Daniel Drob „Wyjątkowo szary listopad”

Opowiadania Daniel Drob - 24 lipca 2017

– Proszę się wyzbyć tego egoizmu, wyjść poza tu i teraz, pomyśleć o społeczności! – formułki, którą Zgrab właśnie rozpoczął, nauczył go lata temu Michałowski, tak bardzo wryła mu się w pamięć, że przestał ją rozumieć. – Ja wiem, że państwo macie pieniądze i was stać, by karmić chorego syna, pożerającego 10 kilo mięsa dziennie, ale proszę pomyśleć, czym to mięso byłoby dla naszej biednej gminy, jeśliby je dobrze rozdystrybuować? Ile dzieci, cierpiących głód, często chorujących z powodu wybrakowanej diety na śmiertelne choroby, można by było uratować? Pani chyba nie widzi naszego świata, pani jest ślepa na prawdę, a prawdą jest ten ugór, na którym stoimy, prawdą jest zaraza, brak plonów, coraz więcej chorujących świń i krów, które już nas swoim mięsem i mlekiem nie nakarmią. Pani teraz myśli: potwór bez uczuć, ale nie widzi pani, że ja mam uczucia daleko górujące nad pani egoizmem, ja, proszę pani, swojego brata musiałem oddać do schroniska, bo wiedziałem, że mnie nie będzie stać, że żeby go utrzymać przy życiu, musiałbym kraść i zabijać, że przez mój egoizm nadszarpnąłbym i tak już mocno nadwyrężony organizm społeczny, w którym przyszło nam żyć!

Kobieta podeszła do syna i kucnęła, żeby go przytulić, ale Zgrab odepchnął ją na bok. – Pani przecież wie, że to przez pobłażliwość, z jaką władze dawniej traktowały tę dewastującą anomalię, jesteśmy teraz w tak tragicznej kondycji. Niestety, parszywe czasy, w jakich przyszło nam żyć, wymagają parszywych metod, a słabość, jaką pani tutaj teraz prezentuje, jedynie szkodzi naszym próbom podtrzymania życia w tym kraju.

– Płacimy podatki, oddajemy kontyngenty, co więcej mamy robić? Możemy się chyba opiekować naszym synem! ­– krzyknęła matka szarego ciała.

Dopiero teraz zwrócił uwagę, że matka chorego jest całkiem atrakcyjna, z odpowiednimi proporcjami i ustami bardzo działającymi na wyobraźnię. Gdyby nie zmęczenie i wkurwienie, na pewno skorzystałby z okazji.

­– A ile kontyngentów moglibyście oddawać, gdyby nie wasz wszystkożerny syn?!

Widząc, że do rozhisteryzowanej kobiety nie docierają logiczne argumenty, Zgrab złapał sterczącego obok marszczka i pchnął go przed siebie. Kobieta, łkając, ruszyła za nimi. Minęli podwórko i weszli na ulicę, matka cały czas krzyczała do wszystkich i do nikogo – „Ludzie, pomóżcie, ludzie, pomóżcie!” – ale sąsiedzi słyszeli strzały, wiedzieli, co się dzieje i pozamykali się w swoich domach. W końcu przestała za nimi iść i wróciła na podwórko. Minęła dom, weszła do garażu i tam prawie na pewno powiesiła się na pierwszej podłużnej i wystarczająco giętkiej rzeczy, która wpadła jej w ręce. Zgrab tego nie widział, ale był pewien, że tylko tak może się to skończyć. Mylił się znacząco.

Hycel wepchnął szarego człowieka na tył jeepa i usiadł za kierownicą. Najbliższy punkt odbioru znajdował się kilka kilometrów za Bomanowem. Sam budynek był niewielki, ale za murami roztaczał się długi kompleks boksów z siatki i drutu. Zdecydowanie zbyt duży, jak na podaż w naszych czasach. Na jednej zmianie pracowały zwykle trzy osoby: jedna do pilnowania, druga od prowadzenia zeszytów i pisania raportów, i trzecia, która przyjmowała marszczka oraz wystawiała kwit. Dzisiaj był to Michał, prawie dwa metry wzrostu, po pięćdziesiątce, z lekkim brzuchem, wiecznym uśmiechem na gębie i łojem na włosach. Wszyscy nazywali go Olbrzymem albo Ogrem.

­– W końcu jakiś żywy – powiedział, zakładając pętlę na nadgarstek marszczka.

– A co tobie to za różnica?

– Instytut z Warszawy ich teraz odbiera, chyba wznawiają badania. Jak dla mnie to jakaś lipa, tyle lat badali i nawet nie wiedzą, skąd ta mutacja, czy chuj wie, jak to się nazywa. W każdym razie dobrze płacą za żywych, więc ostrożnie, Zgrabciu, ostrożnie i pomału.

Zgrab wsiadł z powrotem do samochodu. Niebo, a z niebem powietrze, zaczynało szarzeć, tak w listopadzie zwykle zaczyna się wieczór, a później noc. A później zima.

Zgrab chciałby wrócić do domu, ale nie może, bo nie ma, nigdy nie miał. Dlatego znowu śpi w samochodzie. Strach przed chłodem sprawia, że już teraz trzęsie się z zimna, ale strach przed pustymi domami, które sam kiedyś rujnował, odławiając z nich marszczków, jest silniejszy od najgorszego koszmaru. Nie rozumie do końca dlaczego, ale nie potrafiłby zmrużyć oka gdzieś między tymi ścianami.

– Zgrab! Zgrab! Słyszysz mnie?!– zaryczało radio. Zgrab rozpoznał głos młodego chłopaka, pracującego od niedawna jako dyżurny w gminie. Nie znał jego imienia, ale kojarzył twarz. Podobno, tak jak Michałowski, był pedałem, to tłumaczyłoby jego obecność w urzędzie. Mówiło się nawet, że czasem się spotykają, ale w to już Zgrab nie wierzył.

– Co?

– Michałowski do mnie dzwonił, mówił, że stare dobre czasy wróciły, nie wiem, co to kurwa niby ma znaczyć, ale masz pojechać na stare domki w Snopach, gdzieś koło młyna kręcą się szaraki, większa grupa.

– Jadę.

Zgrab od lat nie natknął się na więcej niż jednego pomarszczonego w tym samym miejscu o tej samej porze, nie wspominając już o odławianiu całej grupy. Od momentu wdrożenia przez niektóre kraje polityki „pomocy doraźnej”, polegającej na wyłapywaniu obciążających system finansowy chorych, liczba szarych spadła praktycznie z dnia na dzień. To było jedyne wyjście i Zgrab wierzył, że najlepsze. Godził się nawet z tym, że być może przez to kiedyś zostanie bezrobotnym.

Gmina Bomanów – liczba ludności:

Stan na 2019 r. – 7650

Stan na 2030 r. – 3920 (w przybliżeniu, ponieważ oficjalnie GUS, jak i podlegające mu lokalne urzędy statystyczne, od dawna nie istnieją).

Zgrab znał te dane, ale nigdy nie zastanawiał się nad różnicą między liczbami. Malejąca populacja była dla niego czymś naturalnym. Nie znał dodatniego przyrostu naturalnego, coś tam słyszał od starszych, ale ciężko mu było zrozumieć, jak kiedyś tylu ludzi mieściło się na tej niewielkiej planecie. Przyzwyczajony był raczej do myśli, że kiedyś wszyscy mieszkańcy Bomanowa znikną. Co do całego globu, nie miał pewności, może gdzieś w Ameryce znajdą sposób na chorobę, może już znaleźli, a my o tym nie wiemy. Albo przeprowadzą się do kosmosu. W każdym razie Bomanów wymrze, tego Zgrab był pewien, w końcu ze wszystkich żyjących znajdował się najbliżej śmierci tych pól, lasów, zwierząt i ludzi. Żył tą śmiercią, czuł ją, jakby była zapachem lub emocją.

Osiedle Snopy były wymarłe niemal zupełnie. Przyszłość w miniaturze. Życie pojawiało się tam przejazdem, gdy komuś nie pasowała inna droga. Dlatego Zgrab w drodze do starego młyna zaczął wątpić w słowa pedała z gminy – grupy marszczków nie pojawiają się znikąd.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!