Bartosz Ćwir „W cieniu templariuszy”

Para-Nauka Bartosz Ćwir - 29 stycznia 2013

Niespełna dwa lata temu przeczytałem recenzję powieści kastylijskiej pisarki Nurii Masot pt. Cień templariusza. Kolejną historię o przesławnym Zakonie Świątyni przyjąłem z pobłażliwym uśmieszkiem, ale jeden z komentarzy zmusił mnie do głębszego zastanowienia. Mianowicie: pewien użytkownik zadał dość istotne pytanie – dlaczego znów templariusze, a nie tym razem, dla odmiany (bo przecież nie można pisać ciągle o tym samym) joannici?

Podejrzewam, że dla tak zwanego przeciętnego czytelnika oczywiste będzie coś wręcz przeciwnego: zaskoczy go moje i autora owego komentarza zdziwienie. Cóż, o fascynującej historii templariuszy słyszał każdy, zaś szpitalnicy albo (a w zasadzie tym bardziej) „Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego zwany Rodyjskim i Maltańskim”… cóż to za twór? Można jeszcze do tego wszystkiego dodać kolejne zdziwienie: czy warto tracić czas na rozgryzanie, dlaczego ktoś zajmuje się tym, a nie tamtym, czemu spodobało się to, nie coś innego, skoro o gustach jak powszechnie wiadomo się nie dyskutuje, a sprawa wydaje się od samego początku oczywista – kolejny zakon, jakich wiele, nie dziwota, że pozostaje poza granicami powszechnego zainteresowania.

Wystarczy sięgnąć do Wikipedii (choć osobiście polecam bardziej rzetelne źródła informacji), by znaleźć dowody jego niezwykłości: „Zakon uznawany jest przez szereg państw za suwerenny podmiot prawa międzynarodowego. Jego nieruchomości: dwie w Rzymie i jedna na Malcie – mają status eksterytorialności. Zakon jest stroną umów międzynarodowych, utrzymuje stosunki dyplomatyczne, bierze udział w życiu dyplomatycznym, konferencjach międzynarodowych, działa w różnych organizacjach jako obserwator (ONZ, UNESCO, UNICEF, Unia Łacińska).” Do tego nie sposób pominąć prowadzonej na szeroką skalę pomocy medycznej, udzielanej często w ogniskach konfliktów zbrojnych (m.in. w Palestynie). No cóż, można powiedzieć, że co prawda zakon przetrwał, odgrywa wielką rolę, jak na organizację religijną, ale skoro każdy może go zobaczyć i sprawdzić, to nie ma w nim żadnego nieznanego, a templariusze, przez to, że tak odlegli w czasie, stali się ze swoją historią skarbnicą zagadek.

Lecz przecież historia Suwerennego Zakonu Maltańskiego także w licznych momentach okryta jest mgłą tajemnicy. Tak na przykład wciąż nie ustalono, skąd na dobrą sprawę pochodził założyciel Zakonu św. Jana – Gerard, przez tradycję uznawany za błogosławionego. Podobna kwestia dotyczyła patrona zgromadzenia i mimo że ostatecznie ustalono, iż jest nim św. Jan Chrzciciel, to jednak nieustannie możemy natknąć się na publikacje, gdzie miast niego podaje się św. Jana Jerozolimskiego, zwanego powszechnie Jałmużnikiem.

Zagadki wciągają nie wówczas, gdy nie ma szans na ich rozwiązanie. Najbardziej fascynujące są takie, gdzie wiadome wymieszano z niewiadomym.

Oficjalnie za założyciela Zakonu św. Jana uważa się – wspomnianego już wyżej – błogosławionego Gerarda. O nim samym wiemy bardzo niewiele, a Tadeusz Wojciech Lange – polski historyk zajmujący się dziejami Kawalerów Maltańskich – stwierdza wprost, że o Gerardzie nie wiadomo nic. Jednakże z pewnością coś wiemy. Nie ma wątpliwości, że to on był założycielem hospicjum (co wynika z bulli papieskiej z 1113 roku), powstałego w obrębie murów opactwa Santa Maria jeszcze przed zdobyciem Grobu Pańskiego przez Krzyżowców.

Prężna działalność założyciela szpitala doprowadziła do rozkwitu kompleksu, zyskującego nową sławę podczas krucjat. Do tego również przyczynił się sam Gerard, który – jak głosi tradycja – z murów obleganej przez chrześcijan Jerozolimy rzucał chleb. Ponadto często przypisuje się mu inne działania na rzecz przybyszów z Europy. Przede wszystkim pomoc medyczną, kwaterunkową, a nawet wywiadowczą. W każdym razie na skromne bractwo szpitalne spadły wkrótce wielkie zaszczyty i darowizny, przez co przekształciło się ono w sławny zakon szpitalny.

W historii Kawalerów Maltańskich mamy też to, co do dziś przysparza dreszczy zarówno małym chłopcom, jak i dojrzałym mężczyznom: wojenny splendor. Po śmierci brata Gerarda, ok. roku 1120, kierownictwo nad zgromadzeniem przejął niemniej słynny niż jego poprzednik Rajmund du Puy. Nadał on szpitalnemu bractwu regułę, którą później zatwierdził papież Innocenty II, oraz wdrożył w struktury zakonu cechy militarne. Mimo tych zmian i późniejszej wojskowej roli zakon nigdy nie zatracił swego pierwotnego powołania, w którym wytrwał po dziś dzień.

Natrafiamy wreszcie na to, co najbardziej powinno przyciągać uwagę publiczności: na dramatyczną historię. Jerozolimski epizod dziejów zakonu dobiegł kresu w roku 1291, kiedy to upadła Akka – ostatnia stolica państwa Krzyżowców. I chociaż szpitalnicy (zwani tak wówczas przyszli Kawalerowie Maltańscy) wciąż w późniejszym okresie podejmowali próby, kolejnej eskapady w Ziemi Świętej, ostatecznie musieli porzucić te idee i znaleźć dla siebie nową siedzibę. Niczym Eneasz po upadku Troi musieli udać się na wygnanie w nieznane.

Historia szpitalników pęka w szwach od gotowych scenariuszy filmów sensacyjnych. Oto gdy templariuszy dotknęła kasata, rozeszły się pogłoski, że im Filip IV gotuje taki sam los. Zakon ratował się zajęciem wyspy Rodos, doszło do bratobójczych walk między chrześcijanami. Szpitalnicy (nazywani w tym okresie Kawalerami Rodyjskimi) nieustannie prowadzili walkę z Islamem – marząc o podboju Ziemi Świętej – oraz kontynuowali działalność szpitalną. To właśnie w okresie rodyjskim zyskały pierwszą sławę galery zakonne, które, działając w charakterystycznych dwujednostkowych konwojach, zwalczały muzułmańską żeglugę.

Słynne epizody można by mnożyć, podobnie słynne osobistości, działające w szeregach zakonu. W szczególności byli to wielcy mistrzowie – zwierzchnicy braterskiej wspólnoty. Wkrótce zakon stał się siłą rzeczywiście liczącą się na Morzu Śródziemnym, więc – jak pisze wspomniany wyżej Tadeusz Wojciech Lange – ,,nic też dziwnego, że w sułtanie tureckim dojrzała myśl o eksmisji hardych rycerzy z tak strategicznie położonego miejsca”. Z tego też powodu w roku 1480 sułtan Mehmed II (nazwany przez potomnych Zdobywcą) wysłał na Rodos armię w celu zlikwidowania nieprzychylnych mu rycerzy. Szybko przekonał się, że zakonnicy stanowią orzech znacznie cięższy do zgryzienia, niż sobie to z początku wyobrażał…

Przytaczając te wszystkie historie, trudno nie zadać sobie pytania: jak to jest możliwe, że tak przecież ekscentryczna (bo katolicka, zwróćmy uwagę, jak często samo umieszczenie akcji za murami Watykanu nadaje jej walor takiej egzotyki, jakby działa się w Chinach za czasów Marco Polo),jak na dzisiejsze czasy, , organizacja o niezwykle barwnej przeszłości budzi mniejsze emocje niż zakon, którego dawno już nie ma?

Przeszukałem internetowe księgarnie, aby odnaleźć autorów, którzy – obok wspomnianej na początku Nurii Masot – podjęli się pisania o templariuszach. W przeciągu kilku minut natknąłem się na takie nazwiska jak Raymond Khoury, Jack Whyte, Javier Sierra, Robyn Young. Trylogia ostatniej z wymienionych osób była mi dobrze znana, bo swego czasu czytałem ją z niemałą fascynacją (przyczyniła się też w pewnym stopniu do rozwoju mojej pasji związanej z joannitami, przedstawionymi tam jako jeden z przeciwników rycerzy Templum). Ten sam zabieg powtórzyłem w odniesieniu do szpitalników. Wynik odbiegał jednak znacznie od poprzedniego, a mianowicie… znalazłem jeden tytułu: Pan Samochodzik i joannici (aa przecież możemy odnaleźć w ramach tej samej serii tom pt. Pan Samochodzik i templariusze). Czego by nie mówić, rezultatów spodziewałem się przynajmniej nieco bardziej zbliżonych. Po długich poszukiwaniach natknąłem się jeszcze na powieść autorstwa Czesława Czerniawskiego pt. Kawaler Maltański, przedstawiającą maltański epizod naszego rodaka, Bartłomieja Nowodworskiego. Następnym krokiem było sprawdzenie polskojęzycznej literatury naukowej. Tutaj joannici nie ustępują pola templariuszom w sposób tak widoczny, a to głównie za sprawą obszernej pozycji H. J. A. Sire’a Kawalerowie Maltańscy oraz dorobku Tadeusza Wojciecha Lange, dzięki któremu mamy sporo polskojęzycznej literatury naukowej na temat szpitalników. Pozostawał jeszcze jeden istotny element popkultury – film. Na tym polu również Rycerze Świątyni górowali ponad szpitalnikami, a to głównie za sprawą tytułu Templariusze: miłość i krew, który w dość mizerny sposób przedstawia realia życia zakonnego. Poza tym nie można pominąć również słynnego Indiany Jonesa oraz jego przygody ze Świętym Graalem, gdzie nowożytni templariusze już na początku filmu dybią na życie głównego bohatera. A joannici? Nietrudno się chyba domyślić, że ciężko doszukać się jakiegokolwiek dzieła filmowego z Kawalerami Maltańskimi w tle.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

James White „Ostateczna diagnoza”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 6 lipca 2007

Po zjedzeniu trującego owocu pessinith i upadku z wysokiego drzewa mały Hewlitt powinien być martwy.…

Premiera „Zabójczych maszyn”
Film Fahrenheit Crew - 7 grudnia 2018

Dzisiaj do polskich kin trafiają „Zabójcze maszyny”.

7. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych „Animocje”
Film MAT - 12 kwietnia 2017

Dokładnie za tydzień (w środę 19 kwietnia) rozpoczną się pierwsze pokazy, stanowiące prolog do 7. Międzynarodowego…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!