Natalia Garczyńska „Krocz ze mną”

Jest piękna urodą nocy. Drobną, porcelanową twarz okala burza kruczoczarnych loków, długie rzęsy skrywają lodowy błękit oczu, a srebrzysta sukienka podkreśla kobiece kształty i mlecznobiałą skórę, przez którą prześwitują niebieskie żyłki. Jest tak doskonała, że nie ma prawa istnieć. Bogini księżycowego światła.

Leży bez ruchu, pogrążona we śnie, z którego nie ma przebudzenia. Dokoła jej głowy ktoś rozsypał płatki kwiatów, a w złożone na piersiach dłonie wsunął bukiet z lilii. Suknia połyskuje w migotliwym blasku świec, pozwalając cieniom na wędrówkę wzdłuż łagodnych wzniesień i zagłębień ciała. Fale spokoju miękko uderzają o drewniane boki trumny, zmieniając ją w łódkę rzuconą na środek czarnego oceanu nicości. Wiatr życia ustał, pozwalając, by cisza słodko kołysała dziewczynę. I nie istnieje już nic poza dębową szalupą dryfującą po otchłani niebytu.

Nagle czar bezruchu pryska. To promień księżyca niczym złodziej wkrada się w półmrok kaplicy i zaczyna wolno pełznąć po podłodze ku podwyższeniu, na którym spoczywa posągowa piękność. Zastyga dopiero, gdy pada na bladą twarz. Spłoszone złym przeczuciem świece drżą, cienie rzucają się do ucieczki, a kwiaty zwierają płatki. Wszystko, co żywe, kuli się i kurczy, i tylko sprzedajny czas przystaje w miejscu, by mogło zaistnieć to, co nie mieści się w zamkniętym ramionami sekund świecie.

Dziewczyna otwiera oczy i unosi się z atłasowej pościeli. Martwy wzrok demaskuje oszustwo, obnaża fałsz ruchów tej, która była kiedyś człowiekiem. Lecz ona, nieświadoma własnej śmierci, staje na zimnej posadzce. Kwiaty w alabastrowych dłoniach zabarwiają się szkarłatem, rubinowe krople spływają wzdłuż łodyg na nieskazitelną biel skóry i znaczą ją symbolami – od ich widoku jeży się włos na głowie. Łuna koloru rtęci tłucze witrażowe okna i wdziera się do pomieszczenia, zalewając podłogę srebrnym blaskiem. Chłód nocy lodowatymi palcami gasi świece i skręca karki stojącym w wysokich wazonach bukietom. Rozpoczyna się ceremonia zaślubin.

Bogini kroczy jaśniejącą posadzką. Idzie wolno, skąpana w nierzeczywistej poświacie, pozostawiając za sobą karminowy wzór. Piękna i krucha niczym chińska porcelana, sunie między ławkami, a świat wstrzymuje oddech. Naraz drzwi od kaplicy otwierają się na oścież i z głębin czerni wyłania się oblubieniec. Staje w progu. Wraz z nim do pomieszczenia wpada gorący powiew, tchnienie piekieł, od którego podłoga zajmuje się ogniem. Głodne płomienie okrążają dziewczynę, zamykają w gorejącym potrzasku, a potem unoszą się w powietrze na podobieństwo atakującej kobry. Lecz nie uderzają, tylko – kołysząc się niczym w transie – sykliwie żądają ofiary. Ich niezwykły śpiew sprawia, że prastare mury drżą. Teraz wolno opadają na posadzkę i podpełzają bliżej czarnowłosego anioła. Jeszcze bliżej. I bliżej. Wreszcie dosięgają ciała i niby węże owijają się wokół alabastrowych nóg. Już liżą rąbek sukienki. Lecz nienasycenie płomieni nie przerywa marszu wybranki ciemności, która kroczy przez kaplicę z bukietem płonących szkarłatem lilii. Pan młody wyciąga ku ukochanej ramiona, obejmuje  ją mocno, a ogień zamyka za nimi rozżarzone wrota.

Budzę się zlany potem i natychmiast spoglądam na leżącą spokojnie dziewczynę. Jest piękna jak we śnie: porcelanowa twarz, burza loków. Nachylam się i delikatnie głaszczę mlecznobiałe ramię. Nie jestem przesądny, nie wierzę w profetyczne przesłania majaków, a jednak nie potrafię wyplenić z serca kiełkującego strachu, obawy przed utratą najdroższej. Ostrożnie muskam alabastrową skórę, jakby sprawdzając, czy pod dotykiem nie obróci się w popiół. Po chwili oddycham z ulgą i uśmiecham się blado. Nie zmieniła się w garstkę prochu, nadal tu jest. Z czułością patrzę na niewinną nagość ciemnowłosej i wzdycham. Mógłbym tak siedzieć bez końca. Siedzieć i sycić wzrok. Doskonałością rysów twarzy: pięknie wyrzeźbionymi kośćmi policzkowymi, prostym nosem i pełnymi ustami. I stworzonym przez geniusza proporcji ciałem bogini.

Cicho szepczę modlitwę kochanków i przymykam oczy. Od kiedy ujrzałem ją pierwszy raz, nic nie jest takie jak wcześniej. Odebrała mi spokój ducha i zdolność racjonalnego osądu. Pociągnęła w nieznane, w nietkniętą złem rzeczywistość, każąc zapomnieć o brudach tego świata, o nędzy codziennej egzystencji, szarości świtu w wielkim blokowisku, śmierdzących klatkach schodowych, zataczających się sąsiadach, krzykach za ścianą i wszechogarniającej pogoni za pieniądzem. Jej nieskazitelność obnażyła żałosną prawdę o zgniliźnie i upadku życia, w którym dotychczas tkwiłem, przekłuła bańkę ułudy. Nagle zapragnąłem stać się równie doskonały, czysty i wolny.

Znów wzdycham. Gdzieś w głębi serca tkwi obawa, że ucieczka przed prawdą zawsze skazana jest na niepowodzenie. Ale pragnienie szczęścia jest silniejsze, więc przestaję myśleć o przyszłości i tulę się do dziewczyny.

Ostatnio Krzysztof wygląda na przemęczonego. Podkrążone oczy i blada cera zdradzają permanentny brak odpoczynku. Dzisiaj dwukrotnie zdarzyło mu się przysnąć przy pracy! Co za szczęście, że ludzie rzadko zaglądają do pracowni, przestraszyliby się nieprzytomnego mamrotania. Cóż, boi się. Wiem, że się boi. Nawet teraz trzęsą mu się ręce. Niedobrze. Nie, gdy wykonuje czynności wymagające precyzji. Powinien wreszcie wziąć się w garść i zapomnieć o strachu.

Zapala papierosa. Zaciąga się i nad czymś rozmyśla. Chyba w końcu podjął decyzję, bo gwałtownie gasi niedopałek, myje ręce i sięga po pędzel. Jak zwykle zostawił otwarte drzwi, więc widzę go dobrze. Przechyla głowę i marszczy brwi – uwielbiam przyglądać się, jak tworzy. Zawsze w skupieniu, zawsze z pełnym oddaniem. Jest pasjonatem, artystą z krwi i kości, co w dzisiejszych czasach nie zdarza się często. Ludzie zaharowują się dla pieniędzy, prestiżu, władzy, ale nie dla sztuki. A Krzysztof kocha to, co robi. A ja lubię Krzysztofa, jego smukłe, delikatne dłonie, ostry profil i zaangażowanie, z jakim poszukuje spełnienia. Chyba wierzy, że poświęcając się pracy, ucieknie, choćby na krótką chwilę, od znienawidzonej rzeczywistości. Wrażliwy, nieprzystający do świata chłopak. Ale prawda go dopadnie, prędzej czy później. Ma tego świadomość, dlatego ostatnio źle sypia, budzi się z krzykiem, a potem na nowo brnie w iluzję. Z ciekawością obserwuję, jak jego strach narasta wraz z upływem dni, które pozostały do uroczystości.

Biedny, wylękniony dzieciak.

I znowu kroczy jaśniejącą posadzką, znacząc podłogę kroplami krwi, a przekupny czas wstrzymuje oddech. Puste spojrzenie dziewczyny nie ogniskuje się w żadnym punkcie, zdradzając, że dusza porzuciła to doskonałe ciało, czarnowłosa jest martwa, a jeżeli się porusza, to za sprawą obcej mocy. To ciemność upomniała się o bladolicy cud natury, odbierając go śmierci, lecz nie zwracając życiu. Tylko tak mogą się odbyć zaślubiny z piekłem.

Bogini idzie wolno, skąpana w nierzeczywistej poświacie, a z ławek wyciągają się ku niej starcze, pomarszczone dłonie. Długie, zakrzywione szpony czepiają się sukienki, szarpią delikatny materiał i drą na strzępy. Głodne ręce zdają się być wszędzie. Pełzną po ziemi i wspinają po drewnianych oparciach. Ach, dosięgnąć, dosięgnąć gładkiej, jedwabistej skóry! Naznaczyć dziewczynę ułomnością, wyrwać z kręgu nieżycia i zatrzymać dla siebie! – tylko tego chcą.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Nick Webb „Wojownik. Stara flota 2”
Patronaty F-ta Jagna Rolska - 22 lutego 2017

Nick Webb tytuł: Wojownik Stara Flota, tom 2 tłumaczenie: Małgorzata Koczańska i Marcin Bojko…

Andrzej Pilipiuk „Kuzynki”

Drugie, poprawione wydanie pierwszego tomu trylogii Andrzeja Pilipiuka. Kim są „Kuzynki”? Katarzyna…

Drużynowe Mistrzostwa Polski w planszówkach na Cyber Falkoni
Aktualności Fahrenheit Crew - 18 października 2010

Z przyjemnością informujemy, że na tegorocznym Cyber Falkonie odbędą się Mistrzostwa Polski w grach planszowych. Zapraszamy…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!