Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa” (5)

Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

– Rozumiem. – Skinął głową, przypatrując się dziewczynie z uwagą. Tei spuściła wzrok, czując, że ogarnia ją chłód. Nagle dotarło do niej, jaka jest naiwna i na jak głębokie wody wypływa. Dotąd nie przyszło jej do głowy, że zgadzając się na tę rozmowę, babka może coś ryzykować.

Fyllis tymczasem krzątała się po kuchni. Nastawiła samowar, a po chwili na stole stanął uderzająco – jak na nią – hojny poczęstunek: pokrojony chleb, masło, dobry miękki ser, po który tego popołudnia wysłała wnuczkę na targ, oraz konfitury z dyni. Chciała potem usiąść przy stole, ale mag powstrzymał ją gestem. Może spostrzegł wyraz twarzy Tei.

– Lepiej zostaw nas samych, ciotko Fyllis – powiedział bez uśmiechu. – Czego nie usłyszysz, tego z ciebie na torturach nie wyciągną.

Żart, w którym tkwiło ziarenko prawdy.

 

 

3.

 

Gdy drzwi się zamknęły, Tei spuściła głowę, skubiąc rąbek czystego fartuszka. Czuła, że żmij mierzy ją chłodnym, badawczym wzrokiem. Zastanawiała się, czy to prawda, że czarni magowie piją krew takich dziewcząt jak ona.

– Jesteś Tei Margell, tak? – głos miał ochrypły, ale nie nieprzyjazny. Potwierdziła cicho.

– Ile masz lat?

– Szesnaście – skłamała. Zaraz potem skuliła się na krześle, bo przypomniała sobie, że oni umieją wyczuwać, czy ktoś mówi prawdę. Jednak rozmówca skinął tylko głową. Jakby nigdy nic wziął sobie kromkę chleba i posmarował ją masłem.

– Brune Keare – przedstawił się. Potem przez jego twarz przemknął uśmiech. – Nie bój się. Jeśli babka straszyła cię historiami o czarnych magach…

– Nie straszyła – szepnęła, przeklinając w myślach swoją okrągłą, jeszcze dziecinną buzię. – Panie magu… Chodzi o mojego brata. Mój brat… chyba ma kłopoty, a ja nie wiem, gdzie jest i jak go odszukać.

– Jeśli żyje, można go odnaleźć – powiedział Brune Keare. – Jeśli miałbym się tym zająć, to kwestia dnia, najwyżej kilku. Tei, nie trzęś się tak, nie ugryzę cię. Uspokój się, zjedz coś i opowiedz mi całą historię.

Dziewczyna mimo zdenerwowania skorzystała z zaproszenia i sięgnęła po chleb. Była głodna – odkąd mieszkała z babką, była głodna właściwie przez cały czas. Tęskniła za porządnymi obiadami, a nie tylko zupą z jarzyn i kaszą bez omasty. Za świeżymi bułeczkami na śniadanie. Za pieczoną kurą z majerankiem. Za piernikami, racuchami i pączkami. Za wszystkim, co koścista, zasuszona Fyllis uważała za absolutnie zbędny luksus.

Jedząc, Tei zebrała się na odwagę, żeby przyjrzeć się magowi uważniej. Nie bez zdziwienia odnotowała jego podniszczoną, wyszarzałą odzież, strzępiące się mankiety. Wyglądał jak ktoś, kto ledwo wiąże koniec z końcem, pracując głową – za grosze przepisuje dokumenty albo uczy czegoś, na czym się nie zarabia. Coś jednak przeczyło temu obrazowi; może głos, a może oczy, w których padające z boku światło pełgało żółtymi odblaskami. Tei odkryła, że nie jest w stanie patrzeć w te oczy, przyprawiały ją o ciarki. Znów spuściła wzrok.

– No, to mów wszystko po kolei – powiedział żmij. – Wiem od Fyllis, że wasz ojciec był kupcem tu, w Fal Tirra, i stracił majątek. Matka zmarła, gdy byliście jeszcze mali, dlatego teraz mieszkasz z babką. A twój brat… Jakże on się nazywa?

– Zakarias… Zakari.

– Ile jest od ciebie starszy?

– Cztery lata.

– Należy do Tarantuli? – Gdy zaprzeczyła, polecił: – Zanim powiesz mi o bracie, opowiedz w skrócie o ojcu. Chcę znać tło.

Tei upiła łyk herbaty, parząc sobie usta, i wzięła głęboki oddech.

– Nasz ojciec handlował przyprawami, miał sklep przy ulicy Królewskiej. Był bogaty – uśmiechnęła się smutno – ale dwa lata temu wszystko zaczęło się psuć. Najpierw upadła kompania Sardich, która sprowadzała dla nas towary i w której mieliśmy udziały. Może o tym słyszeliście…

– Nie.

– To był głośny skandal, kilku kupców straciło wielkie kwoty, ale ojciec ucierpiał najbardziej. Krótko potem spłonął nasz magazyn w porcie i znów ponieśliśmy duże straty. Żeby ratować interes, ojciec zaciągnął wysoką pożyczkę i – zawahała się – babka powiada, że wdał się w jakieś spekulacje, na których miał nadzieję prędko zarobić. Nie umiem wam dokładnie powiedzieć, o co szło, ale nie powiodło się i musiał ogłosić bankructwo. Sklep, kamienica, wszystko trzeba było sprzedać. – Przełknęła. – Ojciec zmarł niedługo później, na serce.

– I zostaliście bez środków do życia, tak?

– Tak. Wierzyciele rozdrapali wszystko. Zostaliśmy bez dachu nad głową, bez niczego. Wtedy babka powiedziała, że mnie weźmie do siebie, ale Zakari jest dorosły, więc niech radzi sobie sam. A on uniósł się honorem, że dobrze, pokaże jej, i się zawziął. Znał się na handlu, wiecie, wyuczył się przy ojcu. Łatwo znalazł posadę, ale nie mógł się dogadać z pryncypałem i po kilku miesiącach zrezygnował. Marzył o tym, żeby się szybko dorobić. – Spuściła wzrok. – Miał znajomych wśród kapitanów, wśród nedgvarskich kupców i marynarzy… Na jakiś czas wyjechał z miasta, nie pisał, nie przysyłał wieści, a potem zjawił się tutaj… w czerwcu chyba… Tak, w czerwcu, pół roku temu. Chciał, żeby babka pożyczyła mu pieniądze. Wyśmiała go. Potem dowiedziała się od ludzi z Tarantuli, że wpakował się w okropne kłopoty, że ma długi u Nedgvarczyków, którzy w dodatku ponieśli przez niego straty i grożą, że nakarmią nim ryby. Pożyczył pieniądze od lichwiarza Godarta, bez zastawu, na jakiś morderczy procent, i próbował grać w karty, żeby mieć za co spłacić wierzycieli, ale przegrał wszystko. Wtedy znowu przyszedł do babki, ale zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Potem… potem długo go nie widziałam. Nie wiem, co robił i gdzie się podziewał. Raz, w sierpniu, pojawili się tu obcy marynarze, nie nedgvarscy, ale też paskudne typy, pytali o niego i próbowali nam grozić. Babka nastraszyła ich adwokatem Lyspisem, a mnie powiedziała, że jeśli spotkam Zakariego w mieście, mam udawać, że go nie znam. Godart próbował się chyba zwrócić do organizacji w sprawie swojego długu i wiem, że babka się bała… – Tei zająknęła się w nagłym strachu, że powiedziała za dużo, ale żmij tylko kiwnął głową.

– Rozumiem.

– A potem, miesiąc temu, spotkałam go na rynku. Był dobrze ubrany, wesół, powitał mnie jakby nigdy nic i zaprosił do tawerny na obiad. – Zagryzła wargi, przypominając sobie uśmiech Zakariego i pełną sakiewkę, którą brat ostentacyjnie pobrzękiwał. – Pamiętam jak dziś, jedliśmy kaczkę z jabłkami. Powiedział, że wszystkie długi są zapłacone i że teraz jest na służbie u dobrego pana, bogatego kupca. Że nazajutrz wyjeżdża, ale niedługo wróci i zabierze mnie od babki. Widziałam tego kupca przez chwilę, przyszedł tam, kiedy już mieliśmy się żegnać.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Urodziny Ojca Założyciela
Aktualności Fahrenheit Crew - 26 stycznia 2018

Dzisiaj swoje urodziny obchodzi Ojciec Założyciel Fahrenheita – EuGeniusz Dębski. Autor kilkudziesięciu książek,…

Spotkania z Maciejem Parowskim w Gostyniu
Aktualności Fahrenheit Crew - 15 grudnia 2017

Dzisiaj (15.12.2017 r.) oraz jutro (16.12.2017 r.) gościem Biblioteki Publicznej Miasta i Gminy w Gostyniu będzie Maciej…

65. urodziny Ojca Założyciela
Aktualności Fahrenheit Crew - 26 stycznia 2017

26 stycznia 1952 roku w Truskawcu urodził się Eugeniusz Dębski – pisarz…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!