ISSN: 2658-2740

„Ursynów zdecydowanie pomaga w pisaniu” – wywiad z Marcinem Podlewskim

Ursynów zdecydowanie pomaga w pisaniu

Marcin Podlewski, autor powieści fantastycznych opowie, jak przebiegają prace nad jego projektem dark fantasy, gdzie szuka inspiracji a także gdzie najchętniej by wyjechał, gdy pojawi się ku temu sposobność. Zdradzi również, czy czytelnicy mogą liczyć na kolejne powieści osadzone w uniwersum „Głębi”.

Jagna Rolska: Nie od takiego pytania zwykle się rozpoczyna wywiad, ale – jako twoja sąsiadka – muszę zapytać. Ursynów pomaga, czy przeszkadza w pisaniu?

Marcin Podlewski: Ursynów to specyficzne miejsce. Pamiętam je jako szarą krainę bloków, wykopów, bajor błota i wystających z ziemi, zardzewiałych drutów. Przyjechałem tu jako mały dzieciak i pamiętam górki ziemi, które potem porosły trawą i na których potem łapało się pasikoniki, chrząszcze i motyle. Pamiętam, jak zbiegało się do kumpla z dołu, żeby zagrać u niego na Commodore 64 czy Amidze, a przez okno wlewało się czyste światło. Pamiętam „Alternatywy 4” i pierwsze młodzieńcze smutki przy Joy Division słuchanym na walkmanie, gdzieś w cieniu bloków przypominających industrialne wieże. Pamiętam nieskończone place i labirynty murków, pierwsze huśtawki i kopanie metra. Ale przede wszystkim pamiętam ludzi, którzy przez konieczność życia w tak ascetycznym środowisku rodem z „Equilibrium” wykształcali w sobie niesamowite klimaty psychofizyczne i dolepiali je do świata. Zatem tak – Ursynów zdecydowanie pomaga w pisaniu.

J. R.: Dodajmy, że wykop niemiłosiernie długo budowanego metra być może w niejednym dzieciaku zaszczepił miłość do postapo. Czy klimat tego dawnego Ursynowa może choć częściowo odpowiadać za nieprawdopodobny wręcz mrok w Twojej powieści „Księga Zepsucia?”. Skąd pomysł na napisanie dark fantasy?

M. P.: Skoro już mowa o industrialnych gruntach, to w gruncie rzeczy pomysł powstał przez to, że temat dark fantasy w Polsce jest ledwie liźnięty. Mamy oczywiście powieści Michaela Moorcocka o Elryku czy cykl o Krzyczącym w ciemności Agnieszki Hałas, ale większość czytelników interpretuje dark fantasy w kontekście Lovecrafta, co jest w sumie błędem, bo Lovecraft to narodziny weird fiction, pięknie kontynuowane przez np. Thomasa Ligottiego czy Wojtka Gunię. Te oba gatunki romansują ze sobą, to prawda, ale czyste dark fantasy powinno być fantasy z dużą domieszką mroku i horroru, i dlatego też powstała „Księga Zepsucia”.

J. R.: Stworzyłeś uniwersum, w którym dogmatem jest zło. Jakby tego było mało, złe, baśniowe uniwersum osadziłeś wewnątrz totalitarnej, alternatywnej Polski z niedalekiej przyszłości. Bardzo mnie ciekawi, czy pójdziesz w głąb tej czarnej matrioszki ponurych światów. Jak bardzo zaawansowane są prace na kolejnym tomem i czy twoja psychika to wytrzymuje?

M. P.: Przyspieszyłem ostatnio. Sam ustanawiam sobie pewne „deadline’y” i, co ze wstydem przyznaję, nie udało mi się dotrzymać ostatniego. Praca nad „KZ” jest bowiem wyczerpująca – już sama świadomość istnienia mojego umysłu w świecie Zła jest… cóż, przygnębiająca. W odróżnieniu od Czytelnika, który świat ów eksploruje, analizuje, wyciąga wnioski i dobrze się bawi, ja jestem tam cały czas, również poza okresem pisania, i nie mogę go opuścić, dopóki nie skończę. Wpływa to na moje postrzeganie, na perspektywę obserwowanego świata realnego – drzewa pod blokiem robią się kościste, dobre uczynki kryją drugie dno, świat mrocznieje. Można od tego się odciąć kosztem książki, pytanie zatem – czy warto?

J. R.: Co było bodźcem do tego, by napisać „Głębię”?

M. P.: Bodziec był jeden – odczucie, że brak jest polskiej książki w tym gatunku – ale takiej, jaką sam chciałem przeczytać. „Głębia”, w swoim podstawowym założeniu, miała być takimi naszymi polskimi „Gwiezdnymi Wojnami” – nieco twardej fantastyki na początek, ale podlanej baśniowym sosem i, co chyba jest dla mnie typowe – horrorem. Po prostu czułem, że muszę coś takiego machnąć i machnąłem.

J. R.: „Machnąłem” to bardzo nonszalanckie określenie dla czterotomowego, docenionego przez recenzentów dzieła, liczącego w sumie 3160 stron (policzyłam!). A to prowadzi do kolejnego pytania. Czy to uniwersum jest już zamknięte na zawsze?

M. P.: Na pewno zakończona jest historia Wypalonej Galaktyki. Wbrew pozorom to nie oznacza, że zamknięta jest tematyka samego uniwersum. Całe uniwersum jest bowiem znacznie, znacznie szersze (w mojej skromnej głowie). Gdybym miał to do czegoś porównywać, to powiedziałbym, że historia Wypalonej Galaktyki jest taką trylogią 4-6 Gwiezdnych Wojen (czy raczej tetralogią ;)). Pozostaje tylko pytanie, czy będę miał kiedyś siłę, by przekazać całą tę, bardzo obszerną, opowieść.

J. R.: Liczę, że będziesz miał! Nie wszyscy wiedzą, że „Głębia” nie była Twoim debiutem wydawniczym. Przypomnisz, co nim było i kiedy zostało opublikowane?

M. P.: W 2013 roku debiutowałem powieścią „Happy END” – mieszaniną horroru, SF, powieści psychologicznej, weirdfiction, romansu i czego jeszcze chcecie. Rzecz tyczyła się tajemniczego wirusa – aberracji, które pojawiły się na świecie i zaczęły „rozwalać” rzeczywistość i zmieniać ją w horror. Na okładce zaś znalazła się różowa czaszka w koronie. Wnioski wyciągnijcie sami…

J. R.: Usiłowałam kupić „Happy END”, ale nigdzie nie znalazłam!

M. P.: Nie uda się. Jedną z niewątpliwych zalet „Happy END” jest fakt, że stał się on książką magiczną, białym krukiem nie do zdobycia, proroczą księgą zakazaną, almanachem tajemnic, którego tylko kilkaset egzemplarzy krąży gdzieś po świecie.

J. R.: Skoro już przy tajemniczym wirusie jesteśmy… Powiedz, czy spodziewasz się rychłego wysypu książek o epidemii i czy obecna sytuacja ma wpływ na Twoje życie zawodowe?

M. P.: Raczej nie. Temat jest chyba zbyt wymęczony, plus reakcja byłaby taka: „co tu mi pan autor wypisuje o epidemii, jak ja swoje przeżyłem!” – zatem generalnie zagadnienia epidemiologiczne i postapo nie będą w modzie. Oczywiście ukażą się już zapowiadane książki, ale nie wróżę im wielkiego sukcesu. Nie bez powodu stalkerowe serie zyskały taki poklask w momencie, gdy zniesiono obowiązkową służbę wojskową. Ja wiem – były książki, gry i znowu książki na podstawie gry – ale zawsze chodziło w tym o coś więcej – o upragnioną „inicjację” na mężczyznę z karabinem, którą to inicjację tak okrutnie nam odebrano. Tu jest podobnie. Przyjemnie czyta się o apokalipsie, gdy jest ona abstrakcyjna. Gdy przybiera maskę epidemii i gdy sami zaczynamy żyć w świecie SF – w maskach, w rękawiczkach, licząc kolejne zgony – postapo i pandemia staje się prozaiczna i szara.

A co do życia zawodowego – tak, wpływa. I nie mówię tu o zrozumiałym zaciskaniu pasa, tylko o konieczności skupienia. Ja, żeby swobodnie pisać, muszę się skupić i z tego skupienia nie mogę być wytrącony. Ze zrozumiałych względów – żona, dziecko, pies, kot – nie jest to teraz możliwe.

J. R.: Kim jest Marcin Podlewski, kiedy odsuwa na bok pisanie? Co zajmuje Cię w życiu? Masz jakieś pasje?

M. P.: W sumie był czas, kiedy tych pasji miałem multum. Muzyka chociażby. Będąc pięknym młodzieńcem w czarnym płaszczu, rozkosznie było kroczyć z takim „Joy Division”, „Pet Shop Boys” czy „ThrobbingGristle” na słuchawkach – rzecz jasna w cieniu ursynowskich bloków, w łopoczącym wietrze – i przeżywać jakieś tam swoje egzystencjalne udręki, tudzież emocjonalne wzloty. Do tego jeszcze odpowiednia warstwa filmowo-książkowa, plus gry komputerowe na pecety 386 z wielką kineskopową „dupką” monitorów CRT. Plus planszówki. I niech ktoś teraz powie, że to nie było cudowne życie!

Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Historia niejedno ma imię

Polskie Średniowiecze stanowi niezwykle atrakcyjne tło dla powieści z nurtu historycznego fantasy.…

Jagna Rolska „Szukając Tír na nÓg”
Opowiadania Jagna Rolska - 14 lutego 2020

Zapraszamy do lektury opowiadania Jagny Rolskiej o końcu świata i pewnej legendzie.…

Nowiny z „Fabryki Słów”
Aktualności Fahrenheit Crew - 3 listopada 2016

Wydawnictwo Fabryka Słów ma dla czytelników trochę ciekawych informacji ze swojego świata i życia……

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!