Marcin Mortka „Wieczór przed egzekucją”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 8 czerwca 2012

Listy lorda Bathursta(opowiadanie promujące powieść „Listy lorda Bathursta” – premiera w sierpniu)

 

Drzwi tawerny uchyliły się i do środka wtargnął lodowaty powiew.

– A szlag by cię… – odwrócił się stary Gunwhale z gniewnym grymasem, ale nie dokończył.

Starczyło bowiem rzucić okiem na przybysza, by wiedzieć, że dość już wycierpiał i nie zasłużył sobie na obelgi. W świetle nielicznych łuczyw i świec widać było, jak drżącymi z zimna dłońmi usiłuje ściągnąć przemoczony płaszcz, a w miejscu, gdzie stoi, tworzy się kałuża. Jego twarz przesłaniało szerokie rondo kapelusza, również ociekające wodą, lecz Gunwhale i tak nie miał w zwyczaju gapić się na ludzi.

– Pewnie całą drogę pieszo z Plymouth przeszedł – burknął Timbers.

Gunwhale spojrzał na starego cieślę okrętowego spode łba.

– Twoja sprawa, Timbers? – burknął. – Od kiedy interesują cię sprawy innych?

Każdy, kto regularnie przesiadywał w „Bows”, starej karczmie leżącej kilka mil za Plymouth, dobrze wiedział, że nie wypada zbyt bacznie przyglądać się goszczącym tu ludziom. Wielu z nich było uczciwymi marynarzami ze statków wielorybniczych bądź którejś z Kompanii, chcącymi w spokoju pogadać ze znajomkami, ale zdarzali się przemytnicy, korsarze, dezerterzy i inni charakternicy, niechętnie stąpający w świetle dziennym po bruku Plymouth. Wielu z nich wykazywało osobliwą alergię na nazbyt długie bądź nazbyt badawcze spojrzenia.

Cieśla odsłonił pieńki zgniłych zębów, jakby miał zamiar warknąć jakąś ripostę, ale się powstrzymał. Przez chwilę przyglądał się przybyszowi, który zatrzymał się przy kominku, gdzie grzało się już kilku innych przemokniętych nieszczęśników, a potem ujął kufel i opróżnił go do dna.

– Gadał mi jeden znajomek, że osądzili już Doggsa – burknął. – Jutro z rana rozstrzelać go mają. Zarzutów było co niemiara.

– No, to się szybko uwinęli – uśmiechnął się sardonicznie Gunwhale i zaczął ubijać tytoń w fajce. – Nie wiem, czy jest coś, co wychodzi admiralicji lepiej od sądów wojennych. Co, kumotrzy?

Timbers wydął wargi, jakby Gunwhale powiedział najbardziej oczywistą rzecz pod słońcem, śpiący na blacie ławy Pike zachrapał głośnie, tylko młody Swifty wpatrywał się w starego żeglarza wielkimi oczami.

– M-m-mówisz o k-k-k…k-kapitanie Doggsie? – wyjąkał. – T-t-tym z „Venus”?

– Tymże samym.

Gunwhale pokiwał głową i rozpalił fajkę. Kłęby dymu zakryły na moment pomarszczoną twarz starego żeglarza.

– No i doigrał się, czarci syn. Dostał za swoje.

– Mmmówią, że ok-k-k…okrutnik był.

Swifty pochwycił za kufel i przytulił go do piersi, jakby ze strachem.

– Bo tak też było.

***

Na śródokręciu, pomostach i pokładzie rufowym HMS „Venus” zapanowała martwa cisza. Słowa Regulaminu Wojennego odczytanego przed chwilą grobowym głosem już dawno uleciały wraz z wiatrem i marynarze fregaty myśleli tylko o wyroku wydanym przed chwilą przez kapitana. Z niezdrową fascynacją przyglądali się, jak pomocnicy bosmana wloką szlochającego, jęczącego cicho Grieavesa i przywiązują go do gretingu, a sam bosman, pan Monroe, z namaszczeniem wyciąga kota o dziewięciu ogonach z rypsowego worka.

– Zasłużył sobie, padalec – bąknął ktoś z wachty sterburty.

– Za samą źle podwiązaną reję powinien dziesięć uderzeń zaliczyć – mruknął jego kolega. – A do tego jeszcze chlanie i bójka z Matthewsem.

– I wbił marszpikel w burtę.

– Cisza na pokładzie! – krzyknął wysokim głosem pierwszy oficer Hutchinson.

Marynarze posłusznie umilkli. Niektórzy pobledli, inni przygryzali wargi lub kręcili z niedowierzaniem głowami, jeszcze inni szeptali modlitwy, ale wszyscy co do jednego wpatrywali się w bosmana. Monroe zaś westchnął ciężko i machnął w powietrzu batem. Kot o dziewięciu ogonach – bawełniany sznur przemyślnie rozpleciony na dziewięć cieńszych – przeciął ze świstem powietrze i spadł na plecy skazańca.

Wrzask uderzył pod szare, skłębione chmury.

Bosman oblizał wargi, wziął zamach i uderzył znów, z całej siły. Na plecach Grieavesa wykwitła pajęczyna krwawych kresek, gęstsza z każdym uderzeniem. Monroe tłukł jak oszalały, tłum marynarzy wzdragał się, w oddali krzyczały przerażone mewy.

Nikt nawet nie spojrzał na kamienną twarz kapitana Doggsa.

***

Timbers zajrzał w głąb kufla, jakby nie mógł się nadziwić, że ten nadal jest pusty, a kiedy znów spojrzał na Gunwhale’a, jego małe, załzawione oczka zalśniły złością.

– Czarci syn! – parsknął. – Gówno wiesz, a mielesz ozorem kiej prorok. Brakuje tylko, byś łapskami zaczął machać! Nie słuchaj tego piernika, Swifty!

– A co? – Gunwhale zacisnął pięści, aż zachrzęściły. – Ty niby wiesz lepiej?

– A żebyś wiedział! – Timbers skrzyżował ramiona na piersi. – Tenże sam znajomek, co mi o skazaniu Doggsa powiedział, służy na „Venus” w podwachcie bezanu. I prawdę zna, bo wszystko widział na własne oczy. A ty, Swifty – wycelował paluchem w młodziana, który wpatrywał się szeroko otwartymi oczami to w jednego, to w drugiego marynarza – nie słuchaj gadaniny starych bab. Cokolwiek ci powiedzą, spytaj się: „Jakże to?”.

– Jakże to? – powtórzył Swifty.

– Nie na głos! – zżymał się stary cieśla. – W duchu się spytaj, przygłupie. Zresztą, nieważne. Było inaczej, Gunwhale.

– Chcesz powiedzieć, że nie zaćwiczono Grieavesa z jego winy?

– Nie.

***

Drzwi do kajuty kapitańskiej skrzypnęły cicho. Doggs ostrożnie uniósł pióro i wsunął je do kałamarza, a potem spojrzał na nowo przybyłego.

– Za pańskim pozwoleniem – bąknął bosman Monroe. – Życzył pan sobie mnie widzieć.

Doggs nie odpowiedział. Rozparł się wygodniej na fotelu i przekrzywił lekko głowę, niczym wilk przyglądający się ofierze. Szczupłe dłonie o wąskich palcach splótł na blacie biurka. Nic, absolutnie nic w jego postawie i zachowaniu nie wskazywało na przeżywane emocje, w przeciwieństwie do bosmana, który przeciągającą się ciszę znosił z każdą chwilą coraz gorzej.

– Kawał z was chłopa, bosmanie – wycedził w końcu kapitan.

– Dz-z… Dziękuję – bąknął Monroe, nie wiedząc, jak zareagować na nieoczekiwane słowa Doggsa.

– Mało brakowało, a byście Grieavesa na paski rozwłóczyli – ciągnął dowódca jadowitym głosem. – Pokłóceni jesteście, panie Monroe? Bluźnił wam? Matce waszej urągał? Na żonę się połasił?

– N-n-nie – wyjąkał pobladły Monroe.

– No to czegoście chłopaka jak szkapę oćwiczyli?

Doggs wsparł się o blat biurka, jakby chciał poderwać się i skoczyć na bosmana.

– W blokadzie pływamy – kontynuował – ludzi brak w załodze, a wy dobrego marynarza…

– Marszpikel wbił! I z Matthewsem…

– Toteż wymierzyłem karę, Monroe! Stosowną! Dziesięć uderzeń, po których miał sobie pokrzyczeć, przemyśleć sprawę i zerwać się z rana na pański pieprzony gwizdek! Co wam przyszło do głowy, by go tak chłostać? Mało brakowało, a byście mu serce batem wydarli! Co was, do cholery, opętało, Monroe?

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Miroslav Žamboch „Sierżant”
Ksiażki fantastyczne - 19 lipca 2016

Premiera nowego wydania 14 sierpnia Pierwsza książka Miroslava Žambocha wydana w Polsce,…

Feliks W. Kres „Grombelardzka legenda tom 2”
Ksiażki fantastyczne - 14 sierpnia 2009

MAG Historia Grombelardzkiej Legendy rozgrywa się w świecie Szereru. Świat Szereru to polski kompletny…

Konkurs – Koszulka do wzięcia, czyli zostań Mickiewiczem
Aktualności - 5 marca 2007

Firma AX oraz redakcja Fahrenheita zapraszają do udziału w kolejnym koszulkowym konkursie. Tym razem do wygrania…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!