Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Aleksandra Janusz „Mrówki w Złotych Tarasach”

Opowiadania Aleksandra Janusz - 23 listopada 2023

Słowo od autorki: niniejsze opowiadanie jest dziełem fikcji. W celach dramatycznych poczyniłam kilka założeń dotyczących technologii i robotyki, które nie muszą być zgodne z jej obecnym poziomem. Pandemia, która pojawia się w moich tekstach z tamtego okresu, przyszła niecały rok później i na szczęście nie osiągnęła rozmiarów katastrof znanych z fikcji – chociaż czasem było trudno.

 

Mrówki w Złotych Tarasach

 

Jagoda skradała się boczną nawą kościoła przy Bażantarni ze śrutówką w rękach i własnoręcznie skonstruowanym emiterem EMP przy pasie. Parła naprzód w krótkich, nieregularnych podbiegach, uważnie stawiając stopy, żeby potłuczona terakota nie chrzęściła pod butami.

Przez okno z pociemniałym, rozbitym witrażem wpadała do środka smuga słonecznego blasku. Początkujący złomiarz podszedłby nocą, tak zrobił tamten wytatuowany chłopak z Raabego. Do tej pory leżał przed ołtarzem, sztywny i pokryty zaschniętą krwią, zwinięty w kłębek w ostatniej, daremnej próbie zasłonięcia twarzy przed ostrzami drona. Nie wszystkie maszyny dezaktywowały się po zachodzie słońca, wiele z nich strzegło zdobyczy w trybie uśpienia. A noc dawała im przewagę, zwłaszcza tym, które korzystały z sonarów.

Jagoda pamiętała, gdy w kościele odprawiano msze, i wtedy wydawał jej się kiczowaty – cały w pudrowych różach, beżach i złocie, jak stare domki dla lalek. Ktoś jej wyjaśnił, może babcia, a może ciocia – obie wtedy jeszcze żyły – że wzorowano go na stylu epoki Bizancjum. Teraz spleśniały, nieco zezowaty Chrystus nadal unosił dwa palce w geście błogosławieństwa, ale brakowało mu połowy szaty, a ze sklepienia i ścian tynk złuszczał się wielkimi płatami, odsłaniając wielkie czarne wykwity, w ślad których szła mszysta zieleń. Budynek okazał się za duży, zbudowany z tym samym iście bizantyjskim rozmachem, co wiele innych przed kryzysem, i nikt na osiedlu nie miał ani siły, ani ochoty, żeby go pielęgnować i dogrzewać podczas deszczowych zim. Za to znaleźli się tacy, co za łakomy kąsek uznali instalację elektryczną, a pozrywane kable walnie przyczyniły się do postępującego procesu rozkładu.

Wielka przestrzeń pod wysokim dachem mogła przywoływać skojarzenia ze świątyniami innego typu, i tak właśnie zinterpretowało ją oprogramowanie hyundaia, który unosił się, warcząc, nad cuchnącą kupką przedmiotów starannie ułożonych w stosy przy ołtarzu. Trzymał w chwytnikach skrzynkę, chyba wypełnioną awokado. Jagoda z przyzwyczajenia regulowała gogle, usiłując namierzyć numer seryjny, chociaż już widziała, że to E851, tak zwany gremlin. Podstawowa klasa załadunkowa, pięć kilo udźwigu, prościutka SI o możliwościach uczenia się porównywalnych do wolno żyjących nicieni. Krążyło tego na kopy w Jankach, w większej gromadzie zachowywały się jak wściekłe osy. Nikt nie dawał rady, cała praska gildia próbowała kiedyś wjazdu i nic. „Trzeba by to gówno potraktować zrzutami z napalmu, może by się przestały rozłazić po zamieszkałych dzielnicach.”

Jagoda przemierzyła płynnym krokiem odległość od jednej kolumny do drugiej i znów zastygła w miejscu. Nie myślała nad tym, co robi – każdy złomiarz, który przeżył pierwszy rok pracy, ruszał się, jakby pracował z dzikimi zwierzętami. Chwilę obserwowała drona, czekając na moment, w którym będzie zajęty składaniem nowego łupu na stos. Potem z kieszeni bojówek wyłuskała konsolę i wetknęła poklejony taśmą kabelek w gogle.

Sygnału nie było, czego się zresztą spodziewała. Gdyby zwykły gremlin miał działający radioodbiornik, pozbyłby się go jakiś młodociany haker z osiedla. Pewnie już tego próbowano. Mogli ją wezwać tydzień temu, gdy dron się tutaj zagnieździł, ale poskąpili wydatków na fachowca. Jagoda czasem się zastanawiała, czy mentalność „zrób to sam” uratowała kraj po kryzysie, czy pogłębiła jego powolny rozkład.

Złomiarka odepchnęła niechciane, natrętne myśli i skoncentrowała się na tym, co miała przed sobą. Na rotorach maszyny furkotały łopatki, kamerki na wysięgnikach obracały się wokół własnej osi, a błyszczące płaskie skrzydła – tak naprawdę panele fotowoltaiczne – upodabniały ją do gigantycznego owada. Nerwowe, drżące, pracowite zagrożenie, jak cywilizacja, która go stworzyła.

Emiter EMP był za słaby na drona klasy załadunkowej, więc Jagoda ostrożnie podniosła strzelbę, przycelowała i wypaliła. Gremlin wybrał tę samą chwilę na obrót. Stuk, stuk, tylko kilka kawałków ołowiu trafiło w cel. Dron bujnął się w powietrzu, na konstrukcji zapłonęły czerwone diody, kamerki zwróciły w stronę źródła strzału, z korpusu wysunęły dodatkowe chwytaki zakończone stalowymi szponami.

– Uwaga, alarm – rozległ się damski głos. – Intruz z bronią ostrą. Pracownicy proszeni o poszukanie schronienia. Powtarzam: pracownicy proszeni o poszukanie schronienia.

Musiał rzeczywiście przylecieć z Janek, bo emitując dźwięk, nie wisiał już w miejscu i prezentował korpus do odstrzału, tylko frunął w jej stronę jak miniaturowy meserszmit. Jeden rotor mu padł i trochę go nosiło na boki, ale powysuwał stabilizatory i dawał radę. Znaczy, wyszkolony, naekspił na takich frajerach jak ten pod ołtarzem.

Jagoda schowała się za kolumnę i bez celowania oddała kolejny strzał, a następnie, w oczekiwaniu na na spotkanie z gremlinem, uniosła opancerzoną lewą rękę nad głowę. Szpony zgrzytnęły o puklerz. W prawej dłoni złomiarki błysnął nóż. Mechanicznym gestem, przetrenowanym dziesiątki razy w praktyce, złapała drona za chwytaki, odginając je tak, żeby ostre końce znajdowały się z dala od niej, i dźgnęła prosto w rotor, blokując łopatki śmigła.

Nawet wojskowa toyota nie polata sobie na dwóch niewyważonych wirnikach, a co dopiero zwykły hyundai. Maszyna trzasnęła o ziemię, awanturując się jak wściekła; diody migały na czerwono, kamerki kręciły się w kółko, a chwytaki obracały w poszukiwaniu ofiary. Jagoda nie miała najmniejszej chęci dać się pociąć, więc odskoczyła i wycofała się za drugą kolumnę, ze strzelbą w rękach.

Zacisnęła zęby i wypaliła znów.

Zdechło wreszcie.

Wypuściła powietrze z płuc. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że wstrzymywała oddech. Dron dogorywał jeszcze chwilę, przywodząc na myśl zwierzę w przedśmiertnych drgawkach. Jagoda pokręciła głową z niesmakiem. Wyraźnie traciła refleks, połowa dawki leku może i utrzymywała ją na chodzie, ale to stanowczo nie wystarczyło. Zmarnowała dziś tyle śrutu, co żółtodziób, a obojczyk pobolewał ją od źle zamortyzowanego odrzutu. Korpus będzie nie do odzysku.

Podeszła i trąciła go butem. Może bateria albo dwie uniknęły naszpikowania ołowiem, kto wie. Poza tym – zlecenie wykonane i wyjątkowo nie zapłacą jej dziś w jajkach ani marchewce. A skoro już mowa o żywności… ciekawe, czy skradzione awokado jeszcze się do czegoś nadają?




Pobierz tekst:
Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Mogą Cię zainteresować

Książki na poprawę humoru
Recenzje fantastyczne nimfa bagienna - 17 października 2016

Odrobina wyższej matematyki przyda się każdemu… na przykład magowi, na którego szarżuje wściekły troll. Kazimierz…

Juliusz „Q” Mróz – „Larry Newark meets Raolo Benatti”

Winda orbitalna pnie się po fullerenowej nitce. Słynny hacker i ochroniarz (wręcz go uprowadzający do najpotężniejszego…

Adam Cebula „Koktajl czasów zarazy”
Felietony Adam Cebula - 25 marca 2020

A owszem, jest tak, że choróbsko rozwija się, gdy do organizmu dostanie…

Komentarze: 7

  1. Q'__ pisze:

    Fajnie zobaczyć „Mrówki…” na naszych łamach.

    Tylko do dziś zdumiewa mnie, że nie zdobyły Zajdla, ani nawet nominacji…

    • Ina pisze:

      Wiesz, jest pełno dobrych opowiadań bez nominacji. Zajdel wymaga też (prócz dobrego tekstu) pracy nad rozpoznawalnością, a ja cały czas w labie siedzę :)

      • Q__ pisze:

        Chyba „trochę” się nie doceniasz ;).

        Ale po namyśle mam pewną hipotezę – Zajdle, tak jak i Hugo zresztą (bo w obu wypadkach są to nagrody publiczności) zdobywają często (i to nawet nie jest zarzut, bardziej konstatacja) teksty popowo fajne (choćby i kosztem głębi), z bohaterami skrojonymi tak, by dali się lubić (w sensie, w jakim lubi się np. postacie z komiksów Marvela), tymczasem Twoja Jagoda, jest postacią ponuro-realistyczną, sympatyczną na swój sposób (mimo wszystko), ale motywowaną (adekwatnym do okoliczności) bezwzględnym instynktem przetrwania. Może to to zdecydowało? Co – broń Borgu – nie oznacza bym namawiał Cię do poświęcenia naturalizmu, na rzecz umizgów do (powiedzmy) masowego czytelnika.

        • Ina pisze:

          E, nie sądzę, żeby to tak głęboko szło i żeby miało cokolwiek wspólnego z samym tekstem. Raczej chodzi o to, gdzie się coś ukazuje, w jakim momencie, pewnie jeszcze milion innych spraw.

          • Q__ pisze:

            Gdzie… Przecież „Fenix” to kiedyś była część SF-owej Wielkiej Dwójki obok „Fantastyki”/”NF”. Potem Wielkiej Czwórki, bo doszły „Esensja” i – nieco wcześniej – nasz „F.”.
            No ale zamykam się już ;), bo chciałem Cię (zasłużenie) pochwalić, a nie spierać się z Tobą :).

    • Ina pisze:

      (no i takie pytanie pozostaje, czy jednak nie jest to wrażenie bardzo subiektywne i jednak większość nominujących/głosujących po prostu uważa inaczej, jakkolwiek by się części czyających nie podobało i jak bardzo nie byłabym z tekstu dumna XD)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit