Andriej Astachow „Róg Dionizosa”

Opowiadania Andriej Astachow - 18 kwietnia 2013

„Róg Dionizosa” to drugie opowiadanie Andrieja Astachowa prezentowane na naszych łamach, tym razem poprzedzone kilkoma słowami od Autora do polskich czytelników. Jednocześnie bardzo miło nam poinformować, że nasz tłumacz, Tadeusz Rubnikowicz, uruchomił stronę ze swoimi przekładami rosyjskiej fantastyki, na której za darmo można zapoznać się z, między innymi, całym pierwszym tomem Cyklu Smoka Andrieja Astachowa zatytułowanym „Leodan, syn lwa”.

Zapraszamy serdecznie do odwiedzin strony fantastyka.nets.pl

Oby przybierała na wadze, czego Wam i sobie życzymy.

 

Do polskiego czytelnika

 

Prawdopodobnie każdemu w dzieciństwie przytrafiło się coś, co zaważyło na jego dalszym losie. Pamiętam dzień, kiedy mama przyniosła w wielkiej torbie z księgarni dziewięć nowiutkich, pachnących farbą drukarską, opasłych tomów. Na okładkach widniało nieznane mi wtedy imię i nazwisko – Henryk Sienkiewicz.

Następne dwa tygodnie stały się dla mnie prawdziwym świętem. Czytałem bez przerwy, zapominając o jedzeniu i spaniu, o tym, że trzeba odrobić lekcje albo wypadałoby pobawić się na podwórku z kolegami. Bez opamiętania połknąłem „Ogniem i mieczem”, „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”, potem zabrałem się za „Krzyżaków” i wreszcie, w zaledwie dwa dni, przeczytałem „Quo vadis”. Nigdy wcześniej tak dużo nie czytałem, i od tamtej pory Sienkiewicz na zawsze wszedł w poczet moich ukochanych pisarzy.

Później, już na uniwersytecie, także nie rozstałem się z polską kulturą – być może dlatego, że jednym z moich wykładowców był człowiek, w którego żyłach płynęła polska krew – nadzwyczajny naukowiec i pedagog, Antoni Gorbaczewski, dzięki któremu znacznie rozszerzyłem swoje wiadomości o polskiej kulturze. Na jego zajęciach fakultatywnych uczyłem się języka polskiego (dotychczas pamiętam niektóre słowa i zwroty!), a pracę egzaminacyjną na trzecim roku pisałem o twórczości Juliana Tuwima. W tym czasie poznałem twórczość jeszcze jednego słynnego Polaka – Bolesława Prusa. Jednakże kariera pisarska w tym czasie jeszcze mnie nie pociągała: bardziej interesowałem się ogólną lingwistyką. Ale przyszedł dzień, kiedy wszystko się zmieniło.

Było to dziesięć lat temu. Spacerując po mieście, zajrzałem do księgarni i, przeglądając nowości, zobaczyłem książkę „Ostatnie życzenie”. Autorem był Polak – Andrzej Sapkowski. Opowiadania wywarły na mnie takie wrażenie, że natychmiast kupiłem pozostałą część sagi o Geralcie z Rivii i z ogromną przyjemnością przeczytałem od deski do deski. Tak się rozpoczęła moja znajomość z twórczością tego autora, i moje własne stanowcze „zacznę pisać sam!”. Czy postąpiłem słusznie, nie mnie osądzać, ale przestać pisać już nie mogłem. Decyzja o spróbowaniu swoich sił na niwie pisarskiej stała się ostateczna i niezmienna.

Dostrzegam pewien znak z góry, że pierwszym językiem, na który została przełożona moja twórczość, jest język polski i pierwszym czytelnikiem, który otrzymał możliwość poznania jej poza granicami Rosji – jest polski czytelnik. Niezbyt wierzę w przypadek i uważam, że w życiu nic nie dzieje się ot, tak sobie. Widocznie moje szczere zainteresowanie i mój szacunek do polskiej kultury odegrały w tym swoją rolę.

Mam nadzieję, że zostaniemy dobrymi przyjaciółmi z polskimi czytelnikami. Bardzo bym tego chciał.

Andriej Astachow

 

***

Orestes Popławski, profesor zoologii, do niedawna kierujący katedrą ornitologii w pewnej stołecznej wyższej uczelni, obecnie będący na zasłużonej emeryturze, siedział na ławeczce nad brzegiem Jeziora Łabędziego i rozkoszował się spokojem i ciszą. Dzień był pogodny, niezbyt gorący i prawie bezwietrzny, więc profesor zdjął pulower ręcznej roboty i – przysłoniwszy oczy okularami przeciwsłonecznymi – wygrzewał się na słońcu.

Tej zimy skończył sześćdziesiąt lat i za nic nie porzuciłby swojej katedry i studentów. Spełniło się wreszcie jego dawne, największe marzenie – mógł pojechać do Afryki. Zwiedził parki narodowe Serengeti i Tsavo, zdobył ogromną ilość materiału i po powrocie do Moskwy zamierzał rozpocząć pracę nad monumentalnym dziełem o zachowaniu się afrykańskich ptaków z gatunku Estrildidae i Proceinae. Zamiast tego nagle trafił do szpitala. Może to zmiana klimatu nadwerężyła wspaniałe dotychczas zdrowie… albo wieloletnie palenie? W szpitalu postawiono diagnozę – rozległy zawał mięśnia sercowego – i po raz pierwszy w życiu Orestes Popławski przekonał się, co to znaczy chorować naprawdę. Spędził w szpitalu prawie trzy miesiące i opuścił go bez najmniejszej radości, zaopatrzony w szereg zaleceń i zakazów, które pozbawiały go możliwości pracy, normalnego funkcjonowania i trybu życia, do jakiego był przyzwyczajony. Nieubłagana medycyna znalazła sobie prawdziwego sojusznika w osobie żony profesora, Heleny, której musiał ulec. Najtrudniej było mu odejść na emeryturę, a wyjątkowo wzruszające i ciepłe pożegnanie, jakie zgotowali Orestesowi koledzy i uczniowie, tylko spotęgowało tęsknotę. Czasami nawet żałował, że nie umarł w szpitalu; wtedy nie musiałby gasnąć w czterech ścianach mieszkania z przekonaniem, że ogromnego dzieła nigdy już nie ukończy.

Ale czas mijał i Orestes Popławski oswoił się ze zwolnionym tempem egzystencji. Lekarze i żona pozwolili mu stopniowo wracać do pracy. Pod koniec wiosny w domu znów pojawili się uczniowie, przyszli dysertanci, studenci, można było usłyszeć mądre łacińskie terminy, a także dyskusje. Profesor stopniowo odżywał i nawet miał za złe żonie, że zbyt surowo przestrzega zaleceń lekarza. Nastał dzień, kiedy mógł wrócić do swojej monografii o afrykańskich tkaczach, ale praca nie posuwała się naprzód – natchnienie domagało się mocnej czarnej kawy i tytoniu. A nocami…? Nocami rozmyślał i prawie zawsze jego myśli były tak czarne, jak noc. Jakże mogło być inaczej, jeśli człowiek uświadomi sobie, że najaktywniejsze, najbardziej twórcze i szalone lata ma już za sobą, a przed sobą lekarzy, leki, niemoc i niewolniczą zależność rozumu od tracącego wigor chorego ciała!

Minęła zimna i słotna wiosna, nastało lato. Helena już kilkakrotnie jeździła nad jezioro, gdzie Popławscy mieli domek letniskowy. Gdy zrobiło się cieplej, zaproponowała mężowi wyjazd na odpoczynek za miastem. Mieszkanie zostawili pod opieką Zoi, siostry żony, a dla profesora zaczął się sezon letniskowy.

Siedział teraz na ławce niedaleko daczy i patrzył na jezioro. Udając się na spacer, zabrał ze sobą notatki, ale nie miał natchnienia do pracy, tym bardziej że żona dzwoniła co piętnaście minut, pytając, czy wszystko w porządku. Od rana niepokoiła go też myśl o córce. Przed wyjazdem Irenka odwiedziła go i domyślił się, że jej sprawy osobiste nie układały się najlepiej. Nie było sensu telefonować – w rozmowach zawsze było klawo, głos dźwięczał rześko, więc profesor nigdy nie potrafił wyczuć fałszu. Wczoraj zauważył też, że żona ukradkiem płakała i przez cały wieczór starannie unikała rozmowy o córce, więc naturalnie nie dowiedział się, co się dzieje…

– Życzę dobrego zdróweczka, Orestesie! – zabrzmiało tuż nad uchem.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Łódzki Festiwal Fantastyki „Kapitularz 2017”
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 sierpnia 2017

W pierwszy weekend września (1-3.09.2017) na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego rozpocznie się…

Dni Fantastyki – konkurs na opowiadanie
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 kwietnia 2007

Organizatorzy Dni fantastyki we Wrocławiu zapraszają do udziały w konkursie na opowiadanie fantastyczne. Tu można zapoznać…

Pukając do nieba bram…
Aktualności Fahrenheit Crew - 5 stycznia 2016

43 lata temu 37. prezydent Stanów Zjednoczonych Richard Nixon oficjalnie zainicjował program załogowych…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!