Antropomorficzna personifikacja

Nie od dzisiaj wiadomo, że dobry redaktor (chyba należałoby napisać: Redaktor) jest najlepszym przyjacielem pisarza, zwłaszcza początkującego. Podobno nawet pozornie tak wybitne książki jak na przykład „Paragraf 22” Josepha Hellera czy „Rzeźnia numer pięć” Kurta Vonneguta wymagały wspólnej i uważnej pracy autorów oraz osób redagujących. Przysłowiowe pół biedy, jeśli literat jest świadom swojej ułomności i tendencji do popadania w niepotrzebne grafomaństwo; Andrzej Sapkowski powtarza, że zawsze z pierwszego napisanego tekstu wyrzuca dwie trzecie treści. Gorzej, gdy aspirującemu do roli twórcy zabraknie i takiej refleksji. Wtedy redaktor jest wybawieniem – zarówno dla beletrysty, jak i przede wszystkim jego adresata. Stąd tak dużą nieufnością darzone są wszelkie publikacje publikowane własnym sumptem lub nakładem wydawnictw wymagających takiego czy innego współfinansowania, gdzie brakuje zewnętrznego i rzetelnego oglądu fabuły.

„Ludzie Mgły” to pierwsza zwarta praca Marty Jakubek (próżno mówić o literackim debiucie, biorąc pod uwagę, iż jest to publikacja wyłącznie elektroniczna, do tego jeszcze udostępniona na Google Play), która dotychczas miała w swym dorobku kilka opowiadań zamieszczonych w czasopismach „Creatio Fantastica”, „Szuflada” czy „Qfant”. Jakubek rozpoczyna snucie opowieści od przedstawienia legendy o Bustralu, który za sprawą intrygi przewrotnego Lokiego stracił przychylność Odyna, a klątwa jednookiego boga wojny i wojowników spadła na cały jego ród. Właściwa akcja powieści toczy się jednak współcześnie, w zimowej Pradze, gdzie dziedziczka majątku Fitzwilliamów, Gemma, staje się uczestniczką serii dziwnych wydarzeń. Najpierw – niepewna czy działo się to we śnie czy na jawie – zostaje uratowana z opresji przez tajemniczego mężczyznę. Później, pracując w schronisku dla zwierząt, trafia na psa, wyjątkowego pod względem rozmiarów i zachowania. Podążając jego tropem, spotyka coraz osobliwsze postacie, na czele z Haakonem, swym domniemanym wybawicielem. Zamiast zyskać odpowiedzi na dręczące ją pytanie, Gemma otrzymuje coraz więcej znaków zapytania, a ciekawość poprowadzi ją w coraz mroczniejsze rejony nie tylko rodzimego miasta, lecz również Europy.

W zamyśle autorki, składający się z dwóch części „Ludzie Mgły”, stanowią otwarcie (dłuższej lub krótszej, trudno rozstrzygać) serii. Bez wątpienia przewodni, tytułowy motyw książki, choć odwołujący się do mitologii skandynawskiej, należy uznać nie tylko za oryginalny, lecz dający niemałe możliwości równie ciekawego rozwinięcia. Niestety, zamiast budzącej napięcie opowieści grozy czy thrillera szpiegowskiego lub politycznego – a zalążki, albo raczej podstawy do wykreowania tego typu fabuły jak najbardziej były – czytelnik otrzymuje popadający w banał i wtórność melodramat.

W związku z tym emocje dominują nad logiką fabuły, co – biorąc pod uwagę zawiązanie akcji – miałoby nawet pewne uzasadnienie, gdyby tylko zachowana została jej wewnętrzna spójność. Natomiast ta zostaje skazana na zatracenie. Na przykład okazuje się, że Ludzie Mgły, bardzo dbający o prywatność, mają wielu różnych popleczników oraz bez większej refleksji opowiadają postronnym osobom o swoich fundamentalnych zasadach i wynikających z nich problemach, bądź mimo oparcia w doświadczeniu wielu pokoleń, godzą się podporządkować przypadkowej osobie. Z kolei Gemma bez wahania porzuca dotychczasowe życie i najbliższych, niczym kilkuletnie naiwne dziecko wierzy niemal każdej napotkanej osobie, ewentualnie w imię nawiązanej wątpliwej relacji gotowa jest popełnić najróżniejsze przestępstwa.

Współcześnie można chyba tylko o jednej polskiej pisarce, Anecie Jadowskiej, udało się pomyślnie wpleść w przewodnią historię fantastyczną rozbudowany wątek emocjonalny. Aczkolwiek i w przypadku heksalogii o Dorze Wilk nagromadzenie rozważnych i romantycznych dywagacji głównej bohaterki przyprawiają niekiedy o wyjątkowy ból zębów. U Jakubek Gemma i inni są przyczyną poważnego ataku migreny.

Przy tym akcja „Ludzi Mgły” jest strasznie nierówna. W początkowych rozdziałach, zarówno pierwszej, jak i drugiej części, dzieje się wyjątkowo niewiele, by później wydarzenia następowały dość gwałtownie i szybko, wypełnione bijatykami, strzelaninami i pościgami. Nie chodzi bynajmniej o nieustanne utrzymywanie wysokiego napięcia, lecz o jakąś fabularną przyczynę. Równie dobrze z sześciu rozdziałów, kiedy bohaterka naprzemiennie śpi, chodzi do pracy i z niepokojem myśli o nieznajomym Haakonie, można byłoby stworzyć jeden.

W tym kontekście trzeba wspomnieć o kolejnym wadliwym elemencie powieści, a mianowicie miejscu akcji. Praga, w której współczesność płynnie łączy się z dobrze zachowaną przeszłością, wydaje się idealna dla snucia fantastycznej historii. Świetnym połączeniem dla tego typu opowieści jest trzymanie się faktów i wplatanie w nie fikcji. Niestety, w prozie Jakubek szczegóły dotyczące stolicy Czech ograniczają się wyłącznie do staromiejskiego rynku, nieodzownego Mostu Karola oraz Placu Wacława (do tego nie zawsze zgodnie z prawdą), a to zdecydowanie za mało, by marnie odwzorowane tło pozwoliło lepiej wczuć się w toczącą się intrygę. Nieco lepiej sytuacja ma się z topografią drugiej lokalizacji.

O ile autorka dość sprawnie posługuje się językiem polskim – co wcale nie jest tak oczywiste w przypadku wielu młodych osób pretendujących do miana pisarza – o tyle efekt końcowy psuje tendencja do nadużywania wymyślnych przymiotników, kwiecistych przenośni i równie barwnych opisów, nierzadko antropomorficznych. Zatem mury miasta są zadumane, za uchylającymi się figlarnie drzwiami czai się podłużny kształt, który wygląda na protagonistkę ciekawsko, a cały dom poddaje się przemożnej pustce, zamyka powieki i zapada w drzemkę, a później otwiera się, przyjmuje w nieodkryte zakamarki i zaprasza do starych zakątków. O ile w prologu patetyczny ton historii o Bustralu można bez problemów uzasadnić, o tyle w dalszej części książki liczne metafory wzbudzają najpierw wesołość, a później znużenie. Zbyt często Jakubek wykorzystuje też regułę deux ex machina – fach, miejsce rezydowania czy wiedza drugoplanowych postaci stanowi nagłe i niespodziewane rozwiązanie dla aktualnych kłopotów protagonistów.

„Ludzie Mgły” zostali upublicznieni mocą sprawczą pisarki. Zatem można, przynajmniej w jakimś stopniu, wybaczyć techniczne niedociągnięcia książki. Z drugiej strony, umiejętność pisania nie powinna ograniczać się wyłącznie do poprawnego składania zdania, lecz również dbania o całościową estetykę tekstu. Niepotrzebne kropki i przecinki, braki w spacjach, niewyjustowanie części rozdziałów, ale też niepoprawne lub źle brzmiące zwroty nie są niestety rzadkością. Kładzie się to znacznym cieniem na lekturę powieści.

W zaprezentowanej formie widać wyraźnie brak pracy redaktora. „Ludzie Mgły” mieli zadatki na całkiem niezłą fantastyczną powieść przygodową, ale pomysł został zmarnowany ze względu na brak odpowiedniego zewnętrznego nadzoru. Przydałaby się osoba spoglądająca świeżym okiem na strukturę utworu, dbająca o realia i inne merytoryczne aspekty. Sama autorka także powinna nieco dłużej pochylić się nad swoją pracą – nie tylko w sensie jej korekty. W końcu, jak mawiała Wisława Szymborska, nieodzownym atrybutem poety (co można odnieść do pisarzy w ogóle) powinien być kosz na śmieci, ponieważ próba czasu jest najważniejszą weryfikacją opracowanych słów. W obecnej postaci „Ludzie Mgły” są produktem co najwyżej średniej jakości, dla raczej niewymagającego odbiorcy.

Maciej Tomczak

Autor: Marta Jakubek

Tytuł: „Ludzie Mgły”

Wydawca: Selfpublishing, Google Play

Stron: 325

Egzemplarz udostępniony dzięki uprzejmości autorki

Ściągnij tekst: