ISSN: 2658-2740

Karen Miller „Skażona magia” – fragment (4)

Fragmenty MAT - 18 marca 2017

Pewnie nawet nie przeszło jej przez myśl, żeby spróbować. Mogłabym stworzyć znakomity zegarek na zaręczyny córki lady Isolte. Gdybym tylko miała możliwość, wyszedłby mi śpiewająco.

Tymczasem zawalano ją zleceniami na zegarki podróżne i przykuwano kajdanami do jałowej wyobraźni klientów takich jak Artur Traint. Jej obecne zajęcia ustawiały ją zaledwie o szczebel wyżej od pozycji, od której zaczęła pracę w warsztacie. Konstruowała tanie, niezbyt wyrafinowane zegarki sprzedawane w Doranie i w sąsiednich krajach.

Arndel to palant. Dlaczego nie doceni mojej wartości? Na pewno wie, że jego reputacja tylko by na tym zyskała.

Mistrza Arndela wciąż nie było słychać. Na pewno była już bezpieczna. Wyszła do magazynu, a serce łomotało jej w piersi. Choć raz stworzy zegarek wart jej talentu.

Ze zdenerwowania po jej plecach spłynęła strużka potu. Barl w pośpiechu wysypała na podłogę składniki potrzebne do stworzenia wymarzonego przedmiotu. Trzy rodzaje rzadkiego piasku – różowy, srebrny i niebieski – klejnoty, z których powstaną obciążniki, oraz złoto, srebro i miedź, z których zamierzała zrobić wahadło i duszę. Nie potrzebowała szkicu zegarka lorda Trainta, wyrył się bowiem już w jej pamięci. Pękaty, bez polotu, funkcjonalny, prosty. A wystarczyło tylko nieco udoskonalić jedno zaklęcie, podrasować drugie, tu i tam odrobinę zmienić dopasowanie elementów. Takie proste. A takie eleganckie. Jakim cudem Traint tego nie zauważył?

Runa za runą, tchnienie za tchnieniem, spod jej pewnych palców wychodził zegarek podróżny, który tak bardzo pragnęła stworzyć. Tym razem nie był to taki powolny proces jak poprzednio, bo już raz przecież konstruowała ten zegarek. Tym razem jednak obudowa z czystego kryształu lśniła żywym, opalizującym blaskiem. Szybko powstawał przed nią smukły, solidny przedmiot – już nie pękaty i czysto praktyczny, lecz będący delikatnym i wytwornym wyrazem nadziei. Takie zegary tworzono dla podróżujących, a ona miała przed sobą czasomierz, który pozwalał w podróży spełniać marzenia i wykorzystywać możliwości. Który odzwierciedlał marzenia podróżnika.

Kiedy skończyła pracę, uklęknęła i odetchnęła ciężko. Była bliska łez. Gdyby tylko mogła pokazać lordowi Traintowi to, na co właśnie patrzyła, a nie tę bezduszną kryształową bryłę, którą Arndel zabrał ze sobą. Była poprawna pod każdym względem, wykonana z ogromną skrupulatnością i zupełnie pozbawiona duszy. Ale ten zegarek…

To właśnie on zasługuje na moje piękne kuranty. To właśnie ten zegarek powinien śpiewać moim głosem.

I właśnie tego zegarka nie mógł zobaczyć żaden mag.

Wyrysowała runę zabezpieczającą, a następnie wypowiedziała surowo brzmiące zaklęcie unicestwiające, po którym z tego odmienionego zegarka zostały tylko piasek, złoto i klejnoty. Gdy go zniszczyła, z jej oczu popłynęło kilka łez. A potem odłożyła wszystkie składniki na miejsce, żeby mistrz Arndel nie zorientował się, że ktoś w nich grzebał.

 

Niemal wpadła na niego, gdy wychodziła z magazynu.

– Magu Lindin! – odezwał się z zaskoczeniem i niezadowoleniem. – Dlaczego się tu zasiedziałaś? Pozostali magowie już dawno wyszli.

– Wiem, mistrzu Arndel – mruknęła. – Przepraszam. Miałam pewne problemy z uprzątnięciem stołu.

Zmrużył oczy, jak gdyby nie chciał uwierzyć w jej słowa.

– Czyżby? To do ciebie… niepodobne.

– Byłam zmęczona – powiedziała, nawet nie drgnąwszy pod jego podejrzliwym spojrzeniem. – Ale stół jest już czysty. Chciałby pan go sprawdzić?

Przeniósł wzrok na jej opustoszałe miejsce pracy, a potem z powrotem na nią.

– Nie. Takie rzeczy należą do ciebie, magu Lindin. Jeżeli rzucone zaklęcie oczyszczające było niewłaściwe, przy kolejnym zadaniu wyjdzie szydło z worka.

– Czy zostało już dla mnie wybrane kolejne zadanie, mistrzu?

Tym razem zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, a na jego twarzy wyraźnie odmalowało się oburzenie na myśl o jej talencie, na którym przecież się wzbogacał.

– Cóż za zuchwałość. To ja powinienem poruszać takie kwestie, nie ty. Odejdź.

– Do widzenia, mistrzu – powiedziała z ukłonem i wymknęła się z pracowni, nim zdążyłby zdegradować ją na powrót do rangi rzemieślnika zajmującego się zwyczajnymi zegarkami.

Kolejny dzień późnego lata dobiegał końca i zaczynało się ściemniać, ale to nie miało znaczenia. Zawsze mogła wyczarować magiczny ogień, żeby oświetlić drogę. Mogła także – jak każdy mag rzemieślnik – tele­portować się do domu. Tyle że nie przepadała za takimi zaklęciami. Osłabiały ją i przyprawiały o zawroty głowy, choć rzadko się do tego przyznawała. Poza tym nie pozwalały cieszyć się przyjemnymi zapachami unoszącymi się w powietrzu. Warsztat Arndela był położony na trawiastych obrzeżach wioski Batava, gdzie – przynajmniej na razie – mieszkała wraz z Remmiem. Samotne spacery do pracy i z powrotem pomagały jej oczyścić umysł z elementów magii zegarmistrzowskiej i dawały odrobinę cennego czasu na marzenia.

Choć niewiele mi przychodzi z tych marzeń. Nie zmienią tego, co złe w Doranie. Prawa może zmienić tylko Rada Magów, ale tego nie zrobi. Chyba że ktoś ją zmusi.

A na to były nikłe nadzieje. Radę Powszechną zbyt zajmowały sprawy codzienne, pobieranie podatków, egzekwowanie przyziemnych praw oraz relacje z sąsiadami i skomplikowane traktaty handlowe zawierane z innymi krajami. Jej członkowie z największą radością pozostawiali siostrzanej radzie zawiłe prawa dotyczące magów. Czasami Barl odnosiła wrażenie, że jest jedynym magiem na świecie, który przejmuje się tym, czy coś jest słuszne i sprawiedliwe. Wszyscy jej pozostali znajomi byli jak Ibbitha – zadowalali się okruchami, które spadały dla nich z pańskiego stołu Rodzin Założycielskich Dorany.

Nawet Remmie.

Kocham go z całego serca, ale czasami nie mogę uwierzyć, że jesteśmy spokrewnieni.

Przy drogach, którymi szła, rosły usiane kwiatami żywopłoty. Tańczyły nad nimi świetliki lśniące jasno w zapadającym zmroku. Dziś jednak nawet ich niepojęte piękno nie działało na nią kojąco. Wciąż dręczyła ją utrata tamtego zegarka – zegarka, który Arndel powinien był pozwolić jej stworzyć, który praktycznie jej ukradł. Ciężko stawiała stopy na wilgotnej trawie i z każdym krokiem wyobrażała sobie, że rozdeptuje na kawałeczki tandetny zegarek lorda Trainta.

Dobrze, że nikt nigdy się nie dowie, że to ja go skonstruowałam. Niech każdy mag, który spojrzy na zegarek lorda Trainta, sądzi, że to paskudztwo jest dziełem Arndela. Są siebie warci. Na mnie jeszcze przyjdzie czas. Kiedyś cały świat pozna moje imię. Zobaczy, co potrafię stworzyć, i oniemieje z wrażenia.

Zanim dotarła do domu, było już niemal całkiem ciemno. Na niebie zaczęły nieśmiało pojawiać się gwiazdy, a w niezasłoniętych oknach chaty nauczyciela z miejscowej szkoły zapłonęły lampy rozświetlone magicznym ogniem.

– Jesteś! – odezwał się Remmie, odwracając się od zlewu, gdy weszła do kuchni. – Już miałem cię szukać.

Choć była zmęczona i niezadowolona, nie mogła nie uśmiechnąć się do brata, gdy poczuła unoszący się w powietrzu zapach.

– Jestem, jestem, ty stara kwoko.

– Sama jesteś kwoka – powiedział i zwiesił ramiona. Niezbyt lubił takie przekomarzania. – Myślisz, że nie mam co robić, tylko martwić się o twoje bezpieczeństwo?

Była w takim nastroju, że bez najmniejszego trudu by się z nim spięła. Odetchnęła głęboko i po chwili poskromiła mocno bijące serce, drażliwy nastrój i gorzkie myśli. Remmie zawsze był tym łagodniejszym i milszym z nich dwojga. Chłopiec, którego wciąż jeszcze miał w sobie, nie przebolał przedwczesnej straty rodziców, szybko popadał w czarnowidztwo i wyciągał najbardziej pesymistyczne wnioski. Jej rany już dawno się zabliźniły i łatwo o tym zapominała.

Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Karen Miller „Skażona magia”
Fantastyka MAT - 16 marca 2017

Autor: Karen Miller Tytuł: Skażona magia (A Blight of Mages) Tłumacz: Izabella Mazurek…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!