Andriej Astachow „Róg Dionizosa”


„Róg Dionizosa” to drugie opowiadanie Andrieja Astachowa prezentowane na naszych łamach, tym razem poprzedzone kilkoma słowami od Autora do polskich czytelników. Jednocześnie bardzo miło nam poinformować, że nasz tłumacz, Tadeusz Rubnikowicz, uruchomił stronę ze swoimi przekładami rosyjskiej fantastyki, na której za darmo można zapoznać się z, między innymi, całym pierwszym tomem Cyklu Smoka Andrieja Astachowa zatytułowanym „Leodan, syn lwa”.

Zapraszamy serdecznie do odwiedzin strony fantastyka.nets.pl

Oby przybierała na wadze, czego Wam i sobie życzymy.

 

Do polskiego czytelnika

 

Prawdopodobnie każdemu w dzieciństwie przytrafiło się coś, co zaważyło na jego dalszym losie. Pamiętam dzień, kiedy mama przyniosła w wielkiej torbie z księgarni dziewięć nowiutkich, pachnących farbą drukarską, opasłych tomów. Na okładkach widniało nieznane mi wtedy imię i nazwisko – Henryk Sienkiewicz.

Następne dwa tygodnie stały się dla mnie prawdziwym świętem. Czytałem bez przerwy, zapominając o jedzeniu i spaniu, o tym, że trzeba odrobić lekcje albo wypadałoby pobawić się na podwórku z kolegami. Bez opamiętania połknąłem „Ogniem i mieczem”, „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”, potem zabrałem się za „Krzyżaków” i wreszcie, w zaledwie dwa dni, przeczytałem „Quo vadis”. Nigdy wcześniej tak dużo nie czytałem, i od tamtej pory Sienkiewicz na zawsze wszedł w poczet moich ukochanych pisarzy.

Później, już na uniwersytecie, także nie rozstałem się z polską kulturą – być może dlatego, że jednym z moich wykładowców był człowiek, w którego żyłach płynęła polska krew – nadzwyczajny naukowiec i pedagog, Antoni Gorbaczewski, dzięki któremu znacznie rozszerzyłem swoje wiadomości o polskiej kulturze. Na jego zajęciach fakultatywnych uczyłem się języka polskiego (dotychczas pamiętam niektóre słowa i zwroty!), a pracę egzaminacyjną na trzecim roku pisałem o twórczości Juliana Tuwima. W tym czasie poznałem twórczość jeszcze jednego słynnego Polaka – Bolesława Prusa. Jednakże kariera pisarska w tym czasie jeszcze mnie nie pociągała: bardziej interesowałem się ogólną lingwistyką. Ale przyszedł dzień, kiedy wszystko się zmieniło.

Było to dziesięć lat temu. Spacerując po mieście, zajrzałem do księgarni i, przeglądając nowości, zobaczyłem książkę „Ostatnie życzenie”. Autorem był Polak – Andrzej Sapkowski. Opowiadania wywarły na mnie takie wrażenie, że natychmiast kupiłem pozostałą część sagi o Geralcie z Rivii i z ogromną przyjemnością przeczytałem od deski do deski. Tak się rozpoczęła moja znajomość z twórczością tego autora, i moje własne stanowcze „zacznę pisać sam!”. Czy postąpiłem słusznie, nie mnie osądzać, ale przestać pisać już nie mogłem. Decyzja o spróbowaniu swoich sił na niwie pisarskiej stała się ostateczna i niezmienna.

Dostrzegam pewien znak z góry, że pierwszym językiem, na który została przełożona moja twórczość, jest język polski i pierwszym czytelnikiem, który otrzymał możliwość poznania jej poza granicami Rosji – jest polski czytelnik. Niezbyt wierzę w przypadek i uważam, że w życiu nic nie dzieje się ot, tak sobie. Widocznie moje szczere zainteresowanie i mój szacunek do polskiej kultury odegrały w tym swoją rolę.

Mam nadzieję, że zostaniemy dobrymi przyjaciółmi z polskimi czytelnikami. Bardzo bym tego chciał.

Andriej Astachow

 

***

Orestes Popławski, profesor zoologii, do niedawna kierujący katedrą ornitologii w pewnej stołecznej wyższej uczelni, obecnie będący na zasłużonej emeryturze, siedział na ławeczce nad brzegiem Jeziora Łabędziego i rozkoszował się spokojem i ciszą. Dzień był pogodny, niezbyt gorący i prawie bezwietrzny, więc profesor zdjął pulower ręcznej roboty i – przysłoniwszy oczy okularami przeciwsłonecznymi – wygrzewał się na słońcu.

Tej zimy skończył sześćdziesiąt lat i za nic nie porzuciłby swojej katedry i studentów. Spełniło się wreszcie jego dawne, największe marzenie – mógł pojechać do Afryki. Zwiedził parki narodowe Serengeti i Tsavo, zdobył ogromną ilość materiału i po powrocie do Moskwy zamierzał rozpocząć pracę nad monumentalnym dziełem o zachowaniu się afrykańskich ptaków z gatunku Estrildidae i Proceinae. Zamiast tego nagle trafił do szpitala. Może to zmiana klimatu nadwerężyła wspaniałe dotychczas zdrowie… albo wieloletnie palenie? W szpitalu postawiono diagnozę – rozległy zawał mięśnia sercowego – i po raz pierwszy w życiu Orestes Popławski przekonał się, co to znaczy chorować naprawdę. Spędził w szpitalu prawie trzy miesiące i opuścił go bez najmniejszej radości, zaopatrzony w szereg zaleceń i zakazów, które pozbawiały go możliwości pracy, normalnego funkcjonowania i trybu życia, do jakiego był przyzwyczajony. Nieubłagana medycyna znalazła sobie prawdziwego sojusznika w osobie żony profesora, Heleny, której musiał ulec. Najtrudniej było mu odejść na emeryturę, a wyjątkowo wzruszające i ciepłe pożegnanie, jakie zgotowali Orestesowi koledzy i uczniowie, tylko spotęgowało tęsknotę. Czasami nawet żałował, że nie umarł w szpitalu; wtedy nie musiałby gasnąć w czterech ścianach mieszkania z przekonaniem, że ogromnego dzieła nigdy już nie ukończy.

Ale czas mijał i Orestes Popławski oswoił się ze zwolnionym tempem egzystencji. Lekarze i żona pozwolili mu stopniowo wracać do pracy. Pod koniec wiosny w domu znów pojawili się uczniowie, przyszli dysertanci, studenci, można było usłyszeć mądre łacińskie terminy, a także dyskusje. Profesor stopniowo odżywał i nawet miał za złe żonie, że zbyt surowo przestrzega zaleceń lekarza. Nastał dzień, kiedy mógł wrócić do swojej monografii o afrykańskich tkaczach, ale praca nie posuwała się naprzód – natchnienie domagało się mocnej czarnej kawy i tytoniu. A nocami…? Nocami rozmyślał i prawie zawsze jego myśli były tak czarne, jak noc. Jakże mogło być inaczej, jeśli człowiek uświadomi sobie, że najaktywniejsze, najbardziej twórcze i szalone lata ma już za sobą, a przed sobą lekarzy, leki, niemoc i niewolniczą zależność rozumu od tracącego wigor chorego ciała!

Minęła zimna i słotna wiosna, nastało lato. Helena już kilkakrotnie jeździła nad jezioro, gdzie Popławscy mieli domek letniskowy. Gdy zrobiło się cieplej, zaproponowała mężowi wyjazd na odpoczynek za miastem. Mieszkanie zostawili pod opieką Zoi, siostry żony, a dla profesora zaczął się sezon letniskowy.

Siedział teraz na ławce niedaleko daczy i patrzył na jezioro. Udając się na spacer, zabrał ze sobą notatki, ale nie miał natchnienia do pracy, tym bardziej że żona dzwoniła co piętnaście minut, pytając, czy wszystko w porządku. Od rana niepokoiła go też myśl o córce. Przed wyjazdem Irenka odwiedziła go i domyślił się, że jej sprawy osobiste nie układały się najlepiej. Nie było sensu telefonować – w rozmowach zawsze było klawo, głos dźwięczał rześko, więc profesor nigdy nie potrafił wyczuć fałszu. Wczoraj zauważył też, że żona ukradkiem płakała i przez cały wieczór starannie unikała rozmowy o córce, więc naturalnie nie dowiedział się, co się dzieje…

– Życzę dobrego zdróweczka, Orestesie! – zabrzmiało tuż nad uchem.

Profesor odwrócił się i zobaczył Piotrowicza, wiejskiego listonosza. Panowie uścisnęli sobie dłonie i posypały się pytania o samopoczucie.

– Nie ma zdrowia – westchnął Popławski. – Było i się zbyło.

– Ty, Orestesie Iwanowiczu, pracujesz umysłem – zaczął listonosz, opierając rower o ławkę i siadając obok. – Dużo wiesz, przeczytałeś moc książek. A ja się tak zastanawiam: jak daleko sięga wasz uczony wzrok? Wysyłamy rakiety w kosmos, oswoiliśmy energię atomową, stworzyliśmy zmyślne urządzenia, komputery, wszystkiego nie zliczysz! A takiej parszywej starości nie możemy pokonać. Żyje człowiek, a potem brzdęk! I na dwa metry pod ziemię, na stały kwaterunek. Najbardziej przykre, że jeden pociągnie osiemdziesiąt lat, zdrowiuteńki jak rydzyk, a innemu ledwie pięćdziesiątka stuknie, a chorób – jak ozdób na choince.

– Masz rację Piotrowiczu, starość to nieprzyjemna rzecz.

– Za słabi jednak jesteśmy, by z nią walczyć – westchnął listonosz – ale może oni nam pomogą?

– To znaczy kto? – Nie zrozumiał Orestes.

– No, ci z kosmosu. – Piotrowicz pokazał węźlastym, pożółkłym od papierosów palcem na niebo.

– E, długo trzeba będzie czekać! – zaśmiał się profesor. – Nauka dotychczas nie rozporządza danymi, że gdzieś w kosmosie istnieje życie, i do tego rozumniejsze niż na Ziemi.

– Myślałby kto, że na wszystkim się zna twoja nauka! – sarkastycznie podsumował Piotrowicz. – A w kosmosie ktoś jednak żyje i do nas przylatuje. Sam widziałem ich talerz wczoraj wieczorem.

– Coś podobnego! Gdzieżeś go widział?

– Akurat tu, nad jeziorem. – Listonosz sięgnął do kieszeni po papierosy, ale przypomniał sobie, że profesorowi palić nie wolno, więc tylko machnął ręką. – Chodziłem wczoraj do swojej kumy, do łaźni. Wyparzyłem się, później posiedzieliśmy przy herbacie, porozmawialiśmy o tym i o tamtym. Pożegnaliśmy się, kiedy już było ciemno. No i poszedłem do domu brzegiem, bo bliżej. Było bardzo cicho, tylko żabiska kumkały. Uszedłem dobry kawałek i nagle widzę słup białego światła nad jeziorem. W wojsku służyłem w obronie przeciwlotniczej i wiem, jak świeci szperacz; to było coś innego! Zatrzymałem się i patrzę, co za dziwne zjawisko. A ten słup chwilę stał w miejscu, a potem rozpląsał się, tworząc prawdziwą iluminację. Podniosłem wzrok. Nad jeziorem, na tle ciemnego nieba, wisiał jakiś obiekt.

– No i co było dalej? – zapytał profesor, uśmiechając się z niedowierzaniem.

– Nic – z niezadowoleniem odpowiedział listonosz. – Światło zgasło i zrobiło się tak ciemno, że choć oko wykol. Usiłowałem coś dojrzeć, ale na próżno. Tylko nie myśl, że byłem pijany. Po łaźni nie piję więcej niż jeden kieliszeczek, dlatego zwidy mi nie grożą.

– Ależ wierzę ci, Piotrowiczu, wierzę. Szczerze mówiąc, w Afryce też widziałem coś podobnego. Wydaje mi się, że to nie kosmici. Mogą to być wyładowania atmosferyczne.

– Ja jednak wierzę, że to z kosmosu, i oni nie bez powodu do nas przylatują. Może chcą nas chronić przed złem, chociaż… – Listonosz stał i wziął rower. – Przyszedłbyś chociaż na chwilkę, Orestesie Iwanowiczu. Sąsiedzi są tacy zwyczajni, a ty jesteś człowiekiem uczonym, porozmawiać z tobą to wielka przyjemność. Moja baba przygotowała ci ziółka dobre na serce. Weź ze sobą połowicę, kobietom pogadać też będzie miło.

Ściągnij tekst:
NOTKA BIOGRAFICZNA:
Fahrenheit Crew

Tutaj powinna być notka biograficzna redakcji Fahrenheita, ale ponieważ nikomu z nas nie chciało się jej napisać, zostawiamy tekst, który właśnie teraz czytacie. Jeśli spodziewaliście się czegoś ciekawego, przepraszamy!

Facebook.

Prawa autorskie

Niniejsze utwory objęte są prawami autorskimi.

Podejrzewamy, że autorzy chcieliby te prawa zachować, dlatego my – Redakcja Fahrenheita – nie zgadzamy się na łamanie tychże (praw, bo choć łamanie autorów mogłoby być ciekawym widowiskiem, wolimy ich w całości… przynajmniej dopóki pracują dla nas).

W przypadku, gdyby jednak kogoś naszła chętka na nierespektowanie praw autorskich, zalecamy konsultację z lekarzem i adwokatem.

W ostateczności można skontaktować się z Redakcją.

Losowy cytat od Redakcji

Wszystko leży w granicach możliwości! Z nas bowiem bierze początek wszelka rzeczywistość! […] Jesteśmy marzeniem Boga, świat zaś jest naszym marzeniem.

— W.S.Reymont, Wampir

Kalendarz wydarzeń

Najbliższe wydarzenia

Wystawa komiksów w Muzeum Narodowym w Krakowie
from to
Komiks
Muzeum Narodowym w Krakowie (al. 3 Maja 1, 30-062 Kraków)
Spotkanie z Joanną Baran w Szczecinie
Aktualności
Miejska Biblioteka Publiczna w Szczecinie (al. Wojska Polskiego 2)
Do NOT follow this link or you will be banned from the site!