przeżyłem i widziałem dość, by wyleczyć się z jakiejkolwiek lekkomyślności. Martwy doktor nigdy nikomu nie pomógł.

Wchodziłem do kolejnych chat. Widziałem ślady krwi i trupy. Ciała porozrywane, z wnętrznościami na wierzchu. Podgniłymi już i toczonymi przez robactwo.

W trzeciej chacie z rzędu usłyszałem jęk. Coś z szelestem przemknęło tuż obok. Omal nie wypaliłem z pistoletu! Opanowałem się jednak i rozejrzałem.

Zobaczyłem drobną postać. Trzymała coś w rękach. Głaskała to. Z pewnością domyślasz się, kim była. Podszedłem bliżej. Istota, którą oboje znamy, klęczała, trzymając na rękach burego kota. Nie ruszał się. Na jego boku ujrzałem krwawe ślady. Dziewczę pociągnęło nosem. Spojrzało na mnie. Nie wściekle, nie wygłodniale, lecz… z przerażeniem.

– Jestem lekarzem – rzekłem. Szczęśliwie pamiętałem wiele z matczynych lekcji polskiego. – Rozumiesz mnie? Będziesz spokojna?

– Tak – odpowiedziała. Usta miała umazane krwią. – Mnie Bóg rozumu nie pozbawił.

Po tych słowach przytuliła truchło zwierzęcia i wybuchła płaczem.

– Jak bardzo zgrzeszyłam? – załkała. – Czemu Pan nasz tak mnie pokarał?!

Wyprowadziłem ją z chaty. Okryłem własnym płaszczem. Ślady po ugryzieniu, które miała na szyi, zakryła włosami. Kompanom skłamałem, że jest zdrowa i powie nam, co się stało. Poddałem im myśl, by wycofać się do kasztelu i tam założyć bazę.

Pewnie chciałbyś zapytać, czemu, czemu tak postąpiłem? Spotkałem się z podobną chorobą w Melianie. To wieś w Walencji. Gorącokrwiści Hiszpanie załatwili sprawę szybko: spalili zabudowania i wszystkich mieszkańców, nim zaraza się rozpleniła. Nie patrzyli, czy ktoś z mieszkańców był chory, czy nie. Nie miałem zamiaru pozwolić na podobne bestialstwo.

W zamku szybko przeszedłem do badań. Zabrałem dziewczę do lochu, tam odnalazłem stary stół katowski i przywiązałem ją. Nie wiedziałem, czy nie straci rozumu jak inni zarażeni i nagle się na mnie nie rzuci.

Zdziwiłbyś się, jak karną i pomocną pacjentkę podarował mi los. Godziła się na wszelkie badania, bez skargi znosiła niewygody i ból. Otworzyła się przede mną. Opowiedziała o wczesnym zamążpójściu, mężu okrutniku i hulace. O tym, że pewnej nocy, zamiast znów ją pobić, pogryzł niczym wściekłe zwierzę. Potem ona zagryzła jego. To była jej jedyna ludzka ofiara.

Badając truchło stwora, który nas zaatakował, dowiedziałem się, że choroba dokonuje przedziwnych zmian. Wnętrzności kurczą się, sieć układu krwionośnego natomiast rozrasta. Żyły i arterie stają się jakby napuchnięte. Serce powiększa objętość. Podobnie dzieje się z mięśniami, choć absolutnie nie można powiedzieć, by nabierały atletycznych kształtów. Taki kształt i rozciągliwość można zaobserwować u psów gończych czy choćby wilków.

Po kilku dniach zauważyłem, że Róża słabnie w oczach. Upuściłem swojej krwi do naczynia i podałem jej. Wiedziałem, że właśnie tym sposobem zarażeni pozyskują siły witalne.

Początkowo się wzbraniała. Jednak zdołałem ją przekonać, że jeśli naprawdę zgrzeszyła tak bardzo, by stać się potworem, to jej pokutą winno być właśnie dalsze życie, bym mógł dzięki niej odkryć lekarstwo. W ten pokrętny sposób dałem jej coś ważnego: wiarę oraz nadzieję.

Z czasem zaczęła w pewnym sensie panować nad dolegliwościami. Dzięki Róży potwierdziłem, że światło słoneczne bardzo szkodzi zarażonym. Zaczynałem powątpiewać, czy mam do czynienia po prostu z chorobą.

Jak myślisz, przyjacielu, czego jeszcze się dowiedziałem? Otóż odkryłem, że Róża pragnie pokuty. Więcej i więcej. Czy okrutny mąż wywołał tę fiksację, czy może surowi rodzice, a może ta choroba właśnie? Nie wiem. Jednak to zjawisko również mnie ciekawiło. Sprawiło, że zainteresowałem się tym dziewczęciem jeszcze bardziej. Fascynujące było dla mnie przede wszystkim to, że zachowywała tak niezwykłą uległość pomimo oczywistych atrybutów, które dała jej owa choroba. Myślę, że musi to być odmiana wścieklizny, wywołująca zamiast wodowstrętu nadwrażliwość na światło. Jeszcze nie potwierdziłem tej teorii. Miałem jednak oto przed sobą żywy dowód na prawdziwość ludowych legend.

Tak czy inaczej, atrybuty, o których wspomniałem, to ogromna siła i zwinność, których miałeś okazję doświadczyć. Jest też oczywiście głód na krew, zwłaszcza ludzką. Szczęśliwie przez większość czasu panuje nad tym, choć nie zawsze, szczególnie w burzliwych chwilach. Na przykład w takich, jaką ty nam zgotowałeś.

Dziwisz się, że tak wiernie trwa przy mnie? Powiem Ci, mnie również zdumiewał ów fakt. Wszak w każdej chwili może mnie rozszarpać i uciec. Zrozumiałem jednak, że ona pragnie ode mnie zgoła innego ratunku. Zaspokojenia zupełnie innych potrzeb.

Cóż mogę powiedzieć więcej, młodzieńcze? Zakochałem się. Ze wzajemnością. W tajemnicy opuściliśmy kasztel i prowincyę Wolnego Miasta Krakowa. Od tamtej pory wędrujemy. Wciąż szukam dla mojej Róży lekarstwa. Nie tylko pośród ksiąg naukowych, ale też w ludowych podaniach i starych opowieściach o zmorach i wąpierzach. Wyleczę ją przyjacielu. Potrzebuję jedynie czasu.

Dlatego teraz odejdziemy. Ty posiedź tu trochę. Nie martw się, nie staniesz się taki jak ona. Reagując wystarczająco wcześnie, można uchronić ofiarę przed przemianą, co też zrobiłem, upuszczając ci krew i opatrując ranę. Pomyśl sobie trochę nad tym, a potem udaj się do swego pokoju. Widziałeś siłę tej wątłej osóbki. Nie chciałbyś, żeby zaczęła mię bronić przed ludźmi w zajeździe, tak jak obroniła mię przed tobą. Mam nadzieję, że tym razem wykażesz się rozsądkiem przyjacielu.

Potem odeszli. Ja zostałem. Zrobiłem, jak mi powiedział pan Mortier.

Pałam nadzieją gorącą jak wzajemna miłość tej dwójki, że to, co powiedział mi Tasław, było prawdą, i że posłuchawszy go, nie naraziłem nikogo na atak jego wampirzycy. Acz nade wszystko modlę się, by to, co mówił o przemianie, czy raczej jej braku, było prawdą. Póki co godziny mijają, a ja nie czuję niczego dziwnego. Słońce też nie szkodzi mi w żaden sposób.

Filu, cóż mam o tym myśleć? Zdarzenia te powracają do mnie w koszmarach. Przeżywam je wciąż na nowo. Zaczynam powątpiewać już, czy to aby nie figiel mojego umysłu. Zmęczonego podróżą, rozstaniem z Paryżem, z przyjaciółmi. A może to choroba?! Może gorzej? Co, jeśli zdaje mię się tylko, że piszę do Ciebie, a tak naprawdę moje ciało zostało w wieży albo jeszcze gorzej, zamarznięte leży w górach! Moja dusza zaś za grzechy zmuszona została do przeżywania tego koszmaru raz za razem, a potem spisywania, bym przeżywał go znów, ale w inny sposób? Może, gdy się położę, wszystko się powtórzy? Drogi Filu, mam nadzieję, żem jeszcze nie zwariował. Bo gdybym umarł, nie zdołałbym upuścić sobie krwi i podpisać się nią, czyż nie?

Twój Juliusz

 

Bartłomiej Sztobryn




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Dyskusyjny Klub Komiksowy w Sopotece
Komiks MAT - 22 lutego 2017

Jutro (23.02.2017) o godzinie 17.30 w Sopotece (ul. Tadeusza Kościuszki 14, Sopot) odbędzie się spotkanie…

Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności”

– Ale ja go naprawdę nie umiem ożywić! – jęknął w końcu…

„First Kill” – nadciągają lesbijskie wampirzyce
Filmy i seriale Q - 21 października 2020

A przynajmniej jedna wampirzyca… Bowiem Netflix zamówił serial na podstawie opowiadania „First…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit