ISSN: 2658-2740

Michał Cholewa „Na granicy”

Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2022

Jak zapewne czytelnicy pamiętają, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra w nieusłyszenie (oryginalnej wersji) piosenki „Last Christmas”. W zabawę włączył się ponownie Michał Cholewa, który dzień w dzień raczył swoich odbiorców niesamowitą opowieścią. Autor pomyślnie dotrwał do końca, zarówno zabawy, jak i wymyślanej historii.

Podobnie, jak w zeszłym roku, w ostatni dzień 2022 Fahrenheit przedstawia cały, dwudziestoczteroczęściowy utwór.

Kto wie, może właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji…

 

1. Opuszczaliśmy Nadell późno, kiedy końcówka jesieni smagała już śniegiem z deszczem, a tutejsze piękne nadrzeczne równiny, i tak podmokłe po paskudnym lecie, zamieniły się w istne bagna. Wyjeżdżaliśmy bez żalu, ale i bez pieniędzy. Krótka, i w zamierzeniu, dochodowa wojenka między lokalnymi książętami zamieniła się w siedmiomiesięczną, skąpaną w deszczach kampanię, w której łupów było mało, za to krwi, brudu i błota – pod dostatkiem. Straciliśmy ludzi, większość koni i sporo zapasów, a marne pieniądze, które wypłacił nam książę de Wilde, ledwo pokryły wydatki i bardzo niski żołd – nawet zważywszy, że stan osobowy Kruków uszczuplił się prawie o jedną czwartą.

Takie są właśnie przywileje walki po przegranej stronie, psiamać.

Nie chcieliśmy zostawać tu ani chwili dłużej, a patrząc po twarzach mijanych na drodze ku portowi mieszkańców, oni też nas tu nie chcieli, mimo że nieraz de Wilde wykorzystywał Kruki, by osłaniały okoliczne miasteczka. Pewnie znalazłoby się w tłumie całkiem sporo takich, którzy zawdzięczali nam dach nad głową, a może i więcej. Jednak nawet teraz, gdy wchodziliśmy na pokład starego, rozklekotanego holku – pod cholernie mylącą nazwą „Śmigły” – który przez burzliwe morze miał zabrać oddział do Vidii, widzieliśmy ponure spojrzenia miejscowych, obserwujących nas w świetle szarego, dżdżystego poranka.

Cóż, trudno było się im dziwić. Najemnik wszędzie jest obcy, nigdzie swój. Niebezpieczny, uzbrojony, nawykły do zabijania. A co dopiero cała kompania! Dla poddanych de Wilde’a byliśmy po prostu zbójami, chwilowo przekupionymi, żeby łupili innych. Pewnie większość bała się, że za kilka dni możemy już być w służbie nowego pana i zwrócić się przeciwko nim. Mało kto wyznaje się na najemniczych zasadach, a wszyscy na wszelki wypadek wolą spodziewać się po nam podobnych najgorszego. Zawsze tak było, jest i będzie. Już dawno przestało nas to zaskakiwać.

Kiedy przeszedłem po trapie przerzuconym nad prawie czarną wodą basenu portowego, obejrzałem się po raz ostatni na Nadell, mając szczerą nadzieję, że nie zobaczę już tego miejsca. Myślałem tylko o zimowaniu, o zapadnięciu w jakimś ciepłym miejscu, gdzie układy Kapitana, wsparte naszymi skromnymi środkami, zapewnią oddziałowi jako takie warunki – miejsce do spania, ciepłe żarcie, a jak dobrze pójdzie, to może i gorzałkę na rozgrzanie wieczorów. To miała być licha zima, fakt, ale jednak zima. W tej chwili wiedziałem, że widoków na zarobek nie ma żadnych i że każde miejsce jest lepsze niż podmokłe ziemie księcia de Wilde, pełne końskich trupów, krwi i płytkich grobów.

W obu przypadkach – sromotnie się pomyliłem.

2. Rejs mieliśmy paskudnie ciężki. Kiedy tylko „Śmigły” wyszedł w morze, to, co było nieprzyjemnym dżdżem, rozhulało się w prawdziwy późnojesienny sztorm, taki z ulewą, wichurą i falami tak wysokimi, że przelewały się przez burtę i zalewały pokład. Nasz rozsypujący się holk szedł przez to piekło, chwiejnie i niebezpiecznie przetaczając się z boku na bok, a ciągłe skrzypienie i trzaski budziły nie tylko we mnie rosnące przekonanie, że cholerna krypa lada moment zamieni się w stertę luźnych desek. Chodzić po pokładzie w ogóle się nie dało. Po ładowni, w której mieszkaliśmy, też w zasadzie nie. O jedzeniu nikt nie chciał nawet słyszeć. Ci, którzy nie chorowali, siedzieli z ponurymi minami na deskach, starając się czymś zabić czas i nie zwracać uwagi na paskudny, mdlący odór całej reszty.

Kapitan, nasz skarbnik Literka, medyk Łata i szaman Shav’naz – cała kadra oficerska kompanii – zebrali się w przedniej części statku. Staremu postawiono tam stół i liche przepierzenie oraz zawieszono trzy latarnie sztormowe. Teraz, siedząc w ciemności pomiędzy ponurą i milczącą Daraelą a wyraźnie wściekłym na własne mdłości Sierrą, mogłem obserwować chyboczące się na tym przepierzeniu cienie naszej starszej kadry, intensywnie nad czymś radzącej. Literka jakimś sposobem stał nawet na obu nogach, co w tych warunkach – zwłaszcza dla chudego rachmistrza – wydawało się niemożliwe.

– Myśli pan, że dokąd płyniemy, panie sierżancie? – zapytał Cast, nie odrywając wzroku od skrobanego nożem drewnianego ludzika. – Faktycznie do Vidii?

– Tak – odparłem bez namysłu. – Raz, że blisko, dwa, że kapitan sam jest Vidyjczykiem, więc tam ma najwięcej znajomości. No i trzy, że się robota na wiosnę w Vidii kroi.

– Wojna domowa – prychnął Sierra, tak blady od choroby morskiej, że widać to było nawet w mroku ładowni. – Brudny interes.

– Jaka tam wojna domowa, powstanie raczej. – Machnąłem ręką. – I to niezbyt wielkie, bo samo Algrath jest przecież malutkie. Pewnie już by było po sprawie, ale wszystko zaczęło się wczesną jesienią, a Vidia nie chce pchać wojska przez góry po pierwszych śniegach.

– No to jaka robota, jak wszystko to jak splunięcie? – Cast uniósł wzrok znad struganej drewnianej figurki. W półmroku zabłysło, odbite od białek oczu, światło latarni sztormowej.

– Najemnicy do takich spraw najlepsi – odezwała się pierwszy raz Daraela. – Jak zaciężnych na powstańców wyślesz, to nigdy nie wiesz, czy przypadkiem kuzynów naprzeciw siebie nie postawisz… albo i gorzej. Obcy są pewniejsi.

– Dosłownie pierwszy raz słyszę, że ktoś ma obcych za lepszych do czegokolwiek. – Sierra chciał się zaśmiać, ale zamiast tego złapał się za usta i odpełzł kilka kroków dalej. Za chwilę dobiegły stamtąd charczenie i kaszel.

– Znaczy się na wiosnę od razu do pracy? – Cast całkowicie zignorował wydawane przez nożownika odgłosy.

– Pewnie tak – odparłem. – Rok był słaby, zima będzie chuda, to może lepiej od razu po śniegach za jakieś zarabianie się brać?

– Może…

– A ja myślę, że coś się kroi.

– Dlaczego?

– Kapitan zabrał na naradę szamana.

Spojrzałem jeszcze raz na widoczne na przepierzeniu spotkanie rozchybotanych cieni. To, że Kapitan radził przed zimą z Literką, nie dziwiło. Ale co do Shav’naza było rzeczywiście inaczej. Szaman rzadko brał udział w naradach – chyba że potrzebowano akurat jego umiejętności. Zwykle trzymał się na uboczu i mało z kim gadał, zresztą ku uldze reszty kompanii. Magia i gusła to niebezpieczne sprawy, a ci, którzy je praktykują, zawsze sprawiają wrażenie, jakby jedną nogą już stali po stronie demonów. Przy rozmowie o tym, gdzie zatrzymamy się na zimę, raczej spodziewałbym się Hagena albo pozostałych podoficerów. Daraela miała rację, Shav’naz przy naradzie mógł oznaczać problemy.

– Kapitan wie, co robi.

– Nie mówię, że nie – nasza najlepsza kuszniczka spojrzała na mnie nieruchomymi jak u polującego kota, oczami. – Mówię, że mogą być z tego kłopoty.

Właśnie wtedy, jakby dla podkreślenia jej słów, w burtę „Śmigłego” uderzyła paskudnie wielka fala. Trzasnęły deski, ktoś zaklął, kilka osób zachwiało się i upadło na pokład. Rozległy się pełne pretensji krzyki, kiedy zataczający się żołnierze wpadli w ulubiony kąt chorujących, ale zostały one szybko zagłuszone przez czyjś donośny wrzask.

– Toniemy!

Pod pokład holku zaczęły wlewać się czarne, lodowate fale. Kilku naszych zaczęło wrzeszczeć, powtarzane słowa „toniemy” i „zguba!” poniosły się w ciemność. Ktoś skarżył się, że nie umie pływać, inni próbowali uciekać na pokład. Zanim jednak zapanował kompletny chaos, do akcji weszli pierwsi podoficerowie – rozpoznałem bas Byka, zgrzytający, nieprzyjemny głos Talimana zwanego Medalikiem oraz niezbyt wyszukane przekleństwa Rasta.




Pobierz tekst:
Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25

Mogą Cię zainteresować

Nagroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego '2015 – podsumowanie
Aktualności Fahrenheit Crew - 29 października 2015

Nagroda w tym roku urosła w siłę, zwiększyła zasięg oddziaływania i zyskała większy prestiż. Cieszy…

Jagna Rolska „Na początku był Człowiek”
Opowiadania Jagna Rolska - 23 sierpnia 2019

Tym razem mamy dla czytelników przedruk opowiadania Jagny Rolskiej, które pierwotnie zostało…

Anna Wołosiak-Tomaszewska „Z wyrazami wdzięczności”

– Ale ja go naprawdę nie umiem ożywić! – jęknął w końcu…

Fahrenheit