ISSN: 2658-2740

Bartłomiej Sztobryn „Wiara Róży”

Opowiadania Bartłomiej Sztobryn - 21 października 2020

Fahrenheit objął patronatem tegoroczną edycję konkursu literackiego „Jaskier” organizowanego przez Cech Fantastyki SkierCon. W tym roku napłynęło rekordowo dużo prac a jury miało niełatwe zadanie wyboru tych najlepszych. Po burzliwych obradach przyznano nagrody główne w dwóch kategoriach wiekowych a wyróżnienia aż w trzech. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować ich prace na łamach naszego portalu. Dzisiaj przedstawiamy opowiadanie wyróżnione w kategorii wiekowej 20+ oraz jego autora, Bartłomieja Sztobryna.

 

Bartłomiej Sztobryn: z zamiłowania fantasta, z wykształcenia filozof, z duszy buntownik. Niepokorną naturę poskramia za pomocą słów. Myślom pozwala szaleć, rozwijając je w powieściach, opowiadaniach i scenariuszach. Marzy, by pewnego dnia jego opowieść odmieniła czyjeś życie. Koneser gier z treścią, zarówno tych „bez prądu”, jak i takich, co trochę go potrzebują.

Ilustracja na podstawie fotografii Sebastiana Palomino z Pexels

WIARA RÓŻY

 

Genewa, dnia 31 grudnia 1832 r.

 

Teofilu!

Piszę do Ciebie, gdyż nie miałem serca narażać mojej biednej mamy i cioci, na tę opowieść. Opowieść tak straszną, że siedzę teraz i w środku nocy układam ten list, albowiem zdarzenia, jakie stały się moim udziałem, ożyły ponownie w mych snach. Sprawiły, żem zerwał się zlany zimnym potem. Z drugiej strony nie mogę stwierdzić, bym w tej przygodzie spotkał zło w najczystszej postaci. Dlatego bacz, drogi Filu. Zaklinam cię, miej baczenie i jeśli nie chcesz poznawać tej historii, spal niniejszy list. Piszę bowiem do Ciebie w nadziei, że przelanie na papier tych wszystkich rzeczy, którem przeżył, pozwoli mi wreszcie pojąć i rozsądzić to, czegom się dowiedział. A nade wszystko, że uwolni to mnie od zdarzeń, którem widział na własne oczy, a które teraz nawiedzają mnie w koszmarach.

Otóż, jak wspominałem w liście oficjalnym adresowanym zwłaszcza do mamy, w trakcie jednostajnej podróży dyliżansem z Paryża do Genewy wraz z innymi pasażerami opuszczałem zaprzęg i wędrowałem po górach. Moi kompani dość szybko poniechali tej rozrywki. Zaraz więc, w czasie kolejnych samotnych spacerów, zacząłem odczuwać potworną nudę. Milczenie doskwierało, a słuchanie powiewu wiatru i szumu górskich potoków razu pewnego sprawiło, że zasiedziałem się na kamieniu. Zmarzłem na kość, a dyliżans wyprzedził mnie tak bardzo, że musiałem iść pieszo do naszego kolejnego postoju. Obawiałem się, że następnego dnia nigdzie nie pojadę i zostanę chory w zajeździe. Szczęśliwie tak się nie stało.

Od tamtego zdarzenia usilnie poszukiwałem partnerów do swoich wędrówek. Bałem się jednak pytać wprost, żebym nie został odebrany jako ten, który chce się popisywać tężyzną. Jak na przykład ów szybkobiegacz, co w Paryżu zachwalał swą kondycyę, a któremu żem kroku w górach dotrzymał.

Spostrzegłem wkrótce, że pewna para moich współpasażerów upodobała sobie górskie spacery tuż po tym, jak słońce chowało się za górami, gdy niebo mieniło się barwami od pomarańczy przez róż, fiolet aż po granat na wschodzie. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że wychodzili najchętniej, gdy chmury zasłaniały wielobarwny nieboskłon. Tak strasznie mnie zaciekawiło to ich upodobanie do późnej pory i ponurej pogody, żem jednego dnia postanowił nie udawać się na poranną włóczęgę, jeno poczekać w dyliżansie aż oni wyjdą.

Pozwól mi tu, drogi Filu, na wtrącenie ich opisu. Gdybyś ich zobaczył, z pewnością dałbyś się zwieść, że oto siedzi przed tobą zwyczajna para małżonków. Jegomość wysoki, z bujną czupryną oraz brodą. Nie tak stary, by siwieć, ale widoczne zakola zdradzały, że nie był już młodzieniaszkiem. Do tego jeszcze tajemnicze spojrzenie szarozielonych oczu. Odniosłem wrażenie, że gdyby zdarzyło mi się zamieszkać w jego włościach nawet na całe trzysta sześćdziesiąt pięć dni, poznałbym ledwie pięćdziesiąt ze wszystkich jego oblicz.

Jego towarzyszka zaś… Drogi Filu, oto siedział przede mną nobliwy posąg. Skórę miał białą niczym alabaster. Usta niezbyt duże, acz wielce kształtne i niemal czerwone. Czerwono-czarna suknia doskonale dopełniała ich barwę. Spod czepka, całego czerwonego, wystawały złote pasma włosów. Drobnej była budowy owa istotka i piersi też nie miała wielkich, choć kształtnie uwypuklały aksamitny przód sukni. Nie mogłem napatrzeć się na to, com widział, choć broniłem się przed samym sobą jak mogłem. Nie godzi się przecież gapić na damę jak jakiś łapserdak, nieważne jak piękną. Przyznam ci się jednak, że zawiodłem. W dniu, w którym postanowiłem nie wychodzić na poranną wędrówkę i pierwszą część podróży wraz z parą odbyć dyliżansem, moje oczy spotkały się z jej spojrzeniem. Jestem pewien, że trwało to krótką chwilę, acz w tamtym momencie odniosłem wrażenie, że czas dziwnie zwolnił. Sekundy stały się minutami, a potem rozciągnęły się do kwadransów. Drogi Filu, jam w tamtej chwili niemal utonął w jej spojrzeniu. W oczach niebieskich jak bezchmurne niebo.

Kiedym się obudził, bo chyba spałem, acz może byłem nieprzytomny, zahipnotyzowany magią pięknych oczu, tych dwojga już nie było.

Chwilę trwało, nim odgadłem, że musi być naprawdę późno. Dyliżans zatrzymał się nagle, a woźnica ogłosił koniec trasy na dany dzień. Drogi Filu, nie mam pojęcia, jakim sposobem przespałem taki kawał drogi. Co mi się śniło w tym czasie – nie pamiętam.

Opuściłem dyliżans. Rozejrzałem się. Austeryę urządzono w starym budynku, długim jak stajnia. Obok niego stała niewysoka, okrągła wieża. Wyraźnie nadgryzł ją ząb czasu i piszę to dosłownie, gdyż jej wierzchołek pochłonęły żywioły. Wiał przejmujący wiatr, tak silny, że zdawało się, iż to nie on, a duchy z tejże zniszczonej wieży wyją do wtóru odgłosów z zajazdu.

Po chwili jednak wśród dźwięków rozróżniłem specyficzny jęk. Rytmiczny i powtarzalny. Dobiegał z najniższego okna wieży. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Czemu moja ciekawość powiodła mnie bezmyślnie dalej?!

Znalazłem nadwątlony kawałek ściany. Odrapane cegły wystawały niczym drabina czy ukryte schody. Stopnie prowadziły wprost do pierwszego okna. Wyglądały jak połamane, wystające zęby olbrzymiego żebraka, które po jego śmierci wykorzystano jako budulec. Wspiąłem się, jakbym w transie był. Skąd ta ciekawość się we mnie zbudziła?! Teraz zdaje mi się, że sam diabeł, chcąc zakpić z ułomności ludzkich, wybrał na ofiarę swego żartu właśnie mnie. Ogłupił czarami swemi.

Wszedłem do środka przez okno. Naraz ujrzałem dziewczynę o złotych włosach i alabastrowej skórze. Leżała na własnej sukni, naga niczym Ewa w raju. Jednak to było piekło, Filu!

Jedynym co miała, były więzy na nadgarstkach. Czarna postać w pelerynie leżała na niej, dociskając ją do sukni rozłożonej na podeście podniszczonych schodów. Wielką dłonią kneblowała jej usta. Biodrami poruszała się bestialsko między jej udami. Z każdym pchnięciem łajdaka w czerni dziewczyna wydawała stłumiony, płaczliwy jęk. Drogi Filu, czy każdy postąpiłby tak jak ja? Czy może wspiąłem się wtedy na wyżyny swojej głupoty?

Z krzykiem rzuciłem się na zwyrodnialca. Odskoczył. Dziewczyna z przestrachem spojrzała w moim kierunku. Oczy jej błysnęły. Naraz zaszły krwią. W następnej chwili była już na nogach. Rozerwała więzy. Chwyciła… moje gardło! Dziewczyna, Filu! Dziewczyna! Podniosła mnie! Sznury, które ją krępowały jeszcze chwilę wcześniej, wisiały na jej nadgarstkach rozerwane niczym stare szmaty.

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności”

– Ale ja go naprawdę nie umiem ożywić! – jęknął w końcu…

Gala i ogłoszenie wyników konkursu literackiego JaSkier 2020
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 lipca 2020

Wczoraj (26.07.2020) miała miejsce minigala „SkierCoffu”, na której podsumowano wydarzenie oraz przedstawiono…

Dyskusyjny Klub Komiksowy w Sopotece
Komiks MAT - 22 lutego 2017

Jutro (23.02.2017) o godzinie 17.30 w Sopotece (ul. Tadeusza Kościuszki 14, Sopot) odbędzie się spotkanie Dyskusyjnego…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!