[RECENZJA] „Bramy Światłości t. 3” Maja Lidia Kossakowska

Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 8 maja 2019
INFORMACJE:

Tytuł: "Bramy Światłości t. 3"
Autor: Maja Lidia Kossakowska,
Cykl: Zastępy anielskie
Wydawnictwo: Fabryka Słów,
Redakcja: Dominika Repeczko,
Typ publikacji: papier,
Premiera: 14 listopada 2018
Wydanie: 1
Liczba stron: 658
Format: 12,5x19,5 cm
Oprawa: twarda, broszurowa,
ISBN (papier): 978-83-7964-381-3
Cena (papier): 44,90 zł
Więcej informacji: Maja Lidia Kossakowska „Bramy Światłości, t. 3”

Smutno mi, Boże

W 2001 roku opowiadanie „Beznogi tancerz” Mai Kossakowskiej zostało laureatem nagrody Srebrnego Globu. W pełni na nią zasłużyło – jest przejmujące i bardzo sprawnie napisane. W tym właśnie opowiadaniu po raz pierwszy pojawił się Daimon Frey – anioł, który wskutek niesłychanego splotu okoliczności został „namaszczony” na Abbadona, Anioła Zagłady. Jeśli chodzi o konstrukcję tej postaci (cały czas mówię o opowiadaniu), autorka zrobiła kawałek znakomitej roboty: bohater „Beznogiego tancerza”  jest w tym opowiadaniu szlachetny, uparty, dumny i doskonale zdaje sobie sprawę z własnej wartości. Jest idealny.

A właściwie był. Bo minęło 18 lat i Daimon Frey stał się „pełnoletni”. „Dorastał” na kartach trzech powieści liczących łącznie sześć tomów i moim zdaniem nie wyszło mu to na dobre. Taka refleksja nawiedziła mnie po lekturze trzeciego tomu „Bram Światłości”.

Książkę zamknęłam z ulgą, bo postać protagonisty w stosunku do pierwowzoru sprzed prawie dwóch dekad przeszła transformację całkowitą. Sama nie wiem, co bardziej mi się w „teraźniejszym” Freyu nie podoba. Postać literacka, która była w stanie wzbudzić mój szacunek swoim charakterem i niezłomnością, obecnie zachowuje się jak emocjonalnie niestabilny nastolatek: obraża się, w prawie wszystkim wietrzy podstęp, a dodatkowo popisowo się nad sobą użala. Stosunkowo najmniej przeszkadzał mi jego sposób komunikowania się, choć anioł, który kocha słownictwo rodem spod budki z piwem, trochę trudno mieści się w granicach tolerancji.

Nie wiem, jak są skonstruowane poprzednie tomy „Bram Światłości”, ale trzeci jest jak dla mnie prosty i powtarzalny. Bohaterowie płyną rzeką i spotykają potwory, przybijają do brzegu, idą przez las, spotykają potwory, potem idą  przez drugi las i spotykają duchy, następnie idą przez góry i spotykają potwory, po czym przedzierają się przez pustynię na krańcu świata, gdzie – cóż za niespodzianka – spotykają potwory. I to nie raz. Tymczasem w Piekle złowrogie demony snują równie złowrogie plany, a jedyną pozytywną postacią jest mały kotek. Wątek owego kotka wydaje mi się zresztą jedyną interesującą rzeczą w całej książce – choć jego ukoronowanie jest tak słodkie, że aż mdli.

Podczas lektury złapałam się na tym, że przestaję odróżniać, kto zabiera głos w partiach dialogowych. Przez moment nie wiedziałam, co jest tego przyczyną, ale rychło mnie olśniło: postacie posługują się podobnym językiem i nader podobne mają reakcje. Lucyfer, Frey i większa część podróżników z Głębi zachowują się jak klony – podobnie myślą, czują, mam wrażenie, że jednakowo wszystkimi gardzą. Sereda niby jest jedyną, która wierzy, ale wydaje się dziwnie papierowa, nawet wtedy, kiedy jej poszukiwania wreszcie zostają uwieńczone sukcesem. Przewijający się przez powieść motyw małej buteleczki zirytował mnie. Rozumiem, że małe naczynko z tajemniczym eliksirem gra kluczową rolę w „maskaradzie” Razjela… ale kiedy Frey dostaje inną niewielką flaszeczkę, tyle że z magiczną wodą, zużywa ją, a potem okazuje się, że gdy potrzeba, jeszcze trochę płynu zostało – nie, takich rozwiązań nie lubię. Noszą znamiona deus ex machina i jako rozwiązanie problemu wyglądają sztucznie.

Zamknęłam książkę po lekturze i zamyśliłam się nieco. Mam nadzieje, że Maja Kossakowska nie pociągnie dalej opowieści o Daimonie Freyu. Był świetnym głównym bohaterem równie świetnego opowiadania – ale to było osiemnaście lat temu. Przez ten czas utracił swa charyzmę i stał się… sama nie wiem, kim. Przykro mi, że tak się stało, i równie przykro, że przyszło mi o tym napisać.

Tak upadają pomniki. I z tego powodu smutno mi, Boże.

Hanna Fronczak

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Zabójczyni romansów
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 8 października 2013

Autor: Robin LaFevers Posępna litość Wydawca: Fabryka Słów 2013 Stron: 527 Cena:…

O kalce i szablonie
Bookiety Fahrenheit Crew - 31 marca 2014

Autor: David Morrell Tłumacz: Andrzej Leszczyński Tytuł: „Przymierze ognia” Wydawca: Albatros 2013…

O ucieczce z powrotem
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 5 września 2012

Paweł Kornew Czarne sny t. 1 i 2 Tłum.: Rafał Dębski Fabryka Słów 2012…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!