Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Michał Cholewa „Sabotaż funkcji celu”

Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2023

Od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra w nieusłyszenie (oryginalnej wersji) piosenki „Last Christmas”. Tym razem Michał Cholewa nie przetrwał próby i po dziewięciu dniach musiał skapitulować przed głosem George’a Michaela.

Ale w sekrecie przed wszystkimi i pośród mroków grudniowych przedświtów autor ukończył opowiadanie – a raczej jego alternatywną wersję, w której głównemu bohaterowi udaje się przetrwać do końca nie mówiąc wierszem i nie rozwijając swojego nowoodkrytego zainteresowania sztuką. Tym samym nauka zostaje uratowana.

Miłej lektury!

 

Rysunek Gabriela Palicka

 

1.

 

W swojej długiej już na niemal cztery dekady karierze naukowca przeżyłem wiele zaskakujących historii. Miałem też całkiem sporo chwil zwątpienia w siebie i innych, a czasem nawet – co może Was zszokować – w system. Czułem rozpacz, kiedy usiłowałem wytłumaczyć najpierw recenzentom, a później komisji, o czym właściwie jest moja rozprawa doktorska. Byłem przekonany, że nadciąga zagłada, gdy przechodziłem rozpaczliwe doświadczenia z pełzającą po bezdrożach administracyjnych szlaków Ojczyzny informatyzacją Uczelni. Wieszczyłem apokalipsę w dniu wprowadzenia listy rezerwacji terminów na salę seminaryjną.

W sumie w tej ostatniej sprawie to nawet nie zmieniłem zdania.

W każdym razie wątpiłem we własne zmysły, gdy na Uczelni pojawiła się sprawa tajemniczych pisków nad podwieszanym sufitem – Banaś był przekonany, że Morse’em wypiskiwane są jego równania – znikających ciastek, czy rozszczelnienia powojennego systemu klimatyzacji w schronie pod budynkiem.

Przyznać jednak muszę, że dzisiejsza sytuacja jest dla mnie całkowicie i zupełnie nowa. Teraz, kiedy siedzę skulony pomiędzy huczącymi agregatami w hali wydziału chemii, rozpaczliwie lepię z kawałków sera zatyczki do uszu, podczas gdy przede mną wzrasta miniaturowa, najeżona antenami i linowymi kolejkami stacja nadawcza, z której wpatrują się we mnie dziesiątki małych, wyraźnie złośliwych oczek – wiem, że jest to chwila mojej największej próby.

A także zapewne ostatnia w moim naukowym życiu.

Wielu z was zapewne zastanawia się, skąd się tu wziąłem, skąd mam ser i co robi tu razem ze mną miniaturowe miasto pełne wrogich mi istot. Odpowiedź nie jest prosta. Tak bowiem jak przewracająca się kostka domina powoduje czasem ułożenie się gigantycznego obrazu, tak i w moim wypadku do tego momentu doprowadziły wydarzenia, które zrazu nie wyglądały ani odrobinę groźnie i dopiero z czasem, na podobieństwo śniegowej kuli dotarły… cóż, tutaj.

W moim wypadku pierwszą upadającą kostką domina był pan Zenon, nasz pracownik administracyjny.

 

2.

 

Pan Zenon był kadrowym Uczelni już w czasach, kiedy sam dopiero zaczynałem w niej pracę, a zatem kiedy sama Uczelnia, i otaczająca ją rzeczywistość, były zgoła inne. Cieszyliśmy się wtedy głośno i bardzo ostentacyjnie wolnością. Niezbyt Obecnie Zaprzyjaźnione Ościenne Mocarstwo było niezwykle wręcz zaprzyjaźnione, a nauka – a przynajmniej niektóre jej działy – zyskiwały wielkie dotacje. Nasz wydział korzystał na tym tylko trochę, lecz pracujący z nami w jednym budynku chemicy byli tak szanowani, że otrzymali nie tylko nową halę produkcyjną dla swoich eksperymentów, ale również umundurowanych wartowników, a ich dyrektor – mam nadzieję, że jego obecna cela pozwala mu na spokój i wygodę – dostał nawet medal. Za co dokładnie, było tajemnicą, lecz zapewne miało to wiele wspólnego z pojawiającymi się co i raz na parkingu Uczelni ciężarówkami, eskortowanymi przez transportery opancerzone i żołnierzy w pasiastych koszulkach.

Pan Zenon pracował na uniwersalnym stanowisku: trochę sekretarz, trochę kadrowy, a czasem nawet behapowiec. Szybko zorientował się, jak działa prawdziwy ośrodek naukowy, i że podległe mu sprawy personalne załatwiane są tutaj na drodze stopniowego zasiedzenia, urlopy – o ile już komuś chciało się je brać i przerywać naukową pracę – realizują się właściwie bez nadzoru, a jeśli na korytarzu nie walały się nieizolowane kable, Uczelnia właściwie napędza się sama. Szybko uznał również, że nie będzie nas zbytnio kłopotał tonami formalnej dokumentacji, którą jako zakład pracy powinniśmy byli wypełniać, a która, sądząc po braku reakcji przez długie lata, zupełnie nikogo nie interesowała.

Był osobą cichą, niekłopotliwą i wszyscy szybko go polubili. Sympatię wzbudzała zarówno jego usłużność, gotowość do przepisywania naszych artykułów na maszynie przed wysłaniem ich do czasopism, jego hodowla białych myszek, a także fakt, że bywał na wszystkich seminariach – nawet przy najbardziej niszowych tematach, kiedy był ich jedynym słuchaczem. Ceniliśmy sobie też jego kontakty, dzięki którym zdobywał kredę, całe ryzy papieru (ku utrapieniu naszego etatowego reprezentanta służb, monitorującego powielacz, bo Dziekan, wtedy jeszcze prosty adiunkt, non stop zużywał go na druk jakichś ulotek), kawę, a czasem nawet i cukier. Słowem – wszystko, czego Uczelnia potrzebowała.

Pan Zenon wiedział, co jest nam potrzebne, a co zupełnie nie. Był kadrowym doskonałym.

Dlatego, oczywiście, kiedy aresztowano go pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Małej Azjatyckiej Republiki Autorytarnej, wszyscy byliśmy całkowicie zszokowani.

 

3.

 

Aresztowanie naszego kadrowego miało dwa następstwa. Pierwszym, naturalnie, były długie i nudne przesłuchania, prowadzone przez poważnych i zasmuconych ludzi, którym – jak zapewniali – chodziło jedynie o bezpieczeństwo nasze i Ojczyzny. Przepytywani byli Dziekan i Prodziekan, a nawet sam Dyrektor. Zadawano tak cudaczne pytania jak: do jakich danych pan Zenek miał dostęp – jakby nie wiedziano, że do wszystkich, – czy kontaktował się z kimś jeszcze, co w jego pokoju robi puste terrarium, wielka, zamaskowana w starym wazonie radiostacja i obraz przedstawiający uśmiechniętego Azjatę (który zresztą wkrótce potem zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach). Dociekano, czy ktoś z nas z nim nie współpracował oraz, wreszcie, podstępnie: czy nikt nie nabrał podejrzeń na temat kadrowca, zwłaszcza, że z perspektywy czasu istotnie, nawet ja musiałem to przyznać, jego akcent faktycznie brzmiał obco, a rysy twarzy nie pasowały do swojskiego imienia.

Dyrektor odpierał te ataki niewzruszenie, niczym stojąca naprzeciw fali przyboju skała. Nie wiedział skąd terrarium i radiostacja, ale jakby miał kwestionować każde nietypowe zjawisko na Uczelni – a wyposażeniu pokoju Pana Zenona było doprawdy daleko do szczytu listy zjawisk niecodziennych – musiałby zapewne nie robić nic, tylko składać wyjaśnienia. Nie wnikał w jego wygląd, bo ostatecznie dlaczego miałby? Każdy może sobie wyglądać jak chce i z powodu nadmiernego zwracania uwagi na czyjś wygląd już niejeden dyrektor miał problemy. A w ogóle, to poważni panowie naprawdę nie chcą, żeby z Uczelni spływały również raporty dotyczące wyglądu czy odzienia pracującego tu kwiatu inteligencji kraju. Pan Zenon został zresztą przecież zweryfikowany przez odpowiednie służby, kiedy się zatrudniał – a to, że były to służby wyraźnie nie cieszące się wielkim szacunkiem poważnych i zasmuconych ludzi, którzy zadawali te pytania, zupełnie nie jest jego problemem.

I tak z każdą chwilą nasi goście stawali się coraz bardziej zasmuceni, aż w końcu całkiem sobie poszli i zostawili nas w spokoju, lecz bez kadrowego, behapowca i sekretarza. Fala aresztowań służb bezpieczeństwa zebrała wśród pracowników Wydziału żniwo zaiste przerażające.

I tu możemy płynnie przejść do kolejnego następstwa aresztowania pana Zenona – nadejścia Pani Kasi, nowej kadrowej.

 

4.

 

Reorganizacja administracyjna – każdy to wie – wprowadza coś na kształt wiatru zmian. Powoli przepływa on przez całą instytucję, wymiata stare porządki, wprowadza nowe, sygnalizując ambicje nowego personelu. Powoli dociera się nowe ze starym, wzajemnie poznawane są dziwactwa i nawyki, strony dowiadują się o swoich ulubionych przysmakach, porach, kiedy składane podania mają największe szanse na dotarcie na biurko Dyrektora z odpowiednią adnotacją, i o całej reszcie. Strony poznają też swój język, uzyskując tym samym możliwość uniknięcia nieporozumień i problemów.

My również poznaliśmy.

Otóż przez pierwsze tygodnie pobytu na Uczelni, w miarę jak Pani Kasia zapoznawała się ze stanem naszej administracji, jej językiem były głównie okrzyki przerażenia i szloch, sporadycznie dobiegający zza góry papierów. Później jedno i drugie zniknęło i Pani Kasia w ogóle przestała się odzywać, a nawet wychodzić z zamkniętego na cztery spusty biura, na którym powieszono za to informację, że kontakt z działem kadr przebiega od teraz wyłącznie za pomocą poczty elektronicznej. Wreszcie faza przygotowawcza nowej władzy zakończyła się i wspominany już wiatr zmian uderzył w nas z iście huraganową siłą.

Zaczęło się od przymusowych urlopów. Okazało się, że aby zaspokoić wilczy głód porządku i poprawności regulaminowej, który czuła Pani Kasia, niemal każdy pracownik Uczelni musiałby zniknąć z budynku i wrócić pod koniec przyszłego roku – tu wyjątkiem byli studenci i młodzi asystenci, którzy albo nie mieli czasu na zgromadzenie dni urlopowych, albo, jak to dzieci, wykorzystywali je do robienia sobie wolnego. W czasie długich negocjacji z Dyrektorem i Dziekanem osiągnięto zaledwie, że pod ostrzałem działu kadr mieliśmy wycofywać się na urlop na raty, a część pracowników będzie mogła brać wolne, ale całkiem hobbystycznie przychodzić do pracy.

Tego dnia, na nadzwyczajnym zebraniu kierowników zespołów, w boju poległ sam Dziekan, Szef Projektu Badawczo-Rozwojowego, Doktorant z Teorii Kolejek i trójka adiunktów, którzy co prawda byli absolutnie niezbędni dla prawidłowego działania Uczelni, ale ani ich specjalizacji, ani zakresu obowiązków nikt jakoś nie potrafił sobie przypomnieć. Na naszym piętrze – pomijając studentów – na stanowiskach pozostaliśmy w zasadzie tylko: ja, Prodziekan oraz Banaś, a i to tylko dlatego, że należało koniecznie dokończyć raport naszego, pozbawionego teraz Szefa, projektu. Wróciliśmy do pustych pokojów niepewnie i cicho, nie do końca wiedząc co się właściwie wydarzyło – nagle sami tam, gdzie jeszcze niedawno toczył się bój o postęp nauki.

A okazało się, że jest to dopiero początek.

Rozpędzona niczym lwica na polowaniu Pani Kasia rzuciła się do dalszych porządków – zaczynając od długiego i skomplikowanego śledztwa dotyczącego odmiennych wytycznych przydziału uczelnianego papieru toaletowego na różnych piętrach i uporządkowania statusu naszych publikacji, które – jak się okazało – wszystkie uzyskały nieznanych nam dalekowschodnich współautorów. Myśleliśmy, że to ją na chwilę zajmie, ale się myliliśmy.

Czwartego dnia po pogromie urlopowym obwieszczono nam, że wszyscy mamy udać się na okresowe badania lekarskie.




Pobierz tekst:
Strony: 1 2 3 4 5 6

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Kaczmarek „W imię ojca i syna”
Opowiadania Tomasz Kaczmarek - 18 sierpnia 2023

Z racji przypadającej 550. rocznicy urodzin polskiego wybitnego astronoma, matematyka, prawnika, lekarza…

Juliusz „Q” Mróz – „Larry Newark meets Raolo Benatti”

Winda orbitalna pnie się po fullerenowej nitce. Słynny hacker i ochroniarz (wręcz go uprowadzający do najpotężniejszego…

Michał Cholewa „Ucieczka”
Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2021

Od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit