neularger i A.T. „Egzekucja” (7)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 7 stycznia 2016

Trójka uczniów komtura Dominusa stanęła na baczność przed swoim mentorem.

– Tak jest – zasalutowali, kiedy okruchy rozbitej ściany runęły na ziemię. <Okruchy runęły. I wybiły gigantyczne dziureczki.>

Na dachu najwyższego z budynków <Oni mają jakąś obsesję grupowania się na wysokich budowlach…> stała czwórka odzianych w złote pancerze <A autor obsesję metali szlachetnych na każdym, kto się nawinie w fabule.> obserwatorów. Zakonniczka Hannika, kapłan Lathan <Dla niepoznaki zwany paladynem…>, rycerz Keythian i komtur Dominus. Było dość gorąco, gdyż temperatura osiągała nawet czterdzieści stopni. <Zatem mus pancerz nosić, żeby się poparzeń od słońca nie nabawić!>

– Patrzcie uważnie, moje dzieci – zamrugał komtur Dominus. <Dziś mówię do was morsem, mrugając powiekami, gdyż wspaniały jestem i mam skile rozmaite…> – Zjednoczeni radością bohaterowie posiadają jedną wolę. Wiją się i pełzają do amfiteatru. Wylewają krew i szukają zwycięstwa, a walka trwa w nieskończoność.

<Hannika zaś zastanawiała się, co takiego wciąga komtur, i czy zgodzi się zmniejszyć dawkę.>

***

Jedenastu zawodników okupowało już całą arenę. Najrozmaitsze osobistości zawitały tego dnia, każdy w poszukiwaniu zwycięstwa i chwały. Publiczność zamilkła, kiedy Król Imperium Phaoris wstał i uniósł dłoń. Był to znak rozpoczęcia Battle Royale. Każdy na każdego. Wszystkie chwyty dozwolone.

Wielki gong zagrzmiał roznosząc echo w całym imperium. <To było takie bardzo kieszonkowe imperium.>

– Dobra nasza. Uformować szyk obronny!

Odgłos dochodził zza utworzonego przez czwórkę osiłków żywej ściany. Arena zatrząsnęła się, kiedy zza defensywnej formacji wyskoczył rycerz Drawde i runął o ziemię. <Martwy?>

– Chronić króla Dementre! – krzyknął do czterech ochroniarzy w czarnych obcisłych garniturach <Garnitur nową zbroją! Koniecznie obcisły.> – Nikt nie przejdzie!

– Jesteście pewni tego, lordzie Drawde? – westchnął zrezygnowany skrytobójca Scynt głaszcząc swój zaostrzony <i drewniany> kordzik. – Uformowaliście sojusz na arenie? <Formuje się szyk. Sojusze się zawiera.> Tego już nie można nazwać Battle Royale <Aaa… Stąd ten król… Ciekawe, gdzie reszta monarchów?>, ani walką każdy na każdego.

– To są walki gladiatorów – odszczekał mu pustynny rycerz <Zaczynam rzygać tymi kretyńskimi dookreśleniami…> Drawde. – liczy się jedynie zwycięstwo. To po prostu jedna z lepszych taktyk, jakie należałby wykorzystać w ramach istniejącego regulaminu. Nie pozwolę, aby ktokolwiek nazwał to nieuczciwą walką. <I dlatego, mając w rzyci wymyśloną strategię, rzucę się na ciebie od razu!>

Drawde zamachnął długą dwuręcznym <i niegramatycznym> Khandą <A co to? Halabarda? Topór? Młot? Chochla?>, która świsnęła tuż przed zakapturzonym łotrem. Scynt zaklął, odskoczył do tyłu a następnie wywinął swój nietypowy sztylet. <W przód i dwa razy do tyłu.> Było bardzo gorąco. <Dlatego zrezygnował z dodatkowych wywinięć.> Drawde miał wrażenie, że puginał łotra przekształca się w czarnego jadowitego węża. Skrytobójca przemknął obok rycerza skacząc w boki <Minął go z dwóch stron jednocześnie?>, wykonując mityczny taniec <deszczu> w locie, ostatecznie odbił się od ziemi by wbić sztylet w plecy wojownika, lecz ten w porę zorientował się nad zamiarem <I wziął kurs na decyzję.> Scynta i odbił puginał cięciem Khandy. <Niech mi to ktoś teraz rozrysuje z uwzględnienie skoków, wywinięć i odbić cięciem.>

W międzyczasie, na południowej części areny toczyła się otwarta walka grupki innych gladiatorów. <Otwarta? Znaczy, dodatkowi uczestnicy mordobicia byli mile widziani, gdyż była to wysoce egalitarna bójka?> Dwójka z nich padła na ziemię wykończona, zaś nad nimi czyhał wściekły lew liżąc <Czyhał liżąc.. Normalne, czego ja się czepiam…> swoje ofiary. Nad bestią stanął wielki słoniowaty żołnierz Cebul, cały w pancernym żelastwie. Wybuchnął rubasznym śmiechem.

Nagle wielkiego pancernego legionistę <Wiecie, to niesamowite, jak próba uniknięcia powtórzenia słowa „żołnierz” owocuje innymi powtórzeniami – „wielki” i „pancerny”. W życiu nie widziałem, tak przeciwskutecznego Autora.> powaliła kolczasta kula na łańcuchu, którą posługiwał się kolejny gladiator. Nikt inny jak sam Dogger Tank, sierżant oddziału militarnego <A co, „sierżant straży” za prosto było?, który również uczestniczył w turnieju. <Wspominałeś, Autorze.>

– Ej, Rogrim co powiesz na mały sparing – zaproponował Dogger bez chwili wytchnienia. <Znaczy gadał, gadał, i gadał, dopóki mu język nie odpadał…> – Zwycięzca będzie mógł poskromić tego lwa. <Też mi nagroda…>

– Słusznie – odpowiedział na wyzwanie Stoneheart mieszając zupę w kotle, którą gotował w środku areny. <Obok był też bar, burdel i pralnia.> Dogger Tank przez większość czasu nie miał pojęcia, czy Rogrim kpi <Takie kpiny, jaki kpiący, se rzeknę…> sobie z turnieju, czy też na poważnie zamierza urządzać kuchnię podczas rozlewu krwi gladiatorów. <A co za różnica?> Jednakże patrząc na to, że do turnieju dostała się także niebezpieczna bestia jaką jest Lew, Dogger tank uznał, że lepiej nie zadawać pytań, na które nie otrzyma się jednoznacznie wytłumaczalnej i logicznej odpowiedzi. <Doskonały pomysł, zalecany podczas lektury niektórych opek także.>

– Dogger, niedługo usłyszysz o łowcy dziczy <Dzicza atakuje znienacka!>, który poskromił lwa <Nie czepiajmy się, lew i dzicza są strasznie do siebie podobne. Się pomylić łatwo można.> – uzupełnił czarnobrody myśliwy i chwycił za strzelbę.

Na wschodniej części areny wcale nie było mniej zaciekle. <Choć bójki były mniej egalitarne, przyznajmy.> Trójka rozgniewanych jaszczuroludzi otoczyła biednego gnoma, który skulił się w sobie. Podbiegli wbijając <Imiesłów – magiczna część mowy, której związki z czasownikiem nadal pozostają poza zasięgiem logiki autorów…> włócznie w małą postać, lecz po chwili gnom zniknął. <Razem z wbitymi włóczniami?> Rechocząc <I lekko krwią brocząc.> przemykał między kolejnymi wojownikami aż wreszcie skoczył na statuetkę pośrodku koloseum. <Na której już Rogrim warzył kocioł pomidorówki.> Uniósł wysoko ręce <I wleciał do wrzącej zupy.> i wypowiedział kilka niezrozumiałych dla nikogo słów. Rzucił wysoko kilka zwojów <Wyciągniętych z tył… z gaci.>, które zamieniły się w złoty pył. Po chwili z nieba runął wielki płonący głaz, wbijając się pośrodku areny. <Tam, gdzie stały jeszcze posąg i kocioł pomidorowej. Samobójstwo przez jednoczesne utopienie, ugotowanie i zatłuczenie wielkim płonącym głazem. Ekscentrycznie.>

– Znam go – mruknął jeden z widzów krwiożerczego <Kretyńskiego.> spektaklu, stary dziadek z Raviras. – Znam tego gnoma. To Vandrad, mistrz przywołań. Zaraz, ten głaz przybiera postać. Czy to nie golem?! <Nie, to hamburger.>

Faktycznie niziołek zdołał przywołać na arenę kroczącego kamiennego konstrukta, którego zadaniem było wykonywanie rozkazów swojego pana. <W tej chwili niewygodnie martwego.>

– Drżyjcie śmiertelnicy przez potęgą destrukcji! – zarechotał gnom, choć jego słowa wcale nie były straszne. <Nie, no co ty, narrator…>

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Dariusz Sprenglewski „Lubię ssać”
ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 11 października 2017

Ostatni tekst, który miałem… przyjemność dla Was odkuŻać, był zły. Okropnie, dramatycznie…

A. W. „Geneza”
ZakuŻona Planeta Ebola - 3 czerwca 2014

Zacznijmy od beczki dziegciu. Złe lub, w najlepszym razie, niedobre jest w tym opowiadaniu wszystko.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!